Wydanie bieżące

15 października 20 (164) / 2010

Michał Paweł Urbaniak,

W TYM MARQUEZIE TKWI KAFKA

A A A
„Między frontami” – książka, z którą kolumbijski pisarz Evelio Rosero po raz pierwszy pojawia się na polskim rynku – na otwierających ją stronach nieco przypomina najlepsze powieści Gabriela Garcii Marqueza. Oto San Jose – małe kolumbijskie miasteczko, gdzie życie płynie własnym, niespiesznym rytmem. Nawet wojna toczona od wielu lat w Kolumbii dociera tu raczej sporadycznie. To miejsce spokojne i bezpieczne, w którym nieszkodliwi staruszkowie bezkarnie podglądają opalające się sąsiadki, ary śmieją się między sobą, rozbrzmiewa muzyka gitary, koty leniwie wygrzewają grzbiety na migdałowcach, dorodne, tryskające sokiem pomarańcze spadają do stóp, a zębate noże lśnią szczęśliwością, bo nigdy nie są zakrwawione. Wydaje się, że w tym sielankowym, prawie zapomnianym przez rzeczywistość mikroświecie nie może wydarzyć się nic złego – jednak to tylko pozory.

„Między frontami” mogła być przekorną historią o starości, jej bolączkach i przywilejach, o mniej lub bardziej bolesnym żegnaniu się z życiem. Narrator – emerytowany nauczyciel Ismael Pasos – zdaje sobie sprawę z własnego starzenia się. Ciało coraz częściej odmawia mu posłuszeństwa, poruszanie sprawia więcej trudności, psuje się wzrok, a mocz zalewa spodnie. Jednak temu, co mogłoby być zasadniczo smutne i przygnębiające, Rosero dodaje sporo ciepła i ironicznego humoru (i tak na przykład Ismael jest nie tylko uskarżającym się na ból kolana szanowanym profesorem, ale również prawdziwym zbereźnikiem, który wciąż ocenia wdzięki młodych kobiet). Można śmiało stwierdzić, że pomimo pewnych niedogodności wynikających z racji wieku, Ismael i jego małżonka Otilia zasadniczo są szczęśliwi, a ich stagnacja oparta o zespół dobrze znanych rytuałów stanowi w gruncie rzeczy coś pięknego i kojącego zarazem. Nie ma wątpliwości, oni pomału odchodzą z tego świata – ale odchodzą pogodnie, z poczuciem spełnienia, odnalezienia swego miejsca w życiu.

Zupełnym przeciwieństwem państwa Pasos są ich sąsiedzi, reprezentujący egzystencję od jej witalnej strony. Na pierwszy plan wysuwa się ponętna Geraldina, która emanując nagością, stanowi ucieleśnienie pierwotnego biologizmu (przy tym jest nie tylko ikoną seksu, ale również prawdziwego macierzyństwa). Tej samej pierwotnej, a zarazem liberalnej filozofii zostają podporządkowani pozostali członkowie rodziny Almidów – mąż Geraldiny, zwany Brazylijczykiem, skupia w sobie wszystko to, co egzotyczne (czyli jednocześnie nieznane, niezwykłe), a dzieci – syn i małoletnia służąca – przedstawiają zupełną niewinność, w którą pomału zaczyna się wkradać wzajemna fascynacja. Rosero jest niezwykle konsekwentny w tym, co robi, kontrastując nawet zwierzęta domowe (rodzina Brazylijczyka posiada roześmiane papugi, a Pasosowie opiekują się niemymi rybami i ospałymi kotami). Jednak prawdziwe mistrzostwo kolumbijskiego pisarza polega na tym, że zestawiając oba etapy życia, żadnego do końca nie dyskredytuje. Szczęśliwi są zarówno Almidowie z ich nieposkromioną młodością, bezwstydną nagością i wszechogarniającą biologicznością, jak i ich sąsiedzi odnajdujący pewną przyjemność w spokojnej stagnacji, która przysługuje zimie życia. Te dwa – zdawałoby się zupełnie odrębne – światy nachodzą na siebie wzajemnie, doskonale się uzupełniając. Ościenne domostwa właściwie przypominają dwa odbicia rajskiego ogrodu, w których wszystko zgodnie koegzystuje (nawet ptaki czy ryby z kotami). Rajskie skojarzenie nasuwa też motyw zakazanego owocu, który zauroczony Ismael podaje sąsiadce. Być może stanowi to zwiastun opuszczenia raju, nie tylko przez obie rodziny, ale również przez wszystkich mieszkańców San Jose.

Mogła być również książka Rosero kolejną love story i w pewnym sensie jest nią w istocie. Poszczególne pary prezentują trzy etapy miłości – wieloletnia miłość państwa Pesos pozbawiona jest elementu erotycznego, sprowadza się zasadniczo do wspólnego celebrowania codzienności. Brazylijczyk i Geraldina prezentują miłość świadomą, w której erotyka odgrywa znaczącą rolę, z kolei ich syn i służąca Gracielita emanują świeżymi i czystymi uczuciami miłosnymi, które jeszcze nie potrafią nazwać samych siebie. Ponadto mamy tu do czynienia z trójkątem miłosnym. Stary pedagog zafascynowany kuszącym ciałem swojej sąsiadki stale podgląda ją za milczącym przyzwoleniem swej żony (pozostaje zresztą – z racji swego podeszłego wieku – niejako skazany na ten swoisty voyeuryzm, z czego wszyscy doskonale zdają sobie sprawę). W pewnym sensie Ismael podlega dwóm miłosnym siłom – szczeremu przywiązaniu do Otilli, stanowiącym owoc czterdziestu lat wspólnego pożycia małżeńskiego, oraz perwersyjnej fascynacji piękną Geraldiną. Sytuacja zmieni się, kiedy zarówno Brazylijczyk jak i Otilia znikną w niejasnych okolicznościach z San Jose, a ich małżonkowie zostaną niejako skazani na siebie. Nagle okaże się, że erotyzm zasadniczo nie przystaje do tych warunków, a życie w tęsknocie za prawdziwie kochaną osobą, z którą dzieliło się życie, przemienia się w męczarnię.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w sposobie kreacji świata przedstawionego pobrzmiewają jakieś dalekie echa realizmu magicznego. Powieściowa mieścina rzeczywiście może nieco przypominać Marquezowskie Macondo, a bohaterowie, w pewnym sensie ogarnięci erotyzmem, równie dobrze mogli się znaleźć pośród członków przeklętej rodziny Buendia. Także konotacje biblijne łączą dzieła obu kolumbijskich pisarzy. Jednak o ile Marquez błyskawicznie unicestwia świat Macondo w ostatnich zdaniach swojej powieści, o tyle Rosero najpierw powoli wciąga czytelnika w mikroświat San Jose, a potem skazuje ów świat na równie powolną, wstrząsającą agonię w wojennej zawierusze. I być może jest to z jego strony okrutny, ale przy tym genialny żart.

Bo „Między frontami” nie jest wcale opowieścią o starości, ani opowieścią o miłości (choć o te tematy naturalnie zahacza), ale opowieścią o wojnie. Wojna, która toczy się na kartach książki, wydaje się zupełnie nieszkodliwa i zasadniczo nie ma związku z mikroświatem San Jose, dopóki nie wedrze się – niespodziewanie i gwałtownie – w jego obręb. Nagle nie tylko ta kraina, ale i wszyscy jej mieszkańcy stają się ofiarami działań wojennych. Tam, gdzie był spokój, wkracza chaos, strach zastępuje senną nudę, a śmierć pojawia się w miejsce miłości. Wszystkie etapy tego koszmaru – od niepokojących sygnałów, przez niezrozumiałe aresztowania, zatrważające zniknięcia pojedynczych osób, aż po krwawe rzezie na ulicach – są relacjonowane na sposób oszczędny, rzeczowy, prawie suchy. Ismael – który jest przecież narratorem i naocznym świadkiem wydarzeń – po prostu stwierdza fakty, nie pozwalając sobie na patos czy moralizatorstwo. To może zadziwiać, a nawet zniesmaczać – być może dlatego, że trudno samemu pozostać obojętnym wobec okrutnego śmiechu przy mordowaniu niewinnych, wszechogarniającego strachu, bezgranicznej rozpaczy, gwałtów, nekrofilii, czy wreszcie zezwierzęcenia, jakiemu podlegają zarówno oprawcy, jak i ich ofiary. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że w taki właśnie sposób powinno się pisać o wojnie, a beznamiętne sprawozdanie obrazuje więcej niż wypełnione całą gamą uczuć akapity. Właśnie w takim języku drzemie niezwykła siła. Równie ważny wydaje się typ zdań – krótkie proste frazy potęgują napięcie, nadając tej prozie niespotykany rytm, idealnie współgrający z tematyką.

Jednym z największych majstersztyków powieści kolumbijskiego pisarza jest owo wyraziste przejście z realizmu magicznego w realizm wojenny. O ile „Między frontami” na początku może budzić słuszne skojarzenia z Marquezem, o tyle w toku akcji można odnieść wrażenie, że czytelnik przenosi się w świat absurdu rodem z Kafki. Można się zastanawiać, dlaczego Rosero nie utrzymał całej powieści, od pierwszego zdania, w takiej właśnie dusznej konwencji właściwej autorowi „Procesu”. Jednak to właśnie utrzymanie początku „Między frontami” w niemal sielankowym tonie, zobrazowanie przyjaznego małego miasteczka sprawia, że kontrast z bezmyślną, okrutną wojną staje się dużo wyrazistszy.

Wiele można powiedzieć o wojnie toczonej na tych frontach, jednak chyba najtrafniej określi ją przymiotnik: nielogiczna. Nie wiadomo, skąd wziął się ów konflikt, ani jak przebiegały poszczególne batalie. Można powiedzieć, że walczącymi stronami są brzmiące dość enigmatycznie oddziały paramilitarne oraz partyzanci. Zasadniczo trudno stwierdzić, kto jest wrogiem a kto przyjacielem, zresztą chyba nie ma to znaczenia. Ważne, że między tytułowymi frontami, niczym między Scyllą i Charybdą, znaleźli się przeciętni ludzie. Jest to swoiste piekło absurdu, z którego właściwie nie ma wyjścia (nawet jeśli większość mieszkańców San Jose ucieka w nieznane). Napięcie i strach rosną ze strony na stronę, mnożą się trupy, a godny Kafki nonsens goni nonsens. W toku wojennej zawieruchy przepada nagle Otilia, którą bezskutecznie usiłuje znaleźć mąż, porywacze żądają okupu, choć wiedzą, że nikt nie ma pieniędzy, organizuje się wystawny pogrzeb psa, komuś żywemu wmawia się śmierć, dzieci bawią się granatami, aresztowania nie mają przyczyn, a ambicją Ismaela w pewnym momencie staje się doniesienie ocalałej kury, całej i zdrowej, na miejsce jej przeznaczenia. Nie warto szukać w tym wszystkim jakiś racjonalnych wyjaśnień, bo ich po prostu nie ma. Można się tylko poddać wciąż pogłębiającej się, dusznej klaustrofobii.

W ten właśnie sposób – stopniowo zaciskając symboliczną pętlę nie tylko wokół kolejnych bohaterów, ale także jakby wokół czytelnika, który mimowolnie staje się współuczestnikiem wydarzeń – Rosero opowiada o wojnie. Pokazuje ją jako działanie pozbawione logiki i celu, za to przepełnione bezmyślnym okrucieństwem. W powszechnym chaosie ludzka etyka okazuje się zupełnie nieprzydatna, uniwersalne wartości nie znajdują zastosowania, wiara zawodzi (symboliczna wydaje się scena wyniesienia z ogrodu Pasosów figury świętego Antoniego), a gdy liczy się tylko przetrwanie, upada idea światłego człowieka.

Przy tym wszystkim nie tylko wybór narracji, ale także wybór narratora wydaje się gruntownie przemyślany. Ismael Pasos jest jednym z najstarszych obywateli San Jose, kimś, kto nie tylko zna wszystkich mieszkańców miasta, ale także uczył większość z nich. Swoim bohaterem kolumbijski twórca celowo nie uczynił „everymana”, ale kogoś wykształconego, posiadającego wiedzę o świecie – wiedzę, która się zupełnie nie sprawdza, gdy zdawałoby się uporządkowany, dokładnie objaśniony świat lega w gruzach. I choć mieszkańcy San Jose niejednokrotnie starają się wrócić do normalnego życia (umawiają się na randki, głaszczą koty, piszą listy, besztają dzieci, upijają się), takie wysiłki w gruncie rzeczy spełzają na niczym.

Pełen okrucieństwa absurd towarzyszy czytelnikowi aż do ostatnich stron „Między frontami”. Nic się nie wyjaśnia, pytania pozostają bez odpowiedzi. Nie wiadomo, gdzie przepadła Otilia. Trudno zgadnąć, czy Brazylijczyk przeżyje. Halucynacje narratora nie znajdują wytłumaczenia. Poszczególne wątki zamykają się w makabrycznej klamrze. Wojna albo wygania albo zabija bohaterów. Dawny świat – ten cudowny raj usytuowany w cieniach migdałowców – zamienia się w pył. Geraldina nadal pozostaje ponętna i naga, tak samo jak w pierwszej scenie, tyle że na ostatnich stronach jest już martwa. Prawie pewnym jest, że Ismael Pasos – ów nieszkodliwy, powszechnie szanowany profesor miewający wyuzdane fantazje erotyczne – zginie od kul. Jego uciążliwa starość wreszcie dobiegnie końca. W ostatnich słowach swej opowieści porównuje siebie nie bez powodu kolejno do Jezusa Chrystusa, Simona Bolivara i kogoś o imieniu Nikt. Pierwszy z nich został umęczony, ale zwyciężył, zaś drugi zasłynął jako bohater narodowy. Najwięcej problemów zdaje się sprawiać Nikt. Kim jest? Reprezentantem bezimiennych ofiar wszelkich wojen? A może przedstawieniem bezosobowej, pozbawionej znaczenia jednostki? Przecież do tego w gruncie rzeczy wojna sprowadza wszystkich ludzi.

„Między frontami” jest powieścią niezwykle okrutną. Kolumbijski pisarz zasadniczo nie oszczędza ani bohaterów, którym każe ginąć bądź znikać, ani czytelnika, który staje się mimowolnym uczestnikiem kolejnych wypadków. Sposób pisania o wojnie również jest specyficzny – Evelio Rosero nie posługuje się choćby odrobiną patosu, nie sili się na otwarte przestrogi, nigdy nie daje jednoznacznych odpowiedzi. To wydaje się okrutne, ale być może właśnie w ten sposób o wojnie należy pisać – bo przecież „Między frontami” to w gruncie rzeczy wyrafinowany manifest pacyfizmu. To właśnie między frontami znajdują się ludzie ze swoimi własnymi światami, marzeniami, planami, problemami. Jednak jakie to ma znaczenie – zdaje się mówić Rosero – skoro na wojnie każdy człowiek w ten, czy inny sposób staje się ofiarą?
Evelio Rosero „Między frontami”. Przeł. Wojciech Charchalis. Warszawa 2010 [seria: Don Kichot i Sancho Pansa].