ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (167) / 2010

Olga Knapek,

ISTNY CYRK!

A A A
Tym, którzy znają Calexico nie trzeba tłumaczyć na czym polega urok ich multiinstrumentalnej osobowości. Styl zespołu polega na tak płynnym łączeniu różnych muzycznych konwencji, że przejścia pomiędzy nimi wydają się niezauważalne. Podczas katowickiego koncertu w ramach festiwalu Ars Cameralis Calexico przemycili na scenę wszystko – od jazzu, przez subtelny (o ile w tej kategorii można mówić o subtelności) punk rock, aż do muzyki w stylu el mariachi wprost spod meksykańskiej granicy.

Kiedy spytałam Joey’a Burnsa o eklektyzm ich muzyki, porównując Calexico do kandydata na studia, który nie wie jeszcze który kierunek wybrać, lekko się uśmiechnął stwierdzając, że coś w tym jest. Muzycy starają się nie rezygnować z niczego. Łączą własne fascynacje i próbują w tych różnych dźwiękach znaleźć wspólne brzmienie. Dlatego też przeprowadzili publiczność Jazz Club Hipnoza alternatywną ścieżką poznania, grając kawałki w klimacie yass. Piszę „klimat”, bo yass nie jest stylem czy gatunkiem w typowym dla tych słów znaczeniu. Charakteryzuje się właśnie łączeniem różnych elementów: współczesnej muzyki improwizowanej, jazzu, punk rocka i folku. Wszystko to znalazło się 18 listopada na scenie Hipnozy. Co ciekawe koncert dało się podzielić na dwie części – pierwszą, nieco spokojniejszą, jakby sondującą publiczność, budującą klimat; i drugą – bardziej intensywną, głośniejszą (ze względu na technikę gry, nie technika dźwięku), mocniejszą. Mimo niekwestionowanej energii bijącej ze sceny, Calexico nie przytłoczyło, nie zdominowało małej przestrzeni klubowego koncertu. Wręcz przeciwnie – ekipa okazała się mistrzami aranżacji przestrzeni. Grali nią na scenie niemal tak dobrze jak na instrumentach. Stworzyli coś, na kształt mini widowiska. W zasadzie można się było tego spodziewać. Często słuchając ich płyt wychwytuje się nieco „soundtrackowe” brzmienie. Słychać tam echa „Moulin Rouge”, częściej filmów Tarrantino. Abstrahując od tekstów, muzyka sama w sobie, staje się historią a koncert formą widowiska cyrkowego. Głównie przez ironię sekcji dętej, przez specyficzne ustawienie muzyków na scenie, łączenie orkiestrowego schematu instrumentacyjnego z konwencją zespołu rockowego. Podobne skojarzenia konotują The Raconteurs, choć tam nie mamy do czynienia z aż tak zaawansowanym eklektyzmem stylistycznym.

Mówiąc o wydarzeniu cyrkowym nie mam oczywiście na myśli Circus Maximus czy stanu podniecenia publiczności wywołanego lwem skaczącym przez obręcz. Cyrk wywołuje dziś oczywiste skojarzenia – ma bawić publiczność. Nie pamięta się już, że w starożytności cyrk bawiący ówczesną publiczność egzotycznymi zwierzętami i ich widowiskowym wytresowaniem, przekształcił się w pełne grozy rzymskie igrzyska. Od tego momentu zabawa zaczęła mieszać się na arenie cyrkowej z przerażeniem. Magik przepiłowywał kobietę na pół, treser igrał z arcygroźnym niedźwiedziem a akrobata narażał swe życie gdzieś u szczytu namiotu cyrkowego. Pewne elementy na pewno przeniknęły do dzisiejszej cyrkowej rzeczywistości. Grozę, lekką konsternację czy też ataki paniki wywołują dziś jednak zespoły clownów śpiewających a capella w hipotetycznie męskim sekstecie wokalnym, nie zaś groźny zwierz czy zapierające dech w piersi ewolucje linoskoczka. Te ostatnie obserwujemy już tylko w „Mam talent”. Cyrk, do którego przyrównać chcę Calexico to raczej bohema artystyczna, cyganeria a la Parnasus, a la Balzakowski „Król cyganerii”. Cyganeria nie pojawia się tu przypadkowo, bo Cyganie, popularnie zwani gypsies nie mieli bezpośrednio związku z areną cyrkową. Ze względu na ich nomadyczny tryb życia często, kolokwialnie mówiąc, robili za woźniców. A że któryś trafiał później na afisze, to tylko kwestia ironicznego przypadku. Z podobnym żartem mamy do czynienia tutaj. Chłopcy z Calexico, muzyczni wędrowcy (bo przecież trasy koncertowe, kłębowisko różnych narodowości, wycieczki tematyczne w różne rejony tradycji muzycznych), są jak ci Cyganie – powożą bandą pijanych i histerycznie rozentuzjazmowanych pseudoartystów. A gdy pójdzie już ten fikcyjny amfiteatr spać wyciągają swoje zabawki i robią istny cyrk. Swoją drogą dosłownie – Calexico jest odpowiedzialne za soundtrack (więc analogie do muzyki filmowej są całkiem na miejscu) do filmu „Circo” traktującym o pewnej meksykańskiej rodzinie od stu lat kultywującej tradycję właśnie objazdowego cyrku.

Ponieważ jednak mówiąc o Calexico nie wypada zbytnio opuszczać rejonów muzycznych najbezpieczniej będzie porównać ich do ciała orkiestry cyrkowej. Historia takiej formacji zaczyna się w XVIII wieku od bębenka w amfiteatrze Astleya. Od tamtego momentu orkiestra ewoluuje i w XX wieku wygląda już jak banda jazzmanów z ironicznymi uśmieszkami na twarzach. Podobnie wygląda na scenie Calexico. Z tym, że ironię zastępuje tu gra konceptem, gra z publicznością, która swoją energią musi w pewnym momencie stać się elementem całego przedstawienia. Wizualnie muzycy wyglądają prawie jak na litografii Tadeusza Łapińskiego z 1955 roku: po prawej facet z trąbką, a może i dwóch, wokalista tuż obok, kontrabas czy wiolonczela, wielkie pudło z napisem „jazz”, by nikomu nie przyszło do głowy przyrównywać tego do innego rodzaju muzyki. Na końcu saksofon. Tego ostatniego u Calexico niestety nie usłyszymy, ale współczesność pewnie wymieni projekt wizualny orkiestry cyrkowej na taką, w której pojawi się steel guitar czy akordeon.

Bo cóż innego mogłoby się tam na scenie wydarzyć? Opera sama w sobie jest zbyt niemoralna, teatr zbyt wieloznaczny a sama muzyka nie zawsze wystarczająca (nie bez powodu filharmonie zazwyczaj świecą pustkami). Cyrk wydaje się tu odarty z pejoratywnej tandety i zdecydowanie inspirujący. Głównie dlatego, że strona brzmieniowa wzbogacona została tą wizualną. Dzięki temu chłopcy z Arizony wypadli na niej o wiele lepiej niż na jakiejkolwiek swojej dotychczasowej płycie (może poza „Scraping” – zapisem koncertu z San Francisco z 2002 roku). Nie pozostaje nic innego niż z utęsknieniem wyglądać „Circo – A Soundtrack by Calexico” na polskiej ziemi, E-bay’u albo w wigilijnych paczkach od przyjaciół z USA.
18 listopada 2010, Klub Hipnoza w Katowicach.