ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (164) / 2010

Piotr Bieroń,

CZY CHCIWOŚĆ JEST DOBRA?

A A A
Po długiej odsiadce Gordon Gekko (Michael Douglas) wychodzi z więzienia. Jednak przed więzienną bramą nikt na niego nie czeka. Człowiek, który był legendą Wall Street i miał wszystko, teraz nie ma nic. Jest kompletnie sam. Gekko jednak umie sobie radzić. Niedługo po wyjściu na wolność publikuje książkę pod tytułem „Czy chciwość jest dobra?” (to zdanie, tyle że bez znaku zapytania oraz słówka „czy”, było jego mottem w pierwszej części „Wall Street”). Jednak na tym nie kończą się jego ambicje. Gordon marzy o powrocie na szczyt. Pewnego dnia kontaktuje się z nim młody makler giełdowy, Jake Moore (Shia LaBeouf). Bohater chce skompromitować i doprowadzić do ruiny ludzi, którzy wykończyli firmę zarządzaną przez Loisa Zabela (Frank Langella), jego zmarłego śmiercią samobójczą mentora. Do zrealizowania swojego planu Jake potrzebuje Gekko. Ten zgadza się, widząc w nowym zadaniu szansę na powrót do gry.

Dwadzieścia trzy lata. Tyle czasu minęło od premiery pierwszej części „Wall Street” Olivera Stone’a, filmu będącego dość realistycznym (choć niektórzy zarzucali reżyserowi naiwność), a zarazem krytycznym spojrzeniem na świat nowojorskiej giełdy. Jeśli twórca po tylu latach po raz kolejny podejmuje się tego samego tematu, to znaczy, że ma jakiś dobry powód. A przynajmniej powinien go mieć, zwłaszcza jeśli cieszy się taką artystyczną renomą jak Stone. Czemu więc „Wall Street: Pieniądz nie śpi” powstało i dlaczego akurat teraz?

Trzeba przyznać, że dzieło pojawiło się w dobrym dla siebie momencie. Świat wciąż nie otrząsnął się po ostatnim finansowym kryzysie, film o giełdzie jest więc dobrą okazją do jego skomentowania albo zastanowienia się nad jego przyczynami. Niestety, pod tym względem „Wall Street…” nie jest przekonujące. Kryzys oczywiście w filmie się pojawia, ma też duży wpływ na przedstawione wydarzenia, nie jest jednak głównym „bohaterem” obrazu, został potraktowany dość pobieżnie, podobnie jak pytanie o jego przyczyny, stanowiąc przede wszystkim tło dla fabuły. To rozczarowujące, zwłaszcza że swego czasu filmy Stone’a słynęły z komentarza politycznego, którym były podszyte. Komentarza, warto dodać, zazwyczaj bardzo krytycznego i kontrowersyjnego, biorąc pod uwagę niepopularne w Hollywood lewicowe poglądy reżysera.

Mimo to Stone oferuje interesującą, wciągającą historię młodego maklera idealisty, który zderza się z prawdziwym światem. Bohater wierzy, że jego decyzje przyniosą nie tylko korzyści finansowe, ale i pożytek społeczeństwu (inwestuje w będące jeszcze w fazie badań odnawialne źródła energii). Kapitalizm z ludzką twarzą jest możliwy? Tego się po Stonie nie spodziewałem, biorąc pod uwagę fakt, jak zajadłym krytykiem systemu kapitalistycznego był do tej pory – czy to w swoich filmach, czy w prywatnych wypowiedziach. Oglądając jego najnowsze dzieło, można odnieść wrażenie, że reżyser złagodniał w swych poglądach. I chociaż obraz giełdy wcale nie jest w „Wall Street…” pozytywny, trudno się oprzeć wrażeniu, że został on znacznie zmiękczony, uładzony.

Nie można odmówić Stone’owi umiejętności opowiadania historii opartych na intrydze pełnej finansowych machlojek i fałszywych spekulacji. To spore osiągnięcie, zważywszy jak mało „filmowy” jest temat giełdy. Świat wielkich finansów również został odwzorowany z dużą pieczołowitością. W języku bohaterów pełno jest fachowej terminologii. Widzom, którym giełda jest obca – w tym wyżej podpisanemu – może to sprawić trochę kłopotu (na szczęście najważniejsze terminy są w filmie objaśnione). Jeśli dodamy do tego wszystkiego pięknie sfotografowany Nowy Jork, piosenki Davida Byrne’a i Briana Eno, oraz efektowny montaż, otrzymamy kawałek bardzo solidnego kina. A w zasadzie otrzymalibyśmy, gdyby nie jedna, dość istotna skaza…

Skazą tą jest drugi wątek filmu, czyli trudne relacje Gordona Gekko z dawno niewidzianą córką, Winnie (Carey Mulligan). Temat strasznie sztampowy, a streścić go można w słowach: „pieniądze to nie wszystko, rodzina i przyjaźń są najważniejsze”. Banał. Okropny. W dodatku prowadzący do potwornie sztucznego i przesłodzonego happy endu (tak, proszę państwa, ten film kończy się szczęśliwie). Można odnieść wrażenie, że zakończenie pochodzi z komedii romantycznej, a nie z poważnego obrazu giełdy, świata chciwości i przekrętów, jakim miał być „Wall Street: Pieniądz nie śpi”. Niestety, zakończenie bardzo mocno podkopuje realizm i wiarygodność filmu Stone’a.

Ostatecznie sequel „Wall Street” broni się jako film dobrze zrobiony i zagrany. Michael Douglas wciąż jest świetnym Gekko, Shia LaBeouf dla odmiany udowadnia, że jak chce, to grać potrafi. Film jest dobry, ale mógł być lepszy. Po Oliverze Stonie, można się jednak było spodziewać więcej.
„Wall Street: Pieniądz nie śpi” („Wall Street: Money Never Sleeps”). Reż.: Oliver Stone, Scen.: Allan Loeb, Stephen Schiff, Obsada: Michael Douglas, Shia LaBeouf, Carey Mulligan, Josh Brolin, Susan Sarandon, Frank Langella. Gatunek: dramat. Produkcja: USA 2010, 133 min.