Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (168) / 2010

Przemysław Pieniążek,

W OPARACH GOTYKU

A A A
Od samego początku doszukiwano się w niej prowokacji. Dla jednych była bezkompromisowym atakiem na hipokryzję dziewiętnastowiecznej mentalności. Dla innych, rozpatrujących jej treść w kategoriach stricte biograficznych, niepodważalnym dowodem na moralną degrengoladę jej autora. Sam autor stwierdził natomiast, że nie ma książek z natury dobrych czy złych – są tylko rzeczy dobrze lub źle napisane. Powieść „Portret Doriana Graya” bez wątpienia pozostaje najpopularniejszym utworem w bogatym dorobku Oscara Wilde’a. Nastrojowa i wieloznaczna historia adonisa, którego obsesyjne pragnienie zachowania wiecznej młodości spełniło się za sprawą starzejącego się zamiast niego portretu, odzwierciedlającego zblazowaną i ropiejącą duszę bohatera, na trwałe weszła do literackiego kanonu oraz szeroko pojmowanego uniwersum (pop)kultury, w tym filmu.

Przystojny wyznawca moralnego relatywizmu powracał na łono X muzy kilkunastokrotnie, przybierając oblicze między innymi Hurda Hatfielda (w filmie Alberta Lewina z 1945 roku), Helmuta Bergera (w dziele Massimo Dallamano z 1970 roku), Stuarta Townsenda (w „Lidze Niezwykłych Dżentelmenów” Stephena Norringtona z 2003 roku), Josha Duhamela (w produkcji Davida Rosenbauma z 2004 roku) czy Davida Gallaghera (w obrazie Micka Davisa z 2007 roku). Ostatnio Wilde’owski antybohater posiadł aparycję Bena Barnesa, pamiętnego Johna Whittakera z „Wojny domowej” Stephana Elliotta oraz księcia Kaspiana z adaptacji prozy C.S. Lewisa. Stało się tak za sprawą najnowszej produkcji Olivera Parkera, utalentowanego scenarzysty, niezgorszego aktora (uważni widzowie mogli go zapamiętać z roli Peloquina w „Nocnym plemieniu” Clive’a Barkera) oraz reżysera o ustalonej renomie (filmowa adaptacja „Otella” z 1995 roku). Wybór nieśmiertelnego utworu z dorobku brytyjskiego skandalisty nie jest kwestią przypadku, wszak Parker już wcześniej z powodzeniem przekładał sztuki Wilde’a na język filmu, czego najlepszym dowodem były komedie „Idealny mąż” (1999) oraz „Bądźmy poważni na serio” (2002). Tym bardziej może zatem dziwić artystyczne fiasko, jakim, przyznaję to z żalem, okazała się ekranizacja „Portretu Doriana Graya”.

Wykorzystujący retrospektywną formułę film ma zaskakująco niewiele wspólnego z literackim oryginałem. Towarzysząc ciemnowłosemu (!) bohaterowi w jego wędrówce przez kolejne poziomy samozatraty (od skrajnej nieczułości na ludzką krzywdę po morderstwo), widz – ku własnemu zdumieniu – staje się uczestnikiem przesyconego aurą tandetnego gotycyzmu posępnego spektaklu, urozmaicanego licznymi scenami dekadenckich orgii. Przypominająca zamczysko siedziba rodu Grayów, piekielne moce, niezdrowe namiętności, kompleks Boga, krew i psychofizyczna przemoc – to tylko niektóre z ikon i motywów wykorzystanych przez Olivera Parkera w celu przesunięcia akcentów w sposobie odczytania dzieła i sprowadzenia błyskotliwego dyskursu o sztuce wolnej od wszelkich ograniczeń do groteskowej paraboli o konsekwencjach ludzkiej bezduszności i próżności.

Pomimo jawnie komercyjnego charakteru „Doriana Graya” Parker zdołał jednak w dość interesujący sposób przedstawić będącą de facto główną osią dramaturgiczną filmu pogmatwaną relację łączącą tytułowego bohatera z lordem Henrym Wottonem (Colin Firth). Cyniczny arystokrata przedstawiony zostaje jako swoisty mentor Doriana Graya, uświadamiający mu konieczność wsłuchiwania się w podszepty naturalnych, wolnych od restrykcji moralności, impulsów: „Wszyscy cierpimy karę za to, czego się wyrzekamy, i odruch przez nas zdławiony rozpładza się w naszej duszy i zatruwa ją”. Jednak duchowy przewodnik zagubionego bohatera okazuje się hipokrytą, który nie potrafi sprostać upajającej aurze świata zepsucia, w jaki wprowadza swojego podopiecznego. „Jestem wszystkim, czym bałeś się być” – rzuci pod adresem Wottona Gray, uświadamiając sobie ogrom własnych grzechów, których nie będzie już potrafił odpokutować, takich jak doprowadzenie do samobójstwa zakochanej w nim aktorki Sibyl Vane (Rachel Hurd-Wood) czy morderstwo Basila Hallwarda (Ben Chaplin), autora feralnego obrazu, również zakochanego w głównym bohaterze i to bynajmniej nie platonicznie. Dopiero szczere uczucie do córki lorda Wottona, Emily (Rebecca Hall), okaże się jedyną prawdziwą wartością, która da Dorianowi siłę potrzebną do stawienia czoła własnemu przeznaczeniu.

„Dorian Gray” Anno Domini 2009, pomimo artystycznych ambicji przyczajonych pod „atrakcyjną” skorupą nadprzyrodzonego dreszczowca, pozostaje filmem zaledwie przeciętnym. Abstrahując od niewątpliwie mrocznej, opresyjnej oprawy wizualnej, udziału świetnych aktorów (którzy w swoich rolach wypadają jednak zdecydowanie poniżej średniej) oraz przyzwoitych efektów specjalnych (użytych między innymi w niezliczonych retuszach topograficznych oraz do wykreowania „żywego” portretu przedstawiającego duchowe oblicze Doriana jako syfilitycznego zombie), film można zarekomendować przede wszystkim amatorom niesamowitych historii z pieprzykiem lub fanom powieści „Wizerunek zła” Grahama Mastertona. Brytyjski mistrz makabry przed laty interpretował bowiem utwór Wilde’a w charakterystyczny dla siebie – i korespondujący z wizją zawartą w filmie – sposób. Wszelkiej maści purystom literacko-filmowym radzę jednak trzymać się od dzieła Parkera z daleka.
„Dorian Gray”. Reż.: Oliver Parker. Scen.: Toby Finlay. Obsada: Ben Barnes, Colin Firth, Emilia Fox, Rachel Hurd-Wood, Fiona Shaw, Rebecca Hall, Ben Chaplin, Maryam d’Abo. Gatunek: dramat / horror. Produkcja: Wielka Brytania 2009, 112 min.