Wydanie bieżące

1 listopada 21 (165) / 2010

Sławomir Iwasiów,

TURECKI DLA ŚREDNIOZAAWANSOWANYCH

A A A
Zanim Witold Szabłowski – rocznik osiemdziesiąty, z wykształcenia politolog, studiował w Warszawie i Stambule, reporter „Gazety Wyborczej” – rozpoczyna swoją opowieść o Turcji, udziela nam krótkiej, ale przydatnej lekcji języka. Autor objaśnia turecki alfabet, co skutecznie buduje nastrój tomu „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji”, w skrócie wykładając podstawowe zasady odczytywania samogłosek i spółgłosek. W tym hermeneutycznym geście poznawczym, zderzając polską i turecką mowę, reporter zbliża do siebie pozornie zupełnie sobie obce kultury, sygnalizuje zainteresowanie przeciwstawnymi biegunami europejskiego doświadczenia, które mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać (językowo, historycznie, kulturowo, społecznie). Okazuje się, że w języku tureckim też mocno dźwięczy, syczy i brzęczy. To trochę swojskie, a trochę orientalne brzmienie Turcji, uchwycone w reportażach Szabłowskiego, zostało przemycone w tym zbiorze tekstów tu i ówdzie w postaci dźwięków imion i nazw miejsc, skomplikowanej historii i prostej codzienności, które można zrozumieć, ale potrzeba do tego pewnego wysiłku: żeby pojąć turecką mentalność, należy zdobyć podstawową wiedzę o tureckiej historii i kulturze. Oczywiście, próba objaśnienia języka posiada nade wszystko znaczenie ocalające, utrwalające, przekazujące „w przyszłość” pewną określoną wiedzę. Być może taka Turcja, jaką Szabłowski opisuje, już wkrótce przestanie istnieć, zostanie wciągnięta przez zeuropeizowany krajobraz, podobnie jak w narracjach Andrzeja Stasiuka, gdzie Wschód zostaje zawłaszczony przez Zachód, zaśmiecony, pokryty warstwą odpadów, niechcianych produktów szybkiego życia.

Chcąc przybliżyć nam współczesną kondycję Turcji, rozpiętej między kulturowo-religijną tradycją islamu a europejskim, prozachodnim liberalizmem, Szabłowski korzysta także z innego zabiegu kompozycyjnego – motta zgrabnie otwierającego tę książkę i wprowadzającego w jej atmosferę (na marginesie należy zaznaczyć, że dużo tu „literackich” chwytów: wstęp, motto, potem znowu wstęp, o którym za chwilę). Wśród trzech cytatów pojawia się zdanie ze witryny internetowej Orhana Pamuka: „Czuję się tak, jakbym ciągle stał na moście łączącym oba brzegi Bosforu (…)”. Z jednej strony jest to oczywisty (a może raczej: nieoczywisty) stosunek Turcji do „reszty” europejskiego świata – i o tym przede wszystkim opowiada autor „Zabójcy z miasta moreli”, odsłaniając przed czytelnikiem permanentny stan rozdarcia tureckiej tożsamości. Z drugiej strony, mam takie wrażenie, Szabłowski świadomie odwołuje się do głównego problemu genologicznego współczesnego reportażu. „Rozkrok Pamuka” to być może subtelnie zasugerowany rozdwojony status samego narratora, pełniącego rolę podwójnego agenta, pracującego zarówno na usługach dziennikarstwa, jak i literatury; Szabłowskiego, stojącego w rozkroku między Polską a Turcją, Turcją a Polską, tymi bardzo do siebie podobnymi krajami a „resztą świata”.

W pierwszym tekście, jeszcze nie stricte reportażowym, bo zatytułowanym „Zamiast wstępu” (warto spytać: dlaczego autor uważa, że jakikolwiek wstęp jest tu potrzebny?), ale już wrzucającym czytelnika w sam środek wydarzeń, Szabłowski opisuje podróż przez Bosfor, moment przekroczenia granicy kontynentów: „Płyniemy z Europy do Azji. Podróż zajmuje około kwadransa. Biznesmeni razem z żebrakami, kobiety w czadorach z kobietami w mini, niewierzący z imamami, prostytutki z derwiszami, święci z nieświętymi. Cała Turcja na jednym promie”. Wśród tej mieszaniny znajduje się oczywiście narrator, czujny obserwator codzienności tureckich pasażerów, która, dla nich prawdopodobnie zupełnie zwyczajna, w opisie Szabłowskiego nabiera cech niezwykłości – zaskakuje pomieszaniem porządków, współistnieniem różnych przekonań i poglądów na świat. Wielokulturowość rozciągnięta na granicy między Europą a Azją nie jest jednak łatwa w codziennym użyciu, bowiem Turcy są uważani przez „innych” albo za fanatyków, albo za prozachodnich sługusów. Trochę to przypomina historyczną sytuację Polski, wiecznego przedmurza (chrześcijaństwa, kultury, moralności – dałoby się takich kategorii sporządzić pewnie długą listę), prawdziwą kolebkę niezależności, ale też, głównie przez tę niezależność, nękaną osamotnieniem i bezustannymi sporami z sąsiadami.

Takim archetypicznym wręcz bohaterem i symbolem nieprzejednanego charakteru, przenikliwości umysłu i wywalczonej w boju autonomii jest oczywiście postać z polskim nazwiskiem – Konstanty Borzęcki, który w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku wsławił się zwycięstwami w szeregach tureckiej armii. Opowieść o rodzie Borzęckich – Szabłowski więcej miejsca poświęca prawnukowi legendarnego dowódcy, poecie Hikmetowi Nazimowi Borzęckiemu – posiada tu wymiar spajający obie kultury, pokazuje, że historia, kiedy spotyka się z biografią wyjątkowej jednostki, potrafi połączyć nawet odległe sobie kraje. Borzęcki był także pisarzem, a w publicystyce nie bał się zadawać trudnych, ale i wieszczych w pewnym sensie pytań. Jeszcze zanim Atatürk rozpoczął reformowanie kraju, Borzęcki rozważał niejednoznaczny status tureckiej tożsamości. Czy bliżej Turkom do Azji, czy do Europy? Borzęcki myślał o Turcji w nowoczesny sposób (proponował między innymi zmianę alfabetu z arabskiego na łaciński), co znalazło odbicie w kompozycji tekstu Szabłowskiego i w układzie tej książki w ogóle – jak opowiadać o Turcji, to nie można pominąć Borzęckiego, który, to zaskakujące, wydaje się nawet ważniejszy niż spoglądający z każdej ściany portret Ojca Turków (Atatürk, jak zeznaje Szabłowski, podkreślał co ważniejsze propozycje przemian politycznych i społecznych w książce Borzęckiego „Dawni i nowi Turcy”, między innymi popierając zmianę alfabetu, jedną ze swoich głównych reform). Wychodzi więc na to, że polski żołnierz na emigracji przewidział „zeuropeizowanie” Turcji. To ta część książki Szabłowskiego, gdzie reportaż nabiera wymiaru narracji historycznej, fabularyzowanej opowieści o przeszłości połączonej ze wspomnieniami i relacjami osób żyjących w teraźniejszości; tutaj Szabłowski zbiera skrupulatnie te informacje i podaje je w dziennikarskim, obiektywnym stylu.

Na drugim biegunie (biegunowość, opozycyjność, kontrastowość – to chyba metafory najlepiej oddające zawartość książki Szabłowskiego) tej niezwykłej opowieści o Turcji są takie momenty, przyznam, że najbardziej zajmujące, kiedy zupełnie zapominamy o rygorach gatunku, jakim jest współczesny reportaż, a wnikamy w świat literacki, fantazyjny, nieskrępowany „obiektywizmem”. W „Marzeniu Sinana” razem z narratorem wchodzimy w Tureckie realia, w tę pomieszaną kulturowo codzienność, składającą się na tkankę tureckiej tożsamości. Ale Szabłowski nie zapomina o ważnych sprawach, wciąż wraca do historii, polityki, obyczajowości. Jacy są dzisiaj Turcy? Potrzebują wsparcia Zachodu i bez przerwy przeglądają się, jak w lustrze, w opiniach o Oriencie. Ten rozwikłany przez teorię postkolonialną (głównie przez Edwarda Saida w „Orientalizmie”) syndrom podporządkowanego, który nie może się pozbyć wpływu kolonizatora, przewija się w wielu miejscach opowieści Szablowskiego – to czasami po prostu kontrast kulturowy („Imamowie i prezerwatywy”) albo tematyka szeroko komentowana przez światową opinię publiczną, jak „honorowe” zabójstwa kobiet („To z miłości siostro”), ale zawsze podana z zastrzeżeniem, że Turkom trudno „uciec” od Europy.

Nade wszystko interesujące wydaje się to, że Szablowski, pisząc o Turcji, przyjmuję perspektywę krytyczną, jakby patrzył z daleka na Polskę i komentował bieżące wydarzenia w kraju. Czasami są to tylko jakby przypadkowo wywołane skojarzenia (w reportażu „Imamowie i prezerwatywy” pada określenie „zaszyć się”, które dobrze znamy z języka polskiego, natomiast w tureckich realiach oznacza ono rekonstrukcję błony dziewiczej), ale też zupełnie realne sytuacje. Są takie fragmenty, kiedy czytając o Turcji widzianej oczami Szabłowskiego, sam zaczynam zastanawiać się nad Polską „normą kulturową” – na przykład wtedy, gdy, w tej samej opowieści „Imamowie i prezerwatywy”, pewien turecki homoseksualista mówi, że społeczeństwo jest „buraczane”. Chciałoby się dodać – zupełnie jak u nas. Taki ogląd rzeczywistości, czyli ciągłe rozgrzebywanie ran, pokazywanie niedoskonałości, skomplikowanej, często zaburzonej wewnętrznie kultury, a przede wszystkim zapuszczanie się w ciemne rejony doświadczenia, dominuje w książce Szabłowskiego. Najlepszym przykładem wydaje się postać Atatürka – Turcy z rozsądkiem spoglądają na dokonania swojego Ojca, wielkiego reformatora, ale też darzą go kultem, traktując jak boga, oddając mu cześć z pełnym zaślepieniem. I to zaślepienie jest źródłem wielu nieporozumień, bezustannej nieprzynależności obywateli, zarówno do świata Zachodu, jak Wschodu. Dokąd zmierza dzisiejsza Turcja? Na to pytanie możemy szukać odpowiedzi w książce polskiego reportera.

Witold Szablowski pokazał nam w „Zabójcy z miasta moreli” Turcję pełną sprzeczności, zarówno kulturowych, obyczajowych, jak i religijnych czy politycznych, ale także kraj będący matrycą ponowoczesnych przemian. Prawdopodobnie Baumanowski turysta jeździ najczęściej właśnie do Stambułu, zanim modne nie stanie się jakieś inne miasto, inny kraj, jeszcze bardziej prestiżowy, orientalny, drogi. Ten współczesny kolonizator z lustrzanką zawieszoną na szyi nie pragnie niczego innego, jak pamiątek z bazaru na Taksimie i kilku zdjęć przed meczetami. Dla takich reporterów jak Szabłowski to oczywiście za mało (nawet fotografie, jakby na przekór euroturyście w koszuli khaki i słomkowym kapeluszu, w tej książce są mało „wakacyjne”, nieco „niedorobione” i przymglone), co doskonale widać w tej książce – znajdziemy tu Turcję o wielu obliczach, surową, historycznie trudną, wymagającą wysiłku poznawczego.
Witold Szabłowski: „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2010 [seria: Reportaż].