Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (167) / 2010

Olga Knapek,

NIE-ŻÓŁWIE TEMPO MIASTA

A A A
Jest taka specjalna terapia dla Nowojorczyków wyjeżdżających spontanicznie na weekend poza miastem. Spontanicznie, bo poza chyba Samanthą z „Seksu w wielkim mieście” żaden inny bohater nowojorskiej przestrzeni nie lubi agroturystyki, lasu i braku zasięgu w swoim Blackberry. Terapia polega na specjalnych płytach CD symulujących odgłosy wielkiego miasta. Można je sobie puszczać na noc, niczym muzykę relaksującą, i spokojnie zasnąć w przepastnych ramionach syren alarmowych czy klaksonów żółtych (nawet przy zamkniętych oczach) taksówek o piątej nad ranem.

Miasto to dźwięk. Nie tylko wielkie, ogromne, przerażające metropolie polirytmicznie pulsują stukotem obcasów. Przedwieczny bruk maleńkich, włoskich osad też świetnie rezonuje, a dźwięk kobiecych kroków nad ranem każdemu śpiącemu mężczyźnie i tam naszkicuje w snach perwersyjne obrazki. Ale co tam jest jeszcze poza hipotetyczną kobietą żwawo biegnącą gdzieś o zdecydowanie za późnej porze? „Hałasy, dźwięki wytwarzane przez miasto, stopy jego mieszkańców, ich usta wypowiadające słowa i wznoszące okrzyki, a także maszyny, samochody zatrzymujące się na czerwonym świetle, ruszające, przyspieszające, trąbiące tworzą gęstą zawiesinę, w której z perspektywy okna, rozpoznać można różne nuty, interwały, rytmy” – czytamy w „Post-polis” Ewy Rewers (s. 66). Dalej autorka porównuje to tętniące wszystkim miasto do „choroby oraz rozpędzonej, sprawnie pracującej maszyny” (s.67). Czasem także muzykę konkretnych grup można podzielić na miejską i wiejską. Odnaleźć w dźwiękach, nutach, brzmieniach przestrzenie agrarne bądź urbanistyczne wraz z całym ich lokalnym kolorytem. Z rytmem stylizowanym na awangardowe M3 w muzyce miejskiej i z sielankową monotonią akordów muzyki wiejskiej. Tortoise z pewnością zakwalifikować można do pierwszej kategorii. Pomijając chwilowo kwestię rytmu (co w przypadku zespołu z dwoma perkusjami na środku sceny/studia wydaje się nietaktem) warto zwrócić uwagę na wcześniej wspomniane porównanie odgłosów miasta do choroby i pracującej maszyny. Osoby nierozumiejące i niepotrafiące odczuć piękna elektronicznych dźwięków „żółwików z Chicago” mogą równie dobrze uznać całą twórczość Tortoise za koszmar kardiologa. Irytować się zmiennym tętnem i doszukiwać się w zapisie nutowym arytmii, niedomykalności zastawek, metafor kiepskiej przepływowości czy innych medycznych ewenementów w jednym. Nie do końca można się z tym nie zgodzić. Całkiem dobrze można uzasadnić użycie takich terminów jak: pulsowanie, tętniący w kontekście właśnie Tortoise. Ich muzyka nie tylko ocieka wyrazistym rytmem, ale i sami muzycy epatują dźwiękami, którymi operują. Obserwując zespół na scenie katowickiej Hipnozy można było dostrzec pulsujące żyły na szyjach perkusistów, nerwowe paliczki dystalne gitarzysty. Niemal widziało się ten dźwięk zaraz mający wydobyć się z głośników. Dopiero rozdzielenie wizji od fonii skutkowało koncentracją tylko na muzyce. Przenosiła ona wówczas w alternatywną rzeczywistość i tworzyła tam nowe przestrzenie. Czasem bardziej hermetyczne, czasem szeroko otwarte, gwarne i parne. Brzmiące jak deszcz nieznośnie tłukący się po szybach albo jak ekspres do kawy o poranku. Jak irytujący facet uzależniony od telefonu i jak zapłakana nastolatka w podrzędnym barze. Gdyby wyodrębnić każdy instrument i spróbować przeanalizować ich osobne linie melodyczne zobaczymy właśnie kilka różnych historii. Co ciekawe ich ton – zarówno instrumentów jak i tychże historii – jest nie tyle zależny od gitary, perkusji czy nawet tamburyna, ile od osobowości muzyka i jego formy ekspresji.

Panowie wymieniali się zabawkami cały czas pokazując swe talenta, jednakowoż zabawki służyły każdemu z nich do zupełnie innych gier. Yoshi Kato (dziennikarz m.in. „Vibe”) tak pisał o muzykach: „każdy z członków zespołu jest multiinstrumentalistą każdy ma inne projekty stanowiące muzyczne ujścia. Jest to wolny od ego model, który mógłby służyć jako wzór dla muzyków rockowych” („1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej”. Red. R. Dimery. Poznań 2005). Obserwując zamieszanie, jakie Tortoise zrobiło na scenie Hipnozy nie sposób nie zgodzić się z częścią o różnych projektach i różnych realizacjach muzycznych połączonych w niekonwencjonalnym combo instrumentalnej muzyki elektronicznej. Jednak w dźwiękach, które wydaje Tortoise, daleka byłabym od widzenia wzoru dla muzyki rockowej. Naśladowanie niepokojącego pulsu miasta nigdy nie powinno stać się domeną dla ikonicznego rocka, a już tym bardziej nie powinno być stawiane tu jako wzór. Muzycy rockowi to zupełnie inna kategoria ekspresji scenicznej i studyjnej. Tortoise nawet się do nich nie zbliża. Swoją żywotnością i dźwiękowym ADHD tworzą narracje, podkłady muzyczne dla przepięknie brzydkich historii. Czasem absurdalnych, choć zarazem uwikłanych w konwencjonalne metafory. Przykładowo w symulację kolejową, kiedy pierwsze dźwięki przywołują echa Tuwima a kolejne tylko ten pociąg rozpędzają. W szalonym pędzie wskakują do niego: pensjonariuszka sióstr Karmelitanek, Taylor Momsen (gwiazdka jednego z amerykańskich seriali dla młodzieży) z oczami pomalowanymi na czarno aż po policzki, Steven Seagal, Ridge z „Mody na sukces”, Heidegger i oczywiście przeciętna lekarka weterynarii wraz z całą ekipą Tap Mdl.

Czasem absurd goni absurd, i jedyne co można obsesyjnie powtarzać to: „Why? Why? Why would anyone do something like that?” – koniecznie po amerykańsku z charakterystyczną, sitcomową trwogą. Muzyka Tortoise odpowiada na to pytanie kafkowskim cytatem: „Kto żyje samotnie (…) ten nie poradzi sobie na dłuższą metę bez okna wychodzącego na ulicę. (…) tam, w dole, konie mimo wszystko porwą go z sobą między towarzyszące im wozy i w gwar, a tym samym przeniosą go wreszcie do ludzkiej społeczności” (Franz Kafka „Okno na ulicę”). Dla wszystkich wyrzutków muzycznego mainstreamu Tortoise jest folderową ofertą. Swoją niekonwencjonalnością przenoszą w nową rzeczywistość dźwięku. Czasem irytują „niezdecydowaniem”, ale przecież nie spodziewamy się po nich konsekwencji. Czasem zaskakują innowacyjnością, ale przecież nie oczekuje się po nich przewidywalności. Jedyne, co czasem przeszkadzało, podczas katowickiego koncertu, to może typowe, miejskie zblazowanie na twarzach muzyków. Które owszem, mogło być równie dobrze częścią tego przedstawienia, ale stawało się momentami właśnie rozłączające wizję z fonią. I dobrze, bo wtedy słychać było ze sceny Chicago.
Klub Hipnoza w Katowicach,24 listopada 2010.