Wydanie bieżące

1 września 17 (161) / 2010

Monika Glosowitz,

MIĘDZY SŁOWAMI

A A A
Nowe kompozycje Zofii Bałdygi są dramatyczne, tak. Otrzymujemy kolejną historię o nie/porozumieniu (po tej – chociażby – niedawno wydanej przez Julię Szychowiak). „Współgłoski” – jak „Wspólny język” – nie są wbrew pozorom książką o wspólnocie, współdzieleniu i współ-czuciu, ale cytacją wykluczenia. Bo inaczej się tego nie da zrobić, jak tylko w cudzym słowie. Bo „Nic nie zbliża tak jak cytat” [(powiedz własnymi słowami)].

„Jaki kolor wpisać?”, „W jakim utknąć słowie?”, „Kiedy istniały tylko słowa / co jeszcze mogły znaczyć?”, „Ile funkcji ma język?” – wiersze utkane na bazie tych fundamentalnych pytań mogłyby sprawiać wrażenie konstrukcji pośmiertnych (po śmierci literatury i całej reszty, rzecz jasna). Bo po co podcinać gałąź, na której się siedzi? Szybko jednak można się przekonać, że Bałdyga prowadzi nas inną drogą – nie lingwistycznych eksperymentów, intertekstowych zakrętów, ani nawet gnomicznych zaklęć. Raczej syntetycznego synestezyjnego projektu – języka, który ogniskuje wszystkie zmysły, i języka, którym się je wszystkie wyraża. Zapis ma być nie tylko powidokiem doświadczenia, ale jego częścią, nie pomiarem pulsu, ale podskórnym rytem [„Jeżeli pytasz o rodzaj może / rozdarta w poszukiwaniu skóra” (osobisty dowód)]. Znów można by powiedzieć, że nihil novi – podobne manewry wykonuje Julia Fiedorczuk (szczególnie widać je w „Listopadzie nad Narwią” i „Bio”). W obydwu poetyckich światach przedmioty codziennego użytku stają się uprawomocnieniem istnienia – realizują sentymentalne konwencje, ale i umożliwiają od nich ucieczkę od „obrazu na idealne podobieństwo”.

Wykazywanie podobieństw rekwizytorni, wspólnych poetkom obsesyjnych topoi z jednej strony mogłoby dyskredytować Bałdygę – bo cóż poruszającego w powtórnie naświetlonych kadrach? Z drugiej jednak zbieżne dominanty tematyczne tworzą tak dobrze rozpoznawalny sztafaż symboliki kobiecej, słowem passe-partout. Autorka „Współgłosek” umiejętnie balansuje na granicy sentymentalizmu, infantylności, wtórności. To, co udaje się jej osiągnąć, to pozór intymnego wyznania, epistolarnego zwierzenia nieprzekraczającego jednak granicy oznaczonej tablicą ars amandi. Podczas lektury ciągle jednak towarzyszy mi wrażenie, że to kolejna realizacja skamieniałych „sylwetek, tematów i konwencji liryki kobiecej” – by posłużyć się podtytułem książki Anny Legeżyńskiej. Bunt wobec konwencji jest prawie niewidzialny/niesłyszalny. Bo „poezja kobieca się zdarza”, fakt. Ale czy „spisany rozkład postępuje” [(osobie)]? Brakuje mi w tych tekstach siły rażenia, radosnej afirmacji albo gwałtownego bojkotu. Jest to, co wielokrotnie zwiedzone, dobrze znane. Kruchość podmiotu, „kołysanie, zaginanie, naginanie”, ale nie przekroczenie. I nie o kampowe przegięcie tutaj chodzi, wulgaryzacja języka też bywa zbyt prostym wymykiem. Bałdyga wydaje się rzeczniczką łagodnej kapitulacji: „Już się nie buntuję / za to sporo wspominam i ciągle mi się śni, że mówisz przez sen. / Nieobecna pamiętasz zabawniejsze szczegóły” [(to słychać u moich znajomych)]. Może ten brak rewolucyjnych zapędów mógłby stanowić tajną broń, trzecią drogę wśród dwóch wyraźnie wyrytych w młodej poezji kobiecej (roczniki 70., 80. i 90.)? Tę pomiędzy ukazywaniem mechanizmu opresji i metaforyzowaniem obrazu „kobiecego chemicznego morza”. Gdyby tak postawić sprawę – „Współgłoski” są zbudowane na wspólnym kodzie, alfabecie umożliwiającym efektywną komunikację – słowem – rozpowszechnionym porządku symbolicznym, w którym metafory i metonimie kobiecości nieporuszone tkwią w swoich niszach (że niby ich nie widać, to nie istnieją). Stąd tytułowe symboliczne współbycie i wielokrotnie powracający rytuał cytowania, a więc zawłaszczania i oswajania.

Cały tom spina prośba wyrażona szeptem: „Ścisz tę prawdę, pochyl / Poszukaj nam miejsca w prywatnych językach” [(nasze własne)], tworząca efekt, iluzję wsobności komunikatów. Wyznanie „bez mimiki, maski, makijażu” de facto jest jednak realizacją kolejnej z konwencji. Wiadomo, że pod maską nie ma już tego, co „naturalne”, a nawet nigdy nie było. Ostatecznie więc nową książkę Bałdygi potraktowałabym jako opowieść o nabywaniu i traceniu niezależności. Melancholicznym klinczu tracenia realnego i uwiązaniu w słowie: „Odchodzę kiedy piszę, zawsze / siedzę albo stoję, należę” [(miejsce zamieszkania)].
Zofia Bałdyga „Współgłoski”, Mamiko. Nowa Ruda 2010.