Wydanie bieżące

15 listopada 22 (166) / 2010

Monika Glosowitz,

STAN KRYTYCZNY (10)

A A A
1. Czy uprawianie krytyki literackiej jest jeszcze atrakcyjne (dla absolwentki/absolwenta polonistyki)?

Pytanie powinno zostać poprzedzone kolejną – powiedzmy – generalną wątpliwością: czy studiowanie polonistyki jest jeszcze atrakcyjne dla kogokolwiek? Obawiam się, że nie sposób radośnie przyklasnąć, że wszystko jest sexy albo i smexy. Przede wszystkim krytyka literacka jest zajęciem nieopłaca(l)nym. Dzień rozpoczynający się wizytą w urzędzie pracy najzwyczajniej nie kończy się krytyczną refleksją o młodej prozie, ale pakowaniem walizek i podążaniem w stronę końca tęczy.

Poza tym nie tylko dla absolwentów, ale i dla studentów polonistyki krytyka literacka nie jest zajęciem atrakcyjnym. Projekt czasopisma kulturalnego „re: presja”, uskuteczniony i udaremniony na Wydziale Filologicznym UŚ, spotkał się z zarzutem totalnej inkluzywności. W założeniu jednak miał stać się rynkiem idei, nie produktem-manifestem grupy „kosmitów”, zapożyczając Sieniewiczowską nomenklaturę. Jako efekt pracy roczników 80. nie został on pomyślany w kategoriach interesu regionalnego czy sprawy pokoleniowej. Najzwyczajniej wymienione wytyczne nie organizują już struktury życia literackiego (regionalne ośrodki, dajmy na to Mikołów jako matecznik śląskiej poezji, mimo konkretnego usytuowania, stają się coraz bardziej „płynne”). Metafora nomadyzmu staje się obecnie bardziej przydatna niż metafora zakorzenienia. Zamiast genealogii – kartografia dziwnych podróży.

2. Kto jest kim we współczesnej krytyce, a kto może stać się „kimś”?

Pytanie chyba nie miało na celu wyłuskania indeksu nazwisk, ale raczej „zmapowania” tendencji. Po regionalnych przemieszczeniach („przepływ” krytyków pomiędzy różnymi ośrodkami) wyłaniają się coraz mocniejsze ogniwa wydawnicze i skupione wokół nich postaci, w ramach których funkcjonują i starsi, i młodsi, zazwyczaj jednak podróżując pomiędzy łamami. Są akademiccy mistrzowie/ynie, czujni redaktorzy/ki, rozjuszeni ideolodzy/żki, poeci/ki piszący o innych poetach/kach i młodzi recenzenci/ki „bez nazwiska” (ci z chwiejną przyszłością). Do wyboru, do koloru. Co więcej, zazwyczaj wszyscy jednoczą się w tzw. okresach lamentacyjnych, próbując wskrzesić mit wielkiej dyskusji.

W jaki sposób krytyka czyta literaturę, kiedy czyta zajmująco?

Uważam, że zajmująco czyta literaturę krytyka feministyczna, coraz popularniejsza na polskim gruncie. Nie chodzi, oczywiście, o wiernopoddańczą służbę ideologii, ale sposób obcowania z tekstem jako splotem tworzywa językowego i społecznego. Z racji zróżnicowanych postaw metodologicznych uprawianie krytyki staje się użyźnianiem gruntu, absolutnie nie w sensie wytyczania linii programowej i wyrywania chwastów w celu pozostawienia jedynie słusznych kreacji literackich. Tradycja krytyki feministycznej, wyrastająca z rozbiórki XIX-wiecznych tekstów, nie skupia się więc tylko na hołubieniu dzieł poprawnych politycznie, ale po erze emancypacji i rekanonizacji czyta literaturę, angażując w proces odczytywania nowe rejestry. Efektywnie i efektownie łączy zatem kolejne poziomy „ucieleśnienia” tekstu. Krytyka feministyczna z silnym umocowaniem na gruncie akademickim wydaje się najbardziej „rozjuszona poznawczo”, zasilając się nie tylko źródłami przynależnymi do tzw. „zwrotu lingwistycznego”, ale i wołając o oddanie ciała czytelnikowi/autorowi. W tradycyjnej wersji krytyki towarzyszącej stawia jednak dopiero pierwsze kroki, przebłyskując nieśmiało w recenzjach i esejach.

Słowem, krytyka czyta zajmująco, starając się wyważyć proporcje pomiędzy „czytaniem znikąd” i czytaniem z obranego punktu, warsztatem i ładunkiem emocjonalnym, pojemnością metafory i zbyt prostą konotacją, poszukiwaniem nowatorstwa i wiernością tradycji.

Wizja i równanie, jak nic.