Wydanie bieżące

15 maja 10 (58) / 2006

Kamil Dąbrowski,

PEARL JAM

A A A
„Pearl Jam”. Monkeywrench LP1 / Sony Music, 2006.
Na każdy album Pearl Jamu czekam zawsze z drżeniem serca, jednak bez niepokoju o jakość. Wiem o tym, bo muzycy nie zniżyli się nigdy do poziomu chałtury. Każdą ich płytę mogę zarekomendować jako jedną z najlepszych w dziejach rocka Zachodniego Wybrzeża USA. Każdy krążek zawiera ogromny ładunek emocji, każdy jest nietuzinkowy. Choć swoje powstanie zespół zawdzięcza Stone`owi Gossardowi i Jeffowi Amentowi, najbardziej wyrazistym jego członkiem jest Eddie Vedder. Jak każdy wokalista jest wizytówką swojego bandu i chyba nie muszę tłumaczyć, co dzieje się, kiedy następuje zmiana na tym miejscu. Eddie Vedder, intrygujący i charyzmatyczny, potrafi zahipnotyzować swoich odbiorców na każdym koncercie. Pearl Jam wespół tworzą zgraną grupę muzyków, którzy wiedzą, co chcą wykrzesać z siebie i dać wyraz tego na swoich albumach. Kiedy nad zespołem wisiały chmury, malkontenci głosili niechybny jego rozpad. Ile razy można zarzucać muzykom, że nie grają tak, jak za czasów debiutu „Ten”? Wbrew wszystkim krytykom i ku uciesze swoich fanów, trwają nadal i grają naprawdę solidnego rocka.

Pearl Jam znany jest z wydawania regularnych, oficjalnych bootlegów zawierających nagrania live ze swoich wojaży koncertowych. Teraz, po czterech latach przerwy, zespół powraca ze swoją nową płytą, ósmą w dorobku, zatytułowaną bardzo prosto „Pearl Jam”. Podobnie jak tytuł, tak muzyka zawarta na tym albumie jest nadzwyczaj prosta. To zwyczajny rock’n’roll podany w ostrej przyprawie riffów i zgrabnych rytmów. „Pearl Jam” brzmieniowo przypomina poprzedni „Riot Act”. Chyba nie tylko muzycznie… W tekstach znowu pobrzmiewa krytyka rządów George`a W. Busha jr, jego ekspansjonistycznej wizji polityki zagranicznej USA oraz wojny w Iraku. Z każdym albumem zespół jest pod każdym względem coraz lepiej zgrany. Każdy, kto widział choć raz ich występ, czy to na żywo, czy też na jakimkolwiek nośniku wideo, zrozumie, co mam na mysli.

Zaczyna się bezkompromisowym „Life Wasted”. Wściekle i bardzo dynamicznie będzie przez prawie cały album. W „World Wide Suicide” Vedder śpiewa: „and in all the madness / thought becomes numb and naive / so much to talk about / nothing for to say / (…) the whole world... world over / it's a world wide suicide” – w świecie pełnym bólu i szaleństwa ludzie budzą się każdego dnia i nie widzą żadnego sposobu na chorobę, jakim jest tytułowe samobójstwo naszego gatunku. Na płycie znalazły się również takie perełki, jak przepiękne ballady „Parachutes” i „Inside Job” , dające oddech po szalonych kaskadach dźwięków. I już po ostatnich taktach poczułem lekki niedosyt. Ale od czego mam funkcję repeat ?

„Pearl Jam” to płyta, która przywraca mi wiarę w prawdziwego rocka. Nie trzeba tworzyć crossover’ów z różnych gatunków i silić się na oryginalność. Tak jak średniowieczni alchemicy, wszyscy innowatorzy dźwięków zagubią się w swoich poszukiwaniach muzyki idealnej i złotego środka na sukces. Pearl Jam sposób na niego miał już zagwarantowany w momencie nagrania pierwszego krążka. Potem potrzebna była już tylko kultywacja tego rzemiosła. Eddie, Stone, Mike, Jeff i Matt po raz kolejny udowodnili, że nie znoszą fuszerek. „Pearl Jam” to muzyka przez duże „M”.