Wydanie bieżące

1 października 19 (163) / 2010

Maciej Melecki,

WIERSZE

A A A
Przedłużenie

Tęczująca pustka. Minione i obecne. Podcięta różnica, zaostrzony
Zapach prochu próżni. Gdzie jesteś, skoro niczego nie
Zaznałeś, przewlekle widzialny tylko w szczelinie
Najbliższego nieba, nie mogący przemóc głodu jej cienia,
Zamazany od wewnątrz. Ruszamy i zostajemy. Urodziny
Trwają. Bohaterka dba o prowiant. Sączy się neonowy
Szlaczek dookolnej szarości. Zamieniamy się miejscami, chodzimy
Po wszystkich pokojach, ociosujemy mgłę, na dworze szklana
Wata powietrza. Jesteśmy, choć nikogo już nie ma. Byłem
W podróży, w której mnie zniosło, miasteczka leżały
Jak porzucone narzędzia, każdy się w nich pochylał nad listkiem

Strawy, nad dachami przeleciał balon, ktoś machał za nim
Chustką, poręcze twardniały. Tyle mgnień, wyraźnych
Widm, śrutów porzuconych w zaroślach, strzałów i potknięć o suche
Korzenie, tyle niczego innego, mnogości próżniaczej,
Mydlanych baniek w dłoniach. Ten i inne rewiry, mary
Konkretniejsze od szorstkich desek. Masz już upatrzoną sukienkę
Na ślub? Mieliśmy wszak świadkować wspólnie, nakładać
Obrączki obietnicy echa, mieliśmy wieść swobodniejszy
Żywot od innych, żywcem zakopanych w słonecznych
Bruzdach zadeptanej plaży. Komunikacja ślepego losu,

Płynne połączenia z antresolą zaświatu, wytracona
Nawigacja dalszego zapierania, obstawania przy swoim.
Płoty mają sporo kul. Dziury są chłonne, dni jak zapadnie,
Godziny wyprężone jak sznur. Komu już się skończyła
Szansa, kto nie wykorzystał jej drogocennych mocy, kim
Się teraz ludni, skoro takie szanse nie zdarzają się nikomu?
Szansa zmarnowania wszystkiego. Co więc jest takiego
W tym kąsaniu nadzieją, wprzódy wpisanej w zaplecione
Ogniska sfer, których przedłużeniem są promienie kół bólu,
Szarpaniu jak uporczywe karmienie, skoro od dawna już nie jest
Bliską niecką dla każdego wejrzenia, rozproszona i nierzadko

Porzucona? Zostaję na pustym, kwadratowym placu, oparty o
Drewnianą ławkę, na południu i w poprzek, zostaję i ulatuję w
Każdy kąt padania. Niespieszny czas, wykasowane racje,
Poniechane prośby, przepowiednie nie oparte o nową linię życia,
Daremne jak perz. W dole i w górze nikogo. Ten moment jest twoim
Wianem, które nie wnosisz nikomu, nie zostawiasz pod drzwiami.
Rosnę tedy do ciebie, choć ty wciąż malejesz, ukryta w
Zakamarkach najbliższego jęku, prędze piekącej na niewidzialnej
Twarzy nieba, i nie tylko poprzez skrzypnięcia odnajduję cię
W świeżych śladach na mokrej trawie, bo wiem, że nie tylko
Z wahań żyjesz, skoro nic nie waha się temu przeczyć.



Szereg zerwań

Żadnego kierunku. Tylko brodzenie, wydeptywanie
Koła, wracanie w środek. Kiedy dniało, wszystkie
Kierunki jarzyły się jak szyny, była prosta prostopadła,
Las, wydmy i zatrzymanie w pół drogi nie wchodziło
W rachubę. Nie wracałeś. Nie wychodziłeś. Odkąd? Paru podobnych
Do siebie, w kombinezonach, wiedziało do kiedy potrwa
Aura wymiany, krótkiego szmuglu, dźwięku glinianego
Dzwoneczka stojącego na skraju stołu. Bibelot pustki.
Morze, które nie tonie. Tonące morza w lejku chwili. Takie
Oto powidoki zapalały się w kadrowanych uniesieniach,
Jak dodatki, drobne wystroje, mające rozszerzyć kąt
Spadania, by zamykać za sobą prędko niebyłe,
Niewidzialne już okresy obietnic, przyrzeczeń i powziętego
Szturmu na wyłowiony pstryknięciem projekt nowego
Życia. Ból, jego ścięgna, ściegi nierównego pulsu,
Ten uważny, mało pożądany świadek, i jeszcze jeden,
Przewidywalny pat. To okoliczności, zachodzące od

Tyłu, tarasujące oczy, kratkujące najbliższą przestrzeń, wykręcające
Ręce, wtrącające w czarne dziury gestu. Towarzyszysz innym,
Jako podpórka lub ramię. Zawierucha codziennego życia
Grzęźnie i odradza się w niespiesznym tempie tykań i sygnałów.
Przejścia dla pieszych wchłaniają najbardziej oporne ruchy.
Przechodzisz lub zostajesz. Okoliczności łagodzące umowność
Każdej sceny. Tartak marzeń, z którego wychodzisz idealnie
Przycięty jak deska, spięty i okarbowany. Pasujący do każdej
Mydlanej szansy wyjścia na swoje poletko marnego okamgnienia,
Cwanego przeczołgania się w kolejną obręcz, dania
Jeszcze jednego dowodu na swoją dyspozycyjność w danej
Chwili kapryśnego przywołania cię przed oblicze dyktowanych
Cudzym chciejstwem potrzeb. Rok zaspokojenia właśnie dobiega
Końca. Rok nie może obejść się bez podsumowań. Czy
Możesz dokonać rachunku, sumy swoich wierzgnięć, pochyleń,
Mniemań czy strat, skoro nie ma cię na liście, na progu
Warg, które ogłaszają kolejny, roczny werdykt? Zerwania

Zakłócają się wzajem, przekraczają stopnie i kręgi, tworzą
Swoje wiązadła sideł czy wnyk, i naruszają przestrzeń lewitacji
Każdego, kto dopina sobie foliowe skrzydła lub wynajduje w
Stosie towaru te, z których chciałby korzystać w swoje wolne dni,
Na osiedlowym trawniku lub na ogródku szeregowego domku,
Tak by zerwana na krótko holownicza linka mogła
Stać się tylko smutnym przypomnieniem tego, co czeka i domaga się
Spłaty. Potrącona kostko domina, gdzie ostatecznie padniesz,
Gdzie cię popchnie twój poprzednik, szeregowy współuczestnik
Tej dziennej piany, jakie będziesz wiodła statyczne życie sterownika
Zależne od podmuchów czy zastojów? Brak przewidywań
Wiąże się z nadmiarem obecności tych pobieżnych możliwości, które
Jeszcze są w zasięgu, oddane w ręce drobnych realizacji,
Spekulacji nad jarzem czy darem, tym kawałkiem
Materializującej się obrotowej sceny, na której zostanie odegrany
Twój zachłanny spektakl, pt. Serce i kamień? Grajcie i
Tańczcie, wspólna jest tylko droga na górkę. Niewiadoma to
Neon. To, co cię zwabia, nigdy nie zapowiada przelewania
Pustego w próżne, tego, co zastajesz, zanim się zorientujesz, że to właśnie
Przelewanie, nieskończone zassanie, wygładzanie podłoża, że oto znów

Jesteś na ślizgawce, przymarznięty ponownie spadasz, w rozedrganiu
Widząc rozchylający się koniec toru, za którym jest ów rów.
Parabola tego stanu nie istnieje. Ten stan jest związany z kresem,
Z początkiem kresowej wędrówki, pokonywaniem nadmiaru,
Za którym, jeśli czai się tylko nic, jest to kłapiące
Nadmienianie tego, co może być dalej. Taka jest tego waga,
Szalka ze słońca i poziomica z obłoków gwiazd. Szereg
Efektywnie odpowiada kolejności. Uderzenia się znoszą, szturchania
Wywołują zapaść. Odbieranie przyjemności graniczy tylko
Z zastojem. Każdy turla się w beczce śmiesznego ryzyka.
Ryzykujemy wszak nic. Nic bowiem nie równoważy tego spadku.
Graniczymy tylko z czasem, przepuszczani przez spiralny wężyk jak
Wytaczana krew, owe pędy pustki. I wszystko inne zdaje się być jeszcze
W zasięgu, tak jakby czas okazywał łaskawość, i ustawał
Na taki moment, że wieczność mogłaby zacząć przybierać
Jakąś konkretną postać, ocierać się o widzialne wymiary tego,
Co najbliższe, w dotyku i smaku. Ale to tylko widmowe widzimisię.

Masz bowiem to, co chcesz, masz podziałki wyborów,
Nieprzebrane możliwości poznawania nowych treści, miejsc
Płonących żarem nowego wchodzenia w nieznany świat i światek,
Ludzi gnieżdżących się w rogach i pod ścianami publicznych
Oczyszczalni, w barach topornej obsługi, i to cię nagle skraca,
Skurcza, jakby coś, co miało się zawalić, zawaliło się, kiedy
Jeszcze wszystko było śnięte. Rozumiemy to nijak. Niepozorność takiego
Kontaktu brnie w coraz to nowsze pozory rozumienia się
W ułamku słowa, kiedy każdy chciałby jeszcze coś dowieść, a
Może tylko się wikłać w kolejnych odsłonach błahych wynurzeń,
Mamrocząc coś o swoich planach, miarach i zawirowaniach,
By daną chwilę spożytkować na jeszcze jednym przeczekaniu,
I w takim odbijaniu wątków, przemycie namnożonych śladów,
Zsunąć się poza widzialną krawędź, zniknąć jak najszybciej za
Pierwszymi drzwiami, zostając samemu z anonimową strugą
Ulicznego gwaru, ogłupionego witrynami tłumu. Cóż nam
Pozostało? Jedynie tego nie pamiętać? Jedynie wchodzić w następne
Interakcje z farsą innego spotkania, gdy nie ma się już nic
Do zaproponowania, a szkatułkowy śmiech krztusi nawet milczącą
Postać w kącie pokoju, gdzie zebrali się naraz wszyscy, by nie

Wracać przed świtem do swoich obowiązków bycia nikim.
Wąski przebieg naszych zawiłości, drobny wyciek roszczeń, chęć
Utrzymania się w niskim locie, ponad rytmem i mantrą miasta,
Gdzie czuwa się nad porządkiem i szeroką ofertą towaru, kończy się
Westchnieniem i rezygnacją, która nie rezygnuje z dalszych,
Odnawialnych sposobów zobaczenia siebie z drugiej strony.
Jakiej używasz wody, pijesz źródlaną? Nie wiem, dawno widziany
Koleżko, nie wiem, jaką piję wodę, nie wiem też, czy picie
Źródlanej wody mogłoby cośkolwiek wnieść. Te i inne scenki. Te
I inne, zaskakujące ataki na prosty fakt spotkania, użyźniają cyrkowość
Każdego kroku, gestów bezwiednie wykonanych, jakby znak
Naszego pobywania na dyszy tej sfery był dodatkowym dźgnięciem
Dla obrotu ziemi, i wpychają cię w jeszcze większą niszę, zamieniając
W ciekły słup soli, sączący się teraz na zamarznięty chodnik.
Osiedlowy stróż łopatką zeskrobuje śnieg z parkowych schodów.
Dzieci wciągają sanki na górkę, ustawiają się w kolejce i karnie,
Po kolei zjeżdżają w zamroczony dół. Ciemność rozjaśniona śniegiem.
I nic więcej. I zawsze dalej. I żadna z dróg nie prowadzi do końca innej.