Wydanie bieżące

15 września 18 (162) / 2010

Ryszard Knapek,

PALIKOT, M.D.

A A A
Czasem przychodzą do nas metafory – takie, przed którymi nie można się powstrzymać. Słyszymy je – widzimy – i wiemy, że danej sprawy nie będziemy już potrafili rozumieć inaczej. Uderza nas ich oczywistość i dziwi, że sami ich wcześniej nie dostrzegaliśmy. Zazdrościmy tym, którzy są Mistrzami Metafory. Potem metafora zaczyna się rozrastać, obejmuje nasz umysł i wychodzi daleko poza pierwotne założenia. Pęcznienie jest jedną z jej zasad. Jedynym sposobem na uwolnienie się od niej jest jej wypowiedzenie.

Taką metaforę przyniósł nam w sierpniowym wydaniu „artPapieru” Idei Mikołaj Marcela, nazywając Posła (Palikota) – (Doktorem) House'em. Poza całą gamą oczywistości, które nie pasują (House jest najdalej jak tylko można od czynnej polityki, nawet jeżeli niektóre odcinki serialu są stricte polityczne, jak ten z czarnoskórym kandydatem na prezydenta, który „nie ma szans na zwycięstwo”) jest to zestawienie wyżej wspomnianego typu. Na tym właśnie polega metafora – ignorujemy niepasujące elementy i cieszymy się układającymi się w ciekawy system zależnościami. Ale niebezpieczeństwem metafory jest jej otwartość. Zawsze może znaleźć się zazdrośnik, który zderzy jej elementy w inny, być może niechciany, nieoczekiwany sposób. Albo po prostu dopowie to, co w oryginalnym pomyśle powiedziane nie zostało, może nie miało być powiedziane. Zapyta, dla przykładu o to, czy w metaforze nie mieści się czasem porównanie relacji House'a i Cuddy (jego szefowej) do relacji Palikota i Tuska? I nawet jeżeli napięcie seksualne między nimi także potraktujemy metaforycznie, to dostrzegalna relacja wzajemnej zależności i silnego przywiązania może zniweczyć całą subtelność poprzedniego wywodu.

Pominiętym trzecim elementem łączącym obie postaci jest Sherlock Holmes. House jest po prostu Holmesem (kto tego nie widzi, a nie ma Wikipedii, niech sięgnie po opowiadanie Gombrowicza „Zbrodnia z premedytacją”). Natomiast Palikot mógłby być Holmesem, gdyby mu tego wizerunku nie skradziono i gdyby palenie nie było dlań problemem wizerunkowym („Fakt” widział ponoć palącego Palikota!): nawet śmiejąc się ze swojego nazwiska w tytule jednej z książek („Płoną koty w Biłgoraju”), pomija skojarzenie z kotem palącym fajkę (atrybut Holmesa), które natomiast chętnie wykorzystał rodzinnie powiązany z PiS producent wódki Palycot.

Zasada metafory
Nie bez powodu tak mocno od samego początku naciskam na metaforę – zdawałoby się zwykły środek poetycki – okazuje się ona bowiem najistotniejszym elementem układanki. Dwie postaci, które od sezonu 2004/2005 podzieliły między siebie prawie cały czas antenowy („Dr House” jest już emitowany na trzech niezależnych od siebie kanałach) kształtują nasze postrzeganie świata (estetykę) właśnie poprzez doskonałe wykorzystanie metafory. Pośrednio wskazuje na to Marcela, zauważając prawie tak samo fikcyjny charakter obu postaci (dlatego nie będę używał pełnego imienia i nazwiska posła), który ostatecznie prowadzić ma w obu wypadkach do ujawniania pewnej zasadniczej prawdy. Marcela robi to zresztą w bardzo interesujący sposób, stawiając w opozycji wiarygodność, wysoko cenioną społecznie i ignorowaną przez obu bohaterów oraz prawdę, która ma być ich zasadniczym celem. Ciekawe jest w tym to, że dokonuje się tu odwrócenie klasycznej Arystotelejskiej definicji fikcji, w której to co prawdopodobne (tu: wiarygodne) jest wyżej cenione niż to, co prawdziwe. Owo odwrócenie nie jest jednak złamaniem zasad poetyki, ale ujawnieniem istniejącej w jej ramach metafory: wprawdzie nie istnieje, czy raczej nie musi istnieć, to, co zostaje w metaforze przedstawione (struna światła, nieznośna lekkość bytu, świński ryj, moherowy beret). Rzecz w tym, że ten niekoniecznie istniejący przedmiot prowadzić ma nas do tego, co istnieje (lub zaistnieć ma w naszych umysłach z woli twórcy metafory) w sposób konieczny, a czego wprost nie jesteśmy w stanie, nie potrafimy, nie możemy, czy nie chcemy nazywać.

O roli metafory w metodzie rozwiązywania house'owskich zagadek nie trzeba wiele opowiadać – nie tylko uważa on ją za probierz inteligencji swoich współpracowników, a każdy medyczny proces tłumaczy za jej pomocą, ale w kluczowym momencie rozwiązania zagadki zawsze zapożycza rozwiązanie z innej dziedziny życia, czyli postępuje zawsze według metaforycznego schematu przeniesienia. Nie inaczej Palikot, którego kontrowersyjne (dla pruderyjnych mediów) wystąpienia zawsze działają na zasadzie tropu – mają na celu nie same siebie, ale wskazanie na coś z zewnątrz, coś, co tylko pośrednio powiązane jest z wydarzeniem. Pistolet i gumowy penis były rodzajem metonimii, wskazującej na ich wspólnego użytkownika. W najciekawszych happeningach polityk sam robi z siebie metaforę, jak ostatnio, kiedy zmieniony Palikot był tylko odniesieniem (parodyjnym) do odmienionego Kaczyńskiego (równie fikcyjnej postaci). Jest to właśnie jeden ze sposobów realizacji tego, co Marcela nazywa gębą. Niewątpliwie jeden z najskuteczniejszych.

Zasadą metafory nie jest bowiem ani jej estetyczne oddziaływanie, ani konceptualna bystrość – dobra metafora to metafora skuteczna. Taka, która poprzez sportowe odniesienia lepiej niż dosłownie opisze drogę zarażenia i drogę leczenia. Albo taka, która sprawi, że kiedy spojrzymy na twarz Kaczyńskiego (Brudzińskiego, Listkiewicza, Palikota) i spróbujemy się jej przypatrzeć, dostrzeżemy niechybnie, jak nozdrza powiększają się, przeobrażają i nagle zaczynają przypominać charakterystyczny, dobrze nam znany kształt pasujący do wtyczki kontaktowej.

Metaforyzowanie rzeczywistości to stary i dobrze wypróbowany gest retoryczny – można w ten sposób powiedzieć znacznie więcej, nie ryzykując przy tym tyle, co przy wypowiedziach dosłownych. O tym, że Palikot opanował tę opozycję (przenośność – dosłowność) przekonać możemy się wtedy, gdy raz na jakiś czas zdobędzie się na wypowiedź niezanieczyszczoną ukrytymi znaczeniami („Lech Kaczyński ma krew na rękach” – to co prawda fraza metaforyczna, ale na tyle dobitna, że jej przenośnego charakteru w ogóle nie rozpoznajemy). W zestawieniu ze zwykle używanym przez niego językiem daje to wrażenie pełnego przekonania do wypowiadanych słów – „czystej prawdy”.

Czyste intencje
Mówienie o pięknych przekonaniach i wartościach, którymi kierują się politycy wydaje się naiwnym nieporozumieniem. Polityka jest brudna i w tym temacie Marcela nie pozostawia nam wątpliwości, nazywając Palikota Brudnym Harrym. I rzeczywiście – poseł z Biłgoraja mówi wprost to, czego inni się boją, nieustannie łamie „umowę społeczną” (to tytuł jednego z epizodów „Dr House'a”), punktując jej słabości i zakłamania, albo po prostu ją pomijając. Brudzi wysterylizowany język polityki. Ale, jak celnie zauważa Marcela, język naszej polityki tylko udaje czystość, w rzeczywistości po kolana brnąc we wiejskim gnoju. Palikot więc, wydobywając brudy na wierzch, właściwie oczyszcza całość, czy może przynajmniej – daje szansę na wyczyszczenie wnętrza. Doskonale przy tym wie, że zarządzanie brudem daje korzyść podwójną: nie tylko chwalebną pozycję tego, który czyści, ale też możliwość rzucania gównem na prawo i lewo. Wydaje się jednak, że Palikot, podobnie jak House, dba o coś więcej niż tylko higieniczną czystość (ang. clean) języka/myśli.

W ostatnim odcinku trzeciej serii House tłumaczy, dlaczego chce jeszcze zachować przy życiu pacjentkę, która wydaje się skazana na śmierć. Cuddy „zarzuca” mu, zaangażowanie emocjonalne wobec pacjentki i jej męża, który zaufał mu prawie jak Bogu. Znamienna jest odpowiedź na te zarzuty: „I don't care… I realy don't care. My motives are pure”. House nie dba o pacjentów i to właśnie poczytuje w sobie za oznakę „czystości intencji”. Nietrudno znaleźć podobne wypowiedzi Palikota, powtarzającego, że „słupki go nie obchodzą”.

Żeby dobrze zrozumieć taką postawę, warto zauważyć, że obaj bohaterowie są spadkobiercami tego samego paradygmatu myślowego. Jego najważniejszymi wyznacznikami byłoby pewnie kantowsko-sade`owskie oświecenie i darwinowska nowoczesność. Chodzi oczywiście o prawdę, nie ma wątpliwości. Ale jaką prawdę? Marcela nazywa to „potwornym, narkotycznym przywiązaniu do tego, co realne”. Rozwinąłbym to raczej w pojęcie prawdy amoralnej, „bezpruderyjnej”, przed którą Nietzsche (przekornie) ostrzegał w cytowanej przez mojego poprzednika „Wiedzy radosnej”: „Może prawda jest kobietą, która ma powody nieodsłaniania spojrzeniom swoich głębi?”. Palikot i House poruszają się nieustannie właśnie pomiędzy brutalnym pożądaniem prawdy a traktowaniem jej jako niepokalanej i „jedynej godnej”. Nigdy nie zależy im na pacjentach (musimy się z tym pogodzić – jeżeli Palikot jest House`em, to my najczęściej jesteśmy jego pacjentami, nie widzami). Gest współczucia to coś, co obaj przyjmują z dysonansem. I w gruncie rzeczy nie jest to postawa ekstrawagancka, ale ideał nowoczesnego, zsekularyzowanego społeczeństwa: lekarz powinien być obiektywny wobec pacjenta, a polityk ma obowiązek wzniesienia się ponad partykularne zależności. Obaj jedynie wydają się ekstremalni na tle niedoskonałego otoczenia. A ponieważ „wszyscy kłamią”, to znaczy, że ich prawda znajduje się gdzieś indziej. Mają swoją ontologię, przy czym ta house`owska jest znacznie prostsza, ma bowiem swój jasno określony byt – chorobę. Palikot jest przypadkiem trudniejszym, ponieważ jego fikcja jest o wiele słabiej sprecyzowana (co oczywiście jest dla fikcji słabością). Myślę, że gdyby chciało się określić jego postawę metafizyczną, to byłby to specyficzny rodzaj dualizmu, którego elementem pozytywnym byłoby państwo nowoczesne, a negatywnym – bracia Kaczyńscy (brat Kaczyński).

Serial reality (seriality)
Wszystko to nieprawda. Albo jak wolałby Michał Witkowski: wszystkie postacie są fałszywe. Dlatego też nie wspomniałem ani razu bezpośrednio o Januszu Palikocie – nie znam człowieka. Palikot to ciekawa postać, którą znam z internetu, jego książek i przede wszystkim fascynującego serialu political fiction „Fakty” (opartego podobno na zdarzeniach autentycznych), oczywiście nieoryginalnym, wzorowanym na podobnych produkcjach amerykańskich. Zasady kierujące takimi popularnymi produkcjami są proste, ale ich właściwa realizacja jest niezbędna do poprawnego funkcjonowania całości. Przede wszystkim: pełne zaangażowanie w fikcję – nie wolno wychodzić z roli, ale za to w ramach roli można kłamać bez ograniczeń, byle nie przekroczyć scenariusza. Każdy sąd i tak jest tylko quasi-sądem i widzowie doskonale sobie z tego zdają sprawę. Polaryzacja postaci jest niezbędna, żeby wiadomo było, kto jest protagonistą, a kto antagonistą. Następnie: zasadnicza niezmienność – postaci, ról, sytuacji. Poczucie trwałości jest niezbędne, aby wytworzyć poczucie bezpieczeństwa. Przemiany następują, ale w sposób niewidoczny, ponad fabułami pojedynczych odcinków. Raz na jakiś czas należy tylko zasygnalizować przełom, koniecznie przy zachowaniu zasad dramatyzmu. Wszelkie nowe koncepcje i idee dodajemy na sposób zapośredniczony (dlatego tak dużym wysiłkiem dla mediów było zakończenie żałoby po katastrofie smoleńskiej. Wszystko, łącznie z prognozą pogody, było podporządkowane wydarzeniu. Musiało dopiero nastąpić oddzielenie elementów, zdawałoby się, nieodłącznych od żałoby, jak pogrzeb i kształtowanie pamięci, czyli „Wawel” i „Obrońcy krzyża”). Wymienione powyżej, niespecjalnie oryginalne tezy, chciałbym sprowadzić tylko do jednej: rzeczywistość polityczna, którą obserwujemy za pomocą mediów jest z wilde`owska: wtórna wobec wyobrażeń, które zostały nam już wcześniej podane.

Zagrożenie dla polityki, jakie stanowi Palikot (podobnie jak Lady Gada w dziedzinie muzycznej popkultury) nie polega na teatralizacji, jakby chciał Marcela. Polityka już dawno się steatralizowała, w gruncie rzeczy wobec mediów zawsze taka była, bo przecież nikt nie potrzebuje „Kropki nad i”, żeby uchwalić budżet. Właściwe administrowanie państwem nigdy nie miało z mediami nic wspólnego. Groźna siła Palikota polega wyłącznie na tym, że nikt z polskich polityków nie odnajduje się w tym świecie lepiej niż on, który wie, że „nie ma faktów, są tylko interpretacje”, tudzież, cytując innego klasyka filozofii – że „łyżka nie istnieje”. Dlatego wchodzi w Fakty jak w Matrix i działa. W przeciwieństwie do House`a, który skupia się na rozwiązywaniu pojedynczych przypadków (ontologiczny minimalizm), Palikot podejmuje się właśnie zasadniczych zmian na polu estetyki, rozumianej po kantowsku, jako sposób naszego postrzegania świata. Czyli, jak można wywodzić za pracami Jacquesa Rancière`a, z tego, co nie jest polityczne za pośrednictwem estetyki Palikot robi politykę. Na arenie, gdzie dotychczas przede wszystkim walczono o głosy, pośrednio tylko o idee, on podejmuje się działań zupełnie innego – długofalowego kształtowania naszego obrazu świata. Jest to właściwe pole politycznej działalności Palikota. Począwszy od prostych przekazów dotyczących nie tyle samej obyczajowości, co szerokiego zakresu wolności („Jestem gejem”), aż po nowy model władzy, prezentowany w Komisji Przyjazne Państwo, która nawet nie musiała niczego osiągnąć, aby wpoić nam przekonanie, że właściwa władza powinna upraszczać, a nie komplikować, rozmawiać, a nie narzucać, pracować, a nie gadać itd.

Praca Palikota w dziedzinie estetyki (w kantowskim znaczeniu sposobu postrzegania świata) ujawnia się doskonale tam, gdzie – jak uczy dziadek Freud – zwykło się ujawniać wszystko: w językowych lapsusach (w tym wypadku nie chodzi o przejęzyczenie, ale o nacechowane złamanie frazy). „Zwróćmy uwagę – pisze Marcela – że poseł Hofman chciałby dać Palikotowi nie po twarzy, ale po gębie właśnie: przemoc fizyczna nie zmieni nic – prawdziwym zagrożeniem jest właśnie »gęba« Palikota”. Można dostać „po gębie”, ale nie daje się nigdy „po twarzy” – daje się „po mordzie”. Tak przynajmniej powinni robić posłowie PiS, jeżeli chcą zachować swoją tożsamość. Granica została już jednak przełamana, a dawny sposób „komunikacji” – wymazany. Na ringu pozostaje tylko „twarz” i „gęba”, a poprawność językowa wyeliminuje szybko tę pierwszą. Triada: morda – gęba – twarz może być skutecznym sposobem opisu postrzegania drugiego człowieka i komunikacji, w szczególności w polityce. Morda jest ekstremum łatwo naruszalnym („po mordach trzeba lać”), ale nie szkodzącym całości postaci. Można dostawać po mordzie, będzie bolało, ale ani nigdy się tej mordy nie straci, ani ból nie przeniesie się na całego człowieka i jego niewidoczne w ogóle zza mordy człowieczeństwo (casus Leppera). Co innego z twarzą – „utrata twarzy” może być nieodwracalna i zawsze dotyczy całego człowieka. Dlatego gęba zawsze wygra z twarzą, bo gęba jest niezależna, można ją ubierać i ściągać, zawsze znajdzie się zapasowa, jeszcze nieobita. I dlatego też PiS nigdy nie wygra z Palikotem, bo ich domeną jest twarz i nie mają nic oprócz twarzy. Chyba, że zaczną się lać po mordach, jak ongiś bywało. Wtedy nic nie wiadomo, poza tym, że będą musieli ściągnąć okulary.

PS.
Gdyby ktoś zechciał mnie wreszcie zapytać (chodzą przecież dziennikarze po ulicach), czym powinna się zająć sejmowa grupa ds. katastrofy smoleńskiej, może cała sprawa zrobiłaby się nieco jaśniejsza. Odpowiedziałbym bez wahania – przyjrzyjcie się okładkom książek Janusza Palikota. I – przekraczając już znacząco czas medialny – opowiedziałbym o jednej z czterech okładek „Pop-polityki”. Na tyle lekko zachmurzonego nieba – biało-czerwony samolot. Małe śmigiełko, lekko podziurawione skrzydła, wystające jeszcze koła (najwyraźniej musiały się zaciąć). Na widocznej dla obserwującego prawej burcie znajdują się dwa okna. Z przedniego, najwyraźniej z kabiny pilota – gęba Palikota z wystającym językiem. W drugim tylnym oknie, tym przeznaczonym dla pasażera – świński ryj. Samolot kieruje się jeszcze lekko ku górze, ale wyciągnięty język pilota nie pozostawia nam wątpliwości – będzie pieczeń. Książka wydana w roku 2009, jest jeszcze trochę czasu żeby doprecyzować szczegóły planu.