Wydanie bieżące

15 października 20 (164) / 2010

Marek Doskocz, Jarosław Maślanek,

WOLNOŚĆ POZORNIE NIEOGRANICZONA

A A A
Marek Doskocz: Rok 1989 – według Ciebie przedwiośnie czy przedzimie?

Jarosław Maślanek: Dla mnie i moich rówieśników raczej przedwiośnie, przedzimie przeważnie dla rocznikowo starszych. Przeskok z dzieciństwa do dorosłości przypadł w moim wypadku na 1989 rok, więc łatwiej było mi pożegnać się z nawykami peerelowa i podchwycić reguły rządzące nową rzeczywistością. Ale mam wrażenie, że gdybym urodził się kilka lat wcześniej, w tym miejscu, w którym się wychowałem, 89 byłby dla mnie przedzimiem. Jak dla Frencza, bohatera „Apokalypsis ‘89”. Jego losy podzieliło wielu urodzonych w latach 60-tych, i chyba to pokolenie najbardziej straciło na przełomie, przynajmniej w środowisku, które znam, czyli małych miast. Młodsi przenieśli się do większych aglomeracji lub za granicę, starsi wegetują na emeryturach, średniakom po upadku utrzymujących miasta państwowych zakładów pozostało wyłudzenie renty lub prace dorywcze, przeplatane okresami utraty świadomości (do wykorzystania cokolwiek pod ręką – wino, piwo, wódka, leki itp.). Ciekawie wypadłoby badanie dotyczące śmiertelności wśród mężczyzn urodzonych między 1960 a 1970 rokiem w miejscowościach do 20 tysięcy mieszkańców. Z obserwacji środowiskowych mogę zapewnić, że wynik byłby szokujący.

M.D.: „Apokalypsis ’89” to Twoja druga książka po debiutanckich „Haszyszopenkach”. Cały czas rozliczasz się z komuną. W debiucie skupiłeś się na latach dzieciństwa, w swojej najnowszej powieści ukazujesz moment nagłej zmiany. Skąd w Tobie potrzeba pisania o tamtych czasach?

J.M.: Nie nazwałbym moich książek rozliczeniowymi, raczej staram się pokazać pewien wycinek rzeczywistości, który wydaje mi się jeszcze nie dość opisany. A stan wojenny i przełom 1989 roku to daty graniczne, gwałtowna zmiana historyczna, która literacko inspiruje, inicjuje ciekawe rozwiązania fabularne. Poza tym zabierając się za pisanie pierwszej książki, miałem w zamyśle stworzenie trzech powieści, roboczo nazwanych przeze mnie „Trylogią wolności”. W każdej chciałem przyjrzeć się kwestii wolności w momentach historycznie ekstremalnych. W pierwszej jest to życie bez wolności, w drugiej - w czasach wolności pozornie nieograniczonej, w trzeciej, współczesnej, gdy wolność samoograniczamy.

M.D.: Miałeś 15 lat w 1989 roku. Z czym Ci się kojarzą lata przed przełomem?

J.M.: Z dzieciństwem. Należę do tych, dla których życie w peerelowskim syfie było pełne momentów dziecinnego zachwytu, a to nad właśnie odbytym pojedynkiem na miecze świetlne, pobliskim drzewem zamienionym w kosmiczną bazę lub piwnicą, która stała się zatopionym Titanickiem. Świat ograniczał się do osiedla, podwórka, szkoły. W moich debiutanckich „Haszyszopenkach” chciałem oddać ten klimat, z jednej strony beznadziejnego, siermiężnego, śmieciowego socjalizmu, z drugiej rozświetlonego, tajemniczego, skrytego w wyobraźni świata dziecięcej fantazji. 1989 rok zbiegł się w moim wypadku z przejściem do szkoły średniej, a więc zerwaniem z całą tą dziecinadą. Rzeczywistość po 1989 to rzeczywistość człowieka dorosłego, to lata, które mnie ukształtowały, a lata 80-te to dziecinne wspomnienia, idealizowana przeszłość.

M.D.: Frencz, jako obraz zbiorczy tej części społeczeństwa, która po 1989 nie odnalazła się w nowej rzeczywistości?

J.M.: Kreślenie obrazów zbiorczych, syntez i wyciąganie wniosków pozostawiam socjologom. W literaturze interesuje mnie jednostka, konkretna osoba odnajdująca się w ściśle określonej sytuacji. W wypadku Frencza to lumpeninteligent pozbawiony swojego lumpeninteligenckiego środowiska, rzucony w nowy wspaniały świat, nieprzygotowany do zmierzenia się z kapitalizmem, a może i szerzej, z zupełnie nową rzeczywistością, bo przecież zmiany po ’89 to nie tylko nowy ustrój, ale wręcz nowy świat. Nie mówimy tu o ewolucyjnej zmianie, która dotyczyła mieszkających za dawną żelazną kurtyną, a gwałtownym końcu rzeczywistości, którą Frencz, urodzony w PRL-u, uważał za ostateczną. Nagle to się skończyło, urwało, bohater pozostał mentalnie bezdomny. Hasło „Jesteśmy wreszcie we własnym domu” dla niego oznaczało „Obudź się, właśnie zostałeś eksmitowany ze swojego świata!”.

M.D.: Skąd w ogóle pomysł, aby z perspektywy 21 lat po przełomie napisać książkę o tamtych czasach? Dla jednych rozpoczął się okres dobrobytu, dla innych świat się skończył. Skąd brałeś przykłady, które opisałeś w „Apokalypsis ’89”?

J.M.: Data chyba nie ma większego znaczenia; czy autor napisze książkę po 21 czy 33 latach od przełomu, jest to na tyle wyrazisty moment, tak ostra zmiana, że praktycznie każdy temat wiążący się z tym okresem aż prosi się o literackie rozwinięcie. Tym bardziej, że literacko nadal wydaje się to czas niewystarczająco spenetrowany. Wielu wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, że przeżyli wymianę światów, jednego dnia żyli w peerelowie, drugiego w nowej wspaniałej Polsce. Kapitalistycznej, wolnej, itp. Dla nich to była naturalna zmiana. Tymczasem dla innych zamiana gwałtowna. Tak jak dla Frencza, który też przecież początkowo udaje, że przełom to tylko niegroźny podmuch, lekkie szturchnięcie. Natomiast opisane w książce zdarzenia, postacie są wykreowane. W przeciwieństwie do „Haszyszopenków”, w których posiłkowałem się wspomnieniami z dzieciństwa a postaci tworzyłem, czerpiąc po trosze ze znanych mi osób, w „Apokalypsis ’89” starałem się stworzyć wszystko od podstaw. Oczywiście są pewne odniesienia do rzeczywistości, ale chciałem, by nie było to proste odwzorowanie czegoś czy kogoś, zależało mi raczej, by wydarzenia, które zapamiętałem z tamtych lat, były inspiracją. Pomysłem na książkę była próba odpowiedzi na pytanie, jak ja mógłbym się zachować, gdybym urodził się mniej więcej 10 lat wcześniej, wychował w PRL-u, w mieście przyklejonym do kompleksu przemysłowego i wkroczył w ’89 mając około 30 lat.

M.D.: Jednocześnie książka jest kilkuwarstwowa, z jednej strony opisujesz apokalipsę przemian w 1989 roku, jednak jest też warstwa rodzinna, mimo wszystko wątek ojca i matki Frencza jest drugą osią powieści – świadomy pomysł na książkę, czy to wszystko kształtowało się w trakcie pisania?

J.M.: Kiedy zabieram się za pisanie książki, staram się mieć już w głowie zarysowany ten cały nowy świat, z bohaterami, miejscami, gdzie się będzie rozgrywała opowieść. Wątki rodzinne i – nazwijmy to – społeczne były od początku nierozerwalne. Po prostu historia dziejąca się w tym miejscu, w tym czasie, w tej konkretnej rodzinie, stanowi całość. Powołując do literackiego życia świat, zależy mi, by był to świat możliwie najpełniejszy, by czytelnik mógł przenieść się do niego, wtopić się w opowiadaną historię. Dlatego starałem się, by wątki rodzinne i polityczno-społeczne zazębiały się. Stąd też mocny akcent na apokalipsę miasta, na równoczesny upadek rodziny, systemu i konkretnego miejsca, w którym toczy się opowieść.

M.D.: Ile zajęło Ci napisanie „Apokalypsis ’89”?

J.M.: Rok, starałem się pisać systematycznie. Inaczej niż w wypadku moich debiutanckich „Haszyszopenków”, które pisałem zrywami, z przerwami trwającymi nawet kilka miesięcy. Teraz zależało mi na intensywnej, zwartej całości, a to mogłem osiągnąć, wsiąkając w historię i przebywając w wykreowanym świecie bez dłuższych przerw.

M.D.: Planujesz już trzecią powieść, czy nie myślisz nad tym jeszcze?

J.M.: Tak, mam pomysł na trzecią powieść, dopełniającą dwie poprzednie. Będzie rozgrywała się w czasach współczesnych, już nie w małym przemysłowym miasteczku gdzieś w Polsce, ale raczej w dużym mieście. Chcę zamknąć tematykę wolności opowieścią o tym, jak ją samo ograniczamy.

M.D.: Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.