ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (165) / 2010

Dariusz Nowacki,

STAN KRYTYCZNY (1)

A A A
Obawiam się, że aż dwa spośród trzech pytań „artPAPIERU” nie do mnie są skierowane.

Pytanie pierwsze dotyczy samopoczucia osób stawiających pierwsze kroki w krytycznoliterackim fachu. Nie mam pojęcia, jak z tym jest. Trzeba by zapytać przedstawicieli pokolenia wstępującego o to, czy jest to aktywność „jeszcze atrakcyjna”, czy może już kompletnie pozbawiona seksapilu. Być może z niniejszej ankiety, a pewnie pojawią się tu głosy młodych krytyków, wyłoni się jakaś odpowiedź. Bardzo jestem jej ciekawy.

Mimo pomyłki w adresie mogę się podzielić kilkoma obserwacjami i intuicjami. Na początek – by tak rzec – impresje redaktorskie. Otóż od kilkunastu lat redaguję dział „Literatura” w kwartalniku „Opcje”. Moim zadaniem jest m.in. dostarczenie 5-6 recenzji i jednego lub dwóch szkiców do każdego zeszytu. Część tego materiału pojawia się jako propozycje młodych autorów – już gdzieś publikujących lub na progu debiutu. Obserwacje: 1) liczba nadsyłanych propozycji (cały czas mam na uwadze autorów początkujących, szukających dla siebie szansy) z roku na rok maleje, dotyczy to również najpopularniejszego gatunku, czyli recenzji; 2) bardzo trudno (coraz trudniej) namówić młodych autorów na gatunek inny niż recenzja (młodzi, których zachęcam do popełnienia wypowiedzi większej niż cztery strony maszynopisu, wpadają w popłoch); 3) językowy czy – szerzej – warsztatowy poziom tekstów nadsyłanych przez aspirantów jest z sezonu na sezon coraz niższy. Ta ostatnia tendencja wydaje się niezwykle niepokojąca.

Proszę mi wierzyć na słowo – przed dziesięcioma laty moje interwencje redaktorskie (adiustacja, korekta) na ogół ograniczały się do minimum. W ostatnich sezonach natomiast spływają do mnie teksty niewiarygodne w sensie ścisłym, czyli takie, w które trudno uwierzyć. W co konkretnie? Ano w to, że popełnili je najlepsi absolwenci lub studenci lat ostatnich kierunków humanistycznych. Mówię o nich, o złotej młodzieży, gdyż aspiracje publikacyjne dotyczą wyłącznie prymusów, a więc tych, którzy studiują na elitarnym MISH-u, zainstalowali się właśnie na studiach doktoranckich, mają ambicje, chcą zaistnieć, błysnąć. Jak uczy doświadczenie, niewielu z nich pozostanie przy krytyce literackiej; jej praktykowanie jest zazwyczaj wprawką i młodzieńczą przygodą; ot tekstotwórczy poligon dla tych, którzy już za chwilę zajmą się albo pisarstwem naukowym, albo użytkową żurnalistyką, albo też zamilkną w ogóle, zbiegając, jak to się ładnie mówi, ku życiu. Oczywiście, jak każde uogólnienie, także i to jest niesprawiedliwe. Wszak pojawiają się znakomite wyjątki – młodzi autorzy nie tylko biegle posługujący się polszczyzną, ale i oczytani, teoretycznie przygotowani, utalentowani, zajefajni po prostu. Chodzi mi tutaj wyłącznie o wydobycie smutnej tendencji – tę widzę, niestety, wyraźnie. Stan krytyczny (jak w nagłówku ankiety)? Chyba tak.

Wiem, podpada to pod geriatryczny lament w rodzaju „przed wojną nie do pomyślenia”. Powiem zatem o czymś ważniejszym. Otóż w krytyce literackiej – jestem o tym święcie przekonany – ilość przechodzi w jakość. Ze stu napisanych przez różnych autorów (w niewielkim przedziale czasu) szkiców czy esejów można wybrać pięć wyśmienitych i wykorzystać w każdej antologii. Jeżeli ktoś para się głównie recenzowaniem, w ciemno założyć można, że jego (jej) czterdziesty czy pięćdziesiąty tekst będzie naprawdę mistrzowski, także do wykorzystania w każdej antologii, do pokazywania pretendentom, jak to się powinno robić. Sęk w tym, że gdzieś owa jakość musi się wykuwać. Mówiąc najprościej, trzeba publikować, i to regularnie; jeśli nie raz w miesiącu, to dwa razy na kwartał koniecznie. Pytanie: gdzie dziś można? Pomijam w tym miejscu, kurczący się z roku na rok, obieg masowy, tj. zostawiam na boku dominujący dziś gatunek zwany epigramatem krytycznoliterackim (esej na tysiąc znaków ze spacjami), koncentruję się na obiegu specjalistycznym, stricte eksperckim. No więc gdzie? Przy tym stanie czasopiśmiennictwa (totalna zapaść!) jest to pytanie zaiste dojmujące. Kto wie, czy nie jest to najistotniejszy wymiar – raz jeszcze nawiążę do tytułu ankiety – stanu krytycznego. Gdzie, u licha, miałby błysnąć młody krytyk czy krytyczka? Jasne, funkcjonują, ledwie dysząc, dogrywając, kwartalniki i nieregularniki literackie, jest kilka solidnych, profesjonalnie prowadzonych miejsc w sieci („artPAPIER”, „Dwutygodnik”), nie chcę tu nikogo (w tym samego siebie) lekceważyć, ale czarno to widzę. Stan krytyczny? Zdecydowanie tak.

Na drugie pytanie nie powinienem odpowiadać. Bo nie wypada. Formułowanie ocen, udzielanie pochwał lub nagan należy do tych, którzy nie są w tę materię uwikłani. Pisarz, który sam nie uprawia krytyki (na drugą rączkę), byłby tu dobrym arbitrem.

Pytanie trzecie wydaje się wariantem pytania drugiego. Jeśli nie po nazwiskach (kto jest kim), to może po metodach, które ostatecznie i tak odsyłają do imion własnych. Trzecią kwestię rozumiem jednak inaczej, rzekłbym: życzeniowo. A więc jaka krytyka mi się marzy… Cóż, w marzycielstwie jestem stały. Najchętniej tedy powtórzyłbym to, co zanotowałem wraz z kolegą Krzysztofem Uniłowskim w końcówce wstępu do antologii „Była sobie krytyka…”. Przed siedmioma laty pisaliśmy: „krytyka literacka ma przed sobą przyszłość, zupełnie niezłe perspektywy, pod jednym wszelako warunkiem – jeśli tylko zechce wyjść poza dotychczasowe przyzwyczajenia, jeśli – by tak rzec – przekroczy samą siebie. Mówiąc najkrócej, jeżeli krytyka literacka będzie zarazem krytyką kultury, czyli pewną sumą krytycznych gestów wycelowanych w nieporównanie szersze i ciekawsze zjawiska niż »sama literatura« czy »tylko literatura«, wówczas znajdzie dla siebie dogodne miejsce, a utracony autorytet zostanie jej zwrócony”. Nic się nie zmieniło – nadal uważam, że „zajmujące czytanie” to czytanie możliwie szerokie, wielo- i wielko płaszczyznowe. Minimum na 322 tys. km kw., jak podpowiadają tytuły książek „Czytając Polskę” i „Polska do wymiany”. Oczywiście, sprawa jest dość skomplikowana, delikatnej natury. Wszak od czytania „szerokiego” tylko krok do czytania „za szerokiego”. To ostatnie pojawia się wtedy, kiedy przedmiotem lektury uczyni się – dajmy na to – globalny kapitalizm. Wówczas literatura po prostu znika, schodzi do marnego przypisu, gdzieś w tle kołacze, ale niewyraźnie. Tak czy owak jesteśmy skazani na podążanie za utopią polegającą na konieczność uzgodnienia dwu sprzecznych dyspozycji: z jednej strony „zdrada filologii” (daleko od litery), z drugiej „wierność filologii” (blisko litery). Ale to już temat na inną okazję.