Wydanie bieżące

1 września 17 (161) / 2010

Mirosława Pajewska,

WIERSZE

A A A
RÓŻA

Tu był pokój z osobnym wejściem
niepodległe państwo na kilku metrach kwadratowych
na wschodzie okno na zachodzie drzwi
na północy sufit na południu podłoga
w środku stolica biała głowa
nie może podejść do okna stoi po pas w śniegu
niewidoczny stąd taras w kilku papilotach wieżyczek
i urywa się ścieżka po drugiej stronie
coraz dalej odsuwa się las
na granicach pusto
lodówka zamknięta na klucz
w szufladkach dzieci
deszcz pada słońce świeci czarownica masło kręci
twarz o wyostrzonych rysach gasnącej żarówki
do której już nie przylgną ćmy
i przyszła do niej zła pani
ty będziesz spała latek sto
i przesypywał się piasek z oczu przez kabłąki poduszki
po kilku spięciach szarzała wymieniana na inną
wyławianą z łez wydeptaną jak ścieżka
zaciskała w rumieńcach zwinięty język rzeki
ciało przesuwano do jadalni łazienki
co jakiś czas upychano w kącie
żeby pozamiatać wygrzebane rzeczy
których nie chciała oddać
stawiano pod ścianą ławeczki w cieniu
siedziały róże w ogrodzie
co tydzień wypychano nimi tył wesołego autobusu
objazdowe kino gabinet krzywych luster kościół odpust
zabawa na sto dwa płaczącą wierzbę
i trzy charczące głośniki
mogły zagrać w głuchy telefon lub w głupiego Jasia
Koci koci łapci pojedziemy do babci
zasłonięte firanki łzawią ślubne welony
to nie ten pokój nie ten ogród i nie ta róża
która już nie pamięta

czerwiec, 2007



PRZEJŚCIA

Czekają w korytarzu

przez dziesięć lat na parterze
był skład trumien
a ratunkowe pogotowie
dwie ulice dalej

najpierw pomyślimy o mamie
musi odpocząć
to dobre miejsce
obok starej brzozy i gromadki młodych

mówił i przecierał szlak
do okna i półki z mapami

zamknęli stary cmentarz
przy głazie taterników

co teraz będzie pytała
wszędzie blisko żartował

mniej więcej wtedy
gdy opanował sztukę chodzenia
na protezach

pochowamy go w jego czerwonej
kurtce beskidzkiego przewodnika

czekają w korytarzu
spakowane rzeczy zmarłego

mówi że
urodziła syna z nogami

kwiecień 2010



WACEK

Do osiemnastego roku życia
przejechał na zapalonych
oponach mózgowych
przez kilka min pułapek
składał się z głowy
jakby nasadzonej na pal
czasem można było tam spacerować
jak w platońskich ogrodach
zawinięty w skrzydła płód
roztargniony alchemik
siadaliśmy w jego oliwnych gajach
falowały jak uszy słonia
czasem był jak muszelka zdrapana z wraku Titanica
czasem wyskakiwał mu z ust mały hobbit
mogę być twoim Adamem i Ewą
i złotą rybką kusił
pryskał jak bańka mydlana
Wacek słupek rtęci
utopił się w oczku wodnym