Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (167) / 2010

Marcin Bies,

WIERSZE

A A A
Jeśli nie zmienisz nazwiska, odejdę


Jestem swoim ojcem w momencie, w którym opuszcza go żona
Myślę o piłce nożnej i o samochodzie.

Jadę spokojnie, pozwalam się wyprzedzać. Myślę o dzieciach
Jestem swoim dzieckiem w momencie, w którym

Będzie swoim ojcem, od którego odeszła kobieta. Myślę
o swojej żonie. Przyspieszam, ryzykownie wyprzedzam.

Jestem swoim dzieckiem w momencie, w którym umieram.
Jestem swoim dzieckiem, które chce umrzeć wcześnie.

Jestem ojcem swojego ojca, którego nie chciała kobieta.
Jestem cały ciałem, którego nie chciano, wulgarnym wyrazem.

Jestem swoim nazwiskiem. Gwałtownie przyspieszam,
koła buksują na mokrym asfalcie. Chciałbym być piłkarzem.

Jestem swoim ojcem w momencie, w którym opuszcza go żona
Wchodzę w zakręt wiedząc, że z niego wypadnę.




Lady Bóg


W końcu pozostaną tylko zapachy. Wszystko zgnije
i zamarznie, a ty się tym zaciągniesz. Będziesz mniej
wyraźny, każdy, zajęty własnym zimnem, nie zwróci
uwagi. Nie szepnie słowa. Jednorazówki trzymane w
poczerwieniałych dłoniach będą podatne na pęknięcia.

Szybko zrobi się ciemno, pojawi się zapach zwiastujący
odkrycie tajemnicy. W czyimś mieszkaniu ćwiartka
kurczaka wyjęta z jednorazówki, luźne uwagi rzucane
pokątnie. Aż do zdjęcia bielizny, na której objawi się
napis: Lady Bug. Tymczasem przebywasz w epicentrum

Lata. Jeszcze cię wytykają, szukają zapachu potu, gdy
stoisz jak na świeczniku, zaciągając się papierosem,
nie widząc dymu. Szybko robi się jasno, wszystko łatwo
się psuje. Jednorazówka pęka, wypada z niej kurze udo.
Podnosisz, podajesz, jest zimne i nie posiada zapachu.




***

Pokochałem zarośnięte grzybem korytarze. Zatęchłe koryta, które
wypowiadały miłosne zaklęcia, echa moich słów.
Słów, które, jak sobie wyobrażam, wypowiedział ktoś inny.

Inny, który usłyszał je od innego jeszcze, bardziej obcego.
Bardziej zorientowanego w strukturze jedwabistych korytarzy.
Koryt, które wcześniej jeszcze wymoszczone zostały echem.

Echem szeptu, pieszczotą, której niedostatek dał wyraz melodii.
Melodii, która niesie się echem i zarasta nadmiarem braku.
Braku kilku wyrazów, takich jak koryto, korytarz i to, co wcześniej.

Wcześniej ktoś kochał i dawał do koryta. Wcześniej ktoś kochał.
Kochał i dawał do koryta. Dawał wyraz. Teraz wyobrażam sobie echo.
Echo jak inne ciało, ciało posługujące się echem jako formą wyrazu.





Marcin Bies poetycko zdaje się być po stronie materii, jakby u zarania swojego myślenia i odczuwania świata nie ufał wymiarom eterycznym, poza fizycznym. Dystans ten przekłada się na materialny surowiec tych wierszy, o wiele bardziej sprawdzalny i wyczuwalny, zaś momenty abstrakcyjnych zakłóceń stają się naturalnym odniesieniem dla koniecznego braku zaufania, dzięki któremu dookolny świat, a także tkwiący w nim ludzie, jawią się autorowi jako wymiar zastępczy, udawany, mocno zafałszowany. To świetny punkt wyjścia. Nic bowiem nie przekonuje w wierszach debiutanta bardziej, jak właśnie taki kąt pochylenia, który pokazuje ustawiczny rodzaj podmiany i symulacji. Skoro świat, życie jest łańcuchem atrap, to jakie musiały zajść procesy, które spowodowały utratę odbioru tego, co najbliższe, jako rzeczy żywych, pulsujących i ruchliwych? Takie zastygnięcie i stopniowe zamieranie wiąże się bezpośrednio z poczuciem zaniku obecności. Wiersze Biesa raz po raz komunikują nam ów zanik, nicestwienie obecności przez jej nieobecność. Stan taki jawi się autorowi jako coraz bardziej normalny, wręcz przypominający naturalne środowisko. Czy to rozpoznanie jest przerażające? Dla mnie raczej konieczne. Każda fraza tych wierszy zdjęta jest narastającą inercją i niemożnością przebicia się na jakąś drugą stronę, która jeśli istnieje, to istnieje raczej życzeniowo. Spieszmy się więc czytać te wiersze, skrzące i mieniące różnymi wariantami opisu pustki, ponieważ, by posłużyć się słowami Samuela Becketta, „podmiot zamiera, nim dojdzie do orzeczenia”.

Maciej Melecki