Wydanie bieżące

1 listopada 21 (165) / 2010

Przemysław Pieniążek,

GRINDHOUSE IS BACK

A A A
Na czym polegała idea grindhouse’u, Robert Rodriguez i Quentin Tarantino starali się przypomnieć trzy lata temu za pomocą swojego filmowego dyptyku „Planet Terror” / „Death Proof”, będącego wyrazem nostalgii za czasami, kiedy kina tego typu cieszyły się w Ameryce ogromnym powodzeniem. To w dużym stopniu za sprawą dzieł wyświetlanych w takich przybytkach filmowej sprośności czołowi postmoderniści współczesnej kinematografii kształtowali swoją artystyczną wrażliwość. Grindhouse’y, przeżywające swoją świetność w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, specjalizowały się przede wszystkim w repertuarze klasy B, prezentowanym non stop w cyklu następujących po sobie pełnometrażowych filmów, w których mocna erotyka, werystyczne sceny przemocy oraz przełamujące wszelkie tabu fabuły były czymś zgoła naturalnym. To właśnie tam największe tryumfy święciły nie tylko niskobudżetowe, często realizowane przez amatorów, dzieła ociekające krwią, seksem i wynaturzeniem, ale i filmy, z których wiele zyskało aprobatę krytyków oraz/lub zajęło poczesne miejsce w panteonie kultowości.

Programowy liberalizm gridnhouse’ów umożliwiał im najpełniejsze dostosowanie się do potrzeb i wymogów zróżnicowanej publiki. Obok tytułów skierowanych do widzów czarnoskórych („Shaft” Gordona Parksa czy „Blacula” Williama Craina) oraz amatorów rozkołysanych biustów (radosna twórczość Russa Meyera) i mocnej erotyki (japońskie pinku eiga), nie brakowało także szokujących dreszczowców („Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena czy „Pluję na twój grób” Meira Zarchi), ociekających posoką horrorów („Krwawa uczta” Herschella Gordona Lewisa), filmów o żywych trupach („Zombi 2” Lucio Fulciego), włoskiego giallo („Ptak o kryształowym upierzeniu” Dario Argento), ludożerczych orgii („Cannibal Holocaust” Ruggero Deodato) oraz okrutnych pseudodokumentów („Pieski świat” Paolo Cavary). W repertuarze szanujących się grindhouse’ów znajdowały się także tak zwane filmy o motocyklistach („Satan’s Sadists” Ala Adamsona), kino spod znaku zemsty i katany zwane chambara („Lady Snowblood” Toshiya Fujity), produkcje z Brucem Lee (tzw. bruceploitation), kino lesbijskie (dyxploitation) czy eschatologiczne dreszczowce (eschploitation).

Okres prosperity tych specyficznych kin zakończył się wraz z pojawiniem się w latach osiemdziesiątych instytucji home video, pozwalającej potencjalnym widzom na cieszenie się niewyszukanymi przyjemnościami w domowym zaciszu, doprowadzając w rezulatcie do wymazania grindhouse’ów z kulturowej przestrzeni Stanów Zjednoczonych w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. O tym, że współczesnemu widzowi fenomen tych kin jest albo całkowicie obcy, albo wzbudza u niego umiarkowany entuzjazm, Tarantino i Rodriguez przekonali się, patrząc na zatrważająco niskie notowania swego wspólnego dzieła (przynjamniej do momentu wydania filmów na DVD/Blu-Ray). Dopracowane w najmniejszych szczegółach pod względem realizacyjnym dwa pełnometrażowe segmenty, zebrane (początkowo) w jedną całość, pozostały jednak w pamięci wielu odbiorców między innymi za sprawą pojawiających się w charakterze wprowadzenia oraz intermezza trailerów fikcyjnych filmów, takich jak „Werewolf Women of the SS” Roba Zombie z Nicolasem Cage’em w roli Fu Manchu, stylizowany na dokonania brytyjskiego studia Hammer „Don’t” Edgara Wrighta czy nawiązujący do klasycznych slasherów „Thanksgiving” Eli Rotha. Jednak największe emocje wzbudziła zapowiedź filmu „Machete” Roberta Rodrigueza – efektownej jatki opowiadającej o niepokonanym renegacie (Danny Trejo), dokonującym srogiej pomsty na swych nielojalnych mocodawcach, głównie przy pomocy tytułowego oręża.

Czas pokazał, że pragnieniem obejrzenia pełnometrażowych przygód długowłosego siepacza zapałali nie tylko miłośnicy mocnych wrażeń. W jednym z wywiadów Rodriguez podkreślił, iż chęć opowiedzenia historii Machete narodziła się w czasie realizacji „Desperado” (1995), na którego planie uświadomił sobie dwie ważne rzeczy: że Danny Trejo jest jego nigdy nie widzianym kuzynem oraz że stanął twarzą w twarz z jedynym prawdziwym kandydatem do roli Machete. Widząc w Trejo meksykańskiego odpowiednika Charlesa Bronsona, Rodriguez ciągle czekał na odpowiedni moment, by zrealizować projekt, w którym naturalna charyzma Trejo oraz bezkompromisowy scenariusz odwołujący się do wczesnej twórczości Johna Woo (głównie „The Killer” oraz „Dzieci triady”) stworzą iście wybuchową mieszankę. I tak się własnie stało, o czym może zaświadczyć najnowsza propozycja autora „Od zmierzchu do świtu”, będąca historią bezkompromisowego i nieprzekupnego agenta federalnego Corteza (Danny Trejo), który w wyniku dramatycznej konfrontacji z narkotykowym baronem, Torrezem (Steven Seagal), traci dotychczasowe życie, stając się niepokonanym mścicielem o statusie renegata. Fakt ten stara się wykorzystać Michael Booth (Jeff Fahey), proponując bohaterowi 150 tysięcy dolarów za zlikwidowanie senatora Johna McLaughlina (Robert De Niro), słynącego z nienawiści w stosunku do Meksykanów, wielkiego orędownika ostatecznego rozwiązania kwestii nielegalnych imigrantów. Machete zbyt późno orientuje się, że został wrobiony – ranny salwuje się ucieczką, stając się wrogiem publicznym numer jeden oraz wodą na młyn odwetowej kampanii rannego senatora. Teraz Machete pozostaje jedynie efektowna i wyjątkowo krwawa zemsta.

Rodriguez po raz kolejny wykorzystał chwyty, do których zdążył przyzwyczaić widza „Planet Terror”. Komiksowa czołówka, efekt „wyeksploatowanej” taśmy, mnóstwo chwytliwych one-linerów, nieprawdopodobne sceny akcji oraz soczysty kolaż przeszywania/dekapitacji/defragmentacji kolejnych łotrów potwierdzają, że ciągle siedzimy w wysłużonym fotelu grindhouse’u. Występujący w oryginalnym trailerze Trejo, Fahey oraz Cheech Marin (wcielający się w postać szybkostrzelnego księdza) powtórzyli swoje role, doskonale odnajdując się w przerysowanej, szalenie umownej scenerii świata przedstawionego. Z należnym dystansem podeszli do swoich ról również Robert De Niro, wcielajacy się w postać ksenofobicznego polityka, oraz Tom Savini, grający płatnego killera, Osirisa Amanpoura. W „Machete” nie mogło zabraknąć także pięknych kobiet, reprezentowanych przez Luz (Michelle Rodriguez), niezależną i bohaterską matkę rewolucji, April (Lindsay Lohan), ekshibicjonistyczną córkę Bootha przechodzącą w finale duchową przemianę oraz Sartanę (Jessica Alba), agentkę meksykańskiego pochodzenia, rozdartą pomiędzy służbowym obowiązkiem a lojalnością wobec „swego ludu”.

Zdobywając przychylne recenzje oraz zupełnie przyzwoicie radząc sobie na listach kinowych przebojów, „Machete” ma szansę oczyścić drogę kolejnym produckjom stanowiącym rozwinięcie pomysłowych trailerów. W kolejce ustawili się bowiem Eli Roth i Edgar Wright szykujący film będący wypadkową wątków „Thanksgiving” oraz „Don’t”, jak również Jason Eisener, John Davies i Rob Cotterill, twórcy zwiastunu „Hobo with a Shotgun”, opowieści o człowieku wyrównującym rachunki dosłownie z każdym, w którym główną rolę najprawdopodobniej zagra Rutger Hauer. Patrząc z kolei na zakończenie filmu Rodrigueza, można nieśmiało założyć, że wąsaty maczetnik powróci jeszcze nie raz. Jedno jest pewne – drzwi do grindhouse’u pozostały uchylone. Osobiście czekam na tryumfalny powrót kudłatych nazistek z piekła rodem.
„Machete” („Machete”). Reż.: Robert Rodriguez, Ethan Maniquis. Scen.: Robert Rodriguez, Alvaro Rodriguez. Obsada: Danny Trejo, Jessica Alba, Steven Seagal, Michelle Rodriguez, Jeff Fahey, Lindsay Lohan, Don Johnson, Tom Savini. Gatunek: film akcji. Produkcja: USA 2010, 105 min.