ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (163) / 2010

Radosław Kobierski,

WIERSZE

A A A
Il bambina
Jarkowi Mikołajewskiemu


Oto jest anarchista Luccheni. brat da Gubbio,
Od którego zaczęły się modły
(Zachował się dobrze, ale drut był konieczny),

Concettina jest młodsza w kąciku dziewic,
Niccolo trafiła kula przypadkowo pod Aspromonte,
(Wkręt uratował mu zwichniętą szczękę)

Wszyscy wypoczęci, w wannach z wapnem,
O zapachu octu i ziół, posypani kredą.
Na tarasie, w cieniu lipy i cedru libańskiego.

Czy rozumiecie państwo smutek tych pałub?
Parodię z materii, która nie zna żartów,
W mundurach i frakach, mantylu i szapoklaku?

(Piski myszy w prałacie, pod sutanną,
Chrobot skorków, szmer, jakieś życie),
Imię powtarzane z czcią na wszystkich piętrach,

Niszach pełnych trocin i rozpadu, Solafia, doktor,
I tajemne ingrediencje: gliceryna, formaldehyd,
Kwas salicylowy, siarczan cynku.



Nóż z obsydianu

Składałem ofiary z ludzi, odurzałem ich bajkami
I wykradałem serca w nocy, półżywe,
Półsenne, i szedłem z nimi na dach, na balkon,

Żeby wypełnić to puste miejsce.
Pisałem głównie nocą, głównie krwią,
Spałem na wznak, w piżamie, przebrany

Za żywego. Ten gatunek tak ma,
Przychodzi na świat w listopadzie,
Lgnie do światła, ale nie może się spalić.

W szafie przechowuje sto masek
Na każdą okazję, interpretuje znaki
(Wszędzie, na szyldach sklepów i w gazetach,

Na korzyść świata, na niekorzyść siebie)
„Nie krąży energia, pozatykane czakramy,
Za dużo ludzi w twojej głowie, za dużo zmarłych.”

Nie jestem w całości, jestem jak sto kawałków,
Na stole leżą, równo pokrojone,
Może mnie poskładasz, ale nie wiem,

Jaki to będzie człowiek, co z tego wyjdzie
Za hybryda, jaki doktor Frankenstein
(Kiedy powie ja, rzeczywiście będzie tu obecny).



Broken wing swallow

Drzwi są stare, z dużą szybą, potem długo nic,
Jakieś sześćset kilometrów. Za drzwiami jest matka,
Królowa śniegu, Kaj, chodzi za nią jak pies

I zgadza się na wszystko. Potem dostaje jej ciało,
W kawałkach, jego pięć minut, koniecznie w nocy,
Przed snem, (tak, przyjechał tu kiedyś na sankach).

Okno we mnie wychodzi już tylko na zachód,
I wiszą na nim czerwone rolety. Niknę, zanikam,
Czerwoną sukienkę też zakładam z żalu.

Potem długo nic. Człowiek idzie z psem przez mgłę,
Potyka się o wszystkie krawędzie poranka,
Jest ciemny i surowy jak węgiel z Borinage.

Ściany. Te są w kolorze jagód, prawie czarne,
Budzik, który czas odmierza za głośno,
Chowam do szuflady. Co jeszcze? Wazon z makówkami,

Kapelusz w jodełkę, męski z H&M, portret Julii,
Pudełko po ‘Wedlu’ z negatywami. Dalej nic.
Tymczasowo wszystko jest zakazane,

Z ogromną pieczątką z napisem tabu.
Czasem, wiesz, jeszcze przed śniadaniem wierzę
W sześć niemożliwych rzeczy,

A potem słyszę za ścianą: „Powinnaś mieć jakiś cel,
Powinnaś być kimś.” I już przestaję wierzyć.
Taniec na rurze i dawanie dupy. Następnie długo,

Długo nic.