Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (168) / 2010

Andrzej Ciszewski,

GRYZĄCY PROBLEM GATUNKU

A A A
Przyznaję, że jestem zagorzałym fanem klasycznego kina grozy, w którym prawdziwy horror opierał się na perfekcyjnie budowanym napięciu, urzekającej magii suspensu oraz sile sugestii pozwalającej widzowi na uruchomienie wyobraźni. Z drugiej strony, od lat sekunduję twórcom, którzy wprost prześcigają się w kuriozalnych pomysłach, próbując przerazić widza za pomocą motywu złowieszczej aktywności najróżniejszych przedstawicieli świata zwierząt, rzecz jasna odpowiednio powiększonych, spotworniałych lub zmultiplikowanych. W przebogatej kolekcji zoologicznych dreszczowców odnajdziemy takie „perełki”, jak: „Atak gigantycznych pijawek” Bernarda L. Kowalskiego (1959), „Zabójcze ryjówki” Raya Kelloga (1959), „Ptaki” Alfreda Hitchcocka (1963), „Żaby” George’a McCowana (1972), „Rój” Irwina Allena (1978), „Noc zajęcy” Williama F. Claxtona (1972), „Ślimaki” Juana Piquer Simona (1987), „Komary śmierci” Clarka Brandona (1993), „Kleszcze” Tony’ego Randela (1993), „Nietoperze” Louisa Morneau (1999), „Węże w samolocie” (2006) Davida R. Ellisa czy „Mrówki w samolocie” George’a Mendeluka (2007). Zapewniam, że po zapoznaniu się z wyżej wymienionymi tytułami można zacząć patrzeć niepewnym wzrokiem nawet na gupiki wolno pływające w domowym akwarium. A skoro jesteśmy już przy rybach…

Żywiąc spory sentyment do tandetnej „Piranii” Joe Dantego (1978), reinterpretowanej trzy lata później przez poszukującego artystycznej tożsamości Jamesa Camerona (niechlubna „Pirania II: Latający mordercy”), dałem się namówić znajomym na ponowne spotkanie z tym żarłocznym gatunkiem, rzecz jasna w bezpiecznej sali multipleksu. Mając jednak w pamięci wcześniejsze dokonania reżysera „Piranii 3D”, Alexandre’a Aja, byłem przygotowany na najgorsze. Wszak francuski mistrz makabry, autor ociekającego posoką „Bladego strachu” (2003) czy mocno zbrutalizowanej wersji kultowego filmu Wesa Cravena pod tytułem „Wzgórza mają oczy” (2006), przyzwyczaił widzów do swojej bardzo specyficznej artystycznej „wrażliwości”. Kiedy więc w klimatyzowanym pomieszczeniu na dobre zgasły światła, zgodnie z Hitchcockowską dewizą, trójwymiarowy horror dosłownie zaczął się od trzęsienia ziemi.

Oto na skutek krótkotrwałych, lecz stosunkowo silnych, wstrząsów sejsmicznych pęka dno Victoria Lake, budząc z letargu prehistoryczne piranie, które w błyskawicznym tempie konsumują swoją pierwszą ofiarę, Bogu ducha winnego wędkarza Matthew Boyda (Richard Dreyfuss). Nieszczęśnik stanowi jedynie skromny aperitif na drodze „pływającej śmierci”. Uwagę wyposzczonych ryb przykuwają bowiem tabuny lekkomyślnych nastolatków, chętnie imprezujących w sąsiedztwie olbrzymiego akwenu. Jednym z nich jest Jake Forester (Steven R. McQueen), który za namową przebywającego w okolicy króla porno, Derricka Jonesa (Jerry O’Conell), decyduje się zostać jego przewodnikiem po malowniczych i stosunkowo odludnych zakątkach – słowem: po idealnej scenerii najnowszej produkcji dla dorosłych. Mimo że obiecał swojej matce, Julie (Elizabeth Shue), że tego dnia zaopiekuje się młodszym rodzeństwem, bohater udaje się w upajający rejs, w którym nieoczekiwanie bierze także udział Kelly (Jessica Szohr), obiekt czułych westchnień bohatera. Tymczasem Julie, piastująca stanowisko lokalnego szeryfa, odnajduje zmasakrowane i mocno nadjedzone zwłoki Boyda. Nie ma jednak pojęcia, że prawdziwy horror właśnie się rozpoczyna… a widza ogarnia coraz większe zdumienie, nuda, zażenowanie i gniew z powodu zmarnowanych złotówek.

Mam oczywiście na myśli odbiorcę, który nie przepada za konsekwentnie utrwalaną w ostatnich latach nową formułą kina grozy. „Pirania 3D” jest bowiem sztandarowym wręcz przykładem średniobudżetowej produkcji, łączącej w sobie pornografię śmierci (ujęcie dryfującego w wodzie odgryzionego penisa czy scena zerwania skalpu przez śrubę motorówki to zaledwie skromny wyimek z czekających widza atrakcji), lekką erotykę oraz przyciężki humor okraszony prostymi (by nie rzec prostackimi) dialogami wygłaszanymi przez bezbarwnych, do bólu irytujących bohaterów, których dramatycznymi losami widz niekoniecznie chce się przejmować. Tym samym w produkcji Alexandre’a Aja zatracają się gdzieś dystans oraz pastiszowa wrażliwość, które charakteryzowały filmy Dantego i, w znacznie mniejszym stopniu, Camerona.

Najnowszy film francuskiego twórcy nie sprawdza się niestety ani jako komedia (bo nagromadzenie werystycznych scen zgonów jakoś nie sprzyja radosnej zgrywie), ani jako interesujący horror, skoro jakikolwiek suspens został tu zredukowany do zniesmaczających scen wodnej kaźni. Nawet udział dobrych skądinąd aktorów oraz wykorzystanie niezwykle popularnej formuły kina trójwymiarowego jest w tym przypadku dość mizerną pociechą. Można oczywiście zapytać, dlaczego do stworzenia tego postwakacyjnego koszmarku potrzeba było aż czterech scenarzystów, ale czy warto? Amatorzy nagich biustów i szybkożernych drapieżników i tak będą zapewne ukontentowani. A w tym przypadku szeroko rozumiana satysfakcja widza jest przecież najważniejsza. Jednego nie można za to wykluczyć – otwarte zakończenie sugeruje, że o temperamentnych rybach z pewnością jeszcze usłyszymy. Osobiście wypatruję inwazji krwiożerczych kretów, rozsierdzonych chomików i wściekłych biedronek. Bezwarunkowo w trzech wymiarach!
„Pirania 3D” („Piranha 3-D”). Reż.: Alexandre Aja. Scenariusz: Alexandre Aja, Grégory Levasseur, Josh Stolberg, Pete Goldfinger. Obsada: Elizabeth Shue, Ving Rhames, Adam Scott, Jessica Szohr, Dina Meyer, Brooklynn Proulx, Christopher Lloyd, Steven R. McQueen, Jerry O’Connell, Richard Dreyfuss. Gatunek: horror. Produkcja: USA 2010, 88 min.