Wydanie bieżące

15 września 18 (162) / 2010

Sławomir Iwasiów,

GRZECZNE DZIECI TEŻ PÓJDĄ DO PIEKŁA

A A A
– Tato, dokąd jedziemy? – Do miejsca, które kiedyś mi się przyśniło. (fragment „Szczeniaków”)
Gdyby przeprowadzić badania nad najpopularniejszymi tematami debiutów literackich (łącznie z tekstami pisanymi do szuflady), prawdopodobnie dzieciństwo znalazłoby się na jednym z pierwszych miejsc. Dlaczego pierwszą książkę łatwo napisać właśnie o okresie życia, który, jako źródło motywów literackich i konstrukcji postaci jest z psychologicznego punktu widzenia najbardziej oczywisty, a i w historii literatury został przedstawiony na wszystkie możliwe sposoby? Być może to nie tylko czas, który wywiera największy wpływ na życie człowieka, ale także stan świadomości zakorzeniony w nas najmocniej i trzeba zdecydowanego aktu przepracowania autobiograficznego, żeby jakoś się od niego uwolnić. A mocny debiut, to dobry debiut – nawet jeśli czerpie garściami z bogatej w literaturze tradycji książek o dzieciństwie, ale raczej nie dla dzieci. Pierwsza książka Sylwii Siedleckiej jest takim „mocnym debiutem”, odwołującym się do klasycznych pozycji z literatury polskiej, ale, jak mamy prawo przypuszczać, niekoniecznie powinna być odbierana jako rozliczenie z własnymi doświadczeniami.

Czytając „Szczeniaki” (dwuznaczny tytuł jak na książkę o dzieciach i dzieciństwie – to przecież także obraźliwe określenie najmłodszych), czułem się znowu tak, jakbym był w czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy „przerabialiśmy” na lekcji języka polskiego „Janka muzykanta” i przeżyłem chyba największą traumę czytelniczą – niekoniecznie w negatywnym znaczeniu słowa „trauma”. Książka Siedleckiej to zbiór opowiadań, które przypominają mi tamto doświadczenie lekturowe – dzieciństwo zostało tu pokazane zarówno jako rezerwuar skrywanych głęboko marzeń, jak i źródło udręki związanej z pierwszymi kontaktami z nieprzyjaznym światem, który co rusz rzuca kłody pod nogi. Janko miał i marzenia, i delikatnie mówiąc, niezbyt łatwe życie. Siedlecka nie odpuszcza swoim małym bohaterom, którzy, nawet na tle umierającego w cierpieniach Janka, przeżywają istny horror.

Pierwsze opowiadanie to właśnie taki „horror dzieciństwa”, nie tylko w sensie gatunkowym, choć pewne elementy opowieści grozy są tu obecne – uderza i przeraża „dziwność” bohaterów wobec spokoju i „normalności” świata przedstawionego, „dziwna” jak na opowieść o dzieciństwie. „Wodny motyl” przedstawia historię dwóch braci, Beniamina i Olego, bliźniaków syjamskich zrośniętych plecami. Siedlecka pokazuje chłopców, prowadząc naprzemienną narrację w pierwszej osobie – raz Beniamin mówi o Olim, raz Oli o Beniaminie. Można w tym przypadku odnaleźć dalekie echa „Godziny myśli” Słowackiego – podobna jest tutaj „nadwrażliwość” bohaterów, którzy zdają się rozumieć z rzeczywistości więcej, niż powinny dziecięce postaci. Chłopcy, mimo że połączeni na stałe przez los i dosłownie sobie bliscy, nie znają swoich twarzy, ale mogą o sobie wiele powiedzieć. Są do siebie podobni i obaj ładni, jak mówi ich mama, z tym że Oli ma trochę jaśniejsze włosy i jest dwa razy większy od brata – w tej sytuacji przymusowej jedności to nie lada kłopot. Beniamin stanowi początkowo upiorną narośl na ciele Olego, ale z czasem zaczyna mu dorównywać siłą i zapałem do życia. Dramat ich egzystencji polega na tym, że mimo braterskiej miłości muszą ze sobą rywalizować: o miejsce na świecie i własną tożsamość spiętą jednym kręgosłupem. W końcu jeden z nich będzie musiał poświęcić życie (a może tylko ciało?) dla tego drugiego, odcięty przez lekarzy, amputowany i pozostawi po sobie jedynie bliznę na plecach brata. Siedlecka łączy tu dwa porządki, pokazuje dwa przeciwstawne światy – życia i śmierci, dzieciństwa i starości, które, mimo że postawione w opozycji do siebie, są w zaskakujący sposób podobne i będą nam towarzyszyły już do końca tej lektury.

Drugie opowiadanie, „Wujek Edward”, to nieco odmienna od poprzedniej historia, ale utrzymana w podobnej atmosferze stopniowo serwowanej „grozy” i nieokreślonego bliżej niepokoju – tym razem narrator, człowiek u kresu życia, wraca myślami do czasów dzieciństwa. Skojarzenie z „Wujkiem Karolem” (i z innymi opowiadaniami) Brunona Schulza jest tutaj jak najbardziej na miejscu – może Edward nie jest tak sympatyczny jak „słomiany wdowiec” u Schulza, ale za to ma nietypowe zajęcie. Edward pracuje bowiem w kostnicy, co wydaje się narratorowi fascynujące – szczególnie w momencie, gdy sam musi żegnać się z tym światem i wracają do niego obrazy z przeszłości. Wcześniej, żeby rozliczyć się ze swoją biografią, próbował spisać wspomnienia (był podróżnikiem, zwiedził cały świat, więc miałby o czym opowiadać), ale spalił autobiografię w kominku, kiedy zrozumiał, że pisze tylko dla siebie (kiedy zaczyna sam mówić do własnego odbicia w szybie, zaczyna podejrzewać, że popada w szaleństwo samotności). Gdy projekt „wspomnień” upada, opisuje Edwarda, paradoksalnie najcieplejsze wspomnienie z dzieciństwa, które, nie wiedzieć czemu, wraca właśnie wtedy, gdy przydałby się ktoś w rodzaju Charona. Edward jest dla narratora takim biograficznym pomostem między dzieciństwem a starością. „Ile bym dziś dał, żeby wujek Edward przeprowadził mnie na tamten świat (…)” – mówi narrator. I w tym przypadku Siedlecka gra kontrastem, zderzając ciepłe przecież wspomnienie z dzieciństwa z nieuchronnym końcem życia i „upiorną” profesją Edwarda. Jest w tym tekście, jak i w całym tomie, również spora dawka czarnego humoru. Kiedy w wizji o końcu swojego życia narrator „idzie do nieba” w towarzystwie wujka Edwarda, Bóg wita ich wychodząc… z lodówki (wyczuwam tu nieznaczne wpływy Marcina Świetlickiego – wierszu „Czternastego lutego” krakowski poeta porównywał Boga do lodówki). Żarty trzymają się autorki dość często, co poprawia nieco grobowy nastrój tej książki.

Spośród tych fantastycznych, dziwacznych i w dużej mierze smutnych opowieści pokażę w skrócie jeszcze jeden tekst, zatytułowany odpowiednio do tematyki zbioru – „Dzieci”. Opowiadanie zaczyna się tak: „Nieochrzczone dzieci nie idą do nieba, po śmierci wozi się je do piekła dużymi autobusami”. W moim odczuciu sam pomysł, żeby przedstawiać dzieci idące do piekła, jakby jechały gimbusem do szkoły, wydaje się wystarczająco „upiorny”, ale Siedleckiej to chyba nie wystarcza, ponieważ brnie dalej w tę fantazję ze snu. Piekłem zajmuje się tu nie kto inny, ale Bóg we własnej osobie (kto mógłby zgotować ludziom większe piekło niż On sam?), który wygląda jak Dawid Bowie i pali papierosy. Dzieci w piekle wprawdzie nie są przypalane na wolnym ogniu, jak w katechetycznych groźbach ze szkolnej ławki, ale przeżywają katusze skrojone na swoją miarę: muszą pracować (budują na przykład most), nie mogą spać (a dzieci spać powinny dużo), bawią się klockami, ale nie są w stanie nic z nich ułożyć. Nie wiem, może to kwestia indywidualnych wyobrażeń, ale trochę mi się to kojarzy z piekłem szkoły – ten sam przymus, tę smutną atmosferę zbiorowego uczestnictwa w czymś, w czym nie chce się uczestniczyć, chociaż de facto nic złego nam nie grozi, Siedlecka przemyca jako motyw przewodni swoich opowiadań.

Oczywiście więcej w tym tomie tego typu utworów – dziwnych, niepokojących, ale napisanych, mimo wszystko mam takie wrażenie, z dużym współczuciem wobec dzieci. Jest tu i opowieść o karle, dziecku-nie-dziecku pracującym w cyrku („Czerwony karzeł”), i historia chłopca, który musi uczestniczyć w alkoholowej imprezie dorosłych („Eskapada”), i chwytająca za serce powiastka o dziecku niechcianym („Pestka”). Trudno się od tej prozy uwolnić, nawet długo po lekturze – może to sprawa jej uniwersalnego wymiaru, a może po prostu brutalnego w gruncie rzeczy obrazu dzieciństwa, przeżycia o wymiarze uniwersalnym.

Być może jest jednak tak, zdaje się sugerować autorka, że w pełni „osobiste” opowiadanie o dzieciństwie nie miałoby sensu, ponieważ wtedy stało by się niezrozumiałe dla kogokolwiek oprócz niej – jak dla narratora z opowiadania o wujku Edwardzie, który przestraszył się własnego odbicia w szybie. Tak być może należy rozszyfrować „udziwnienie” tych tekstów – z jednej strony są to dobrze znane chwyty literackie (groza, fantastyczność, oniryzm), charakterystyczne dla tematyki dzieciństwa, a z drugiej strony te chwyty „oddalają” perspektywę autobiograficzną, „przerabiają” dzieciństwo na tyle, że staje się ono czymś więcej niż „tylko” autobiografią, studium pojedynczego przypadku, zamknięciem pewnego etapu w życiu.

Zbiór opowiadań Sylwii Siedleckiej to piękne „wspomnienia z dzieciństwa” i oniryczne marzenia jak z bajki, ale spowite gęstą mgłą horroru – ta proza, wyważone połączenie realizmu i fantastyki, boleśnie uświadamia, że najdziwniejsze rzeczy kryją się za zasłoną rzeczywistości.
Sylwia Siedlecka: "Szczeniaki". Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2010 [seria: ...archipelagi...].