Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (168) / 2010

Sławomir Iwasiów,

WRACAJĄC NA POŁUDNIE

A A A
Socjologia już dawno zabiła nam tego ćwieka: czy wciąż mamy po co ruszać w drogę, skoro cały czas znajdujemy się w ruchu? Powątpiewanie w sens podróżowania otwiera nową książkę Andrzeja Stasiuka. W przypadku tego autora jest to wyznanie zaskakujące, ponieważ opiera on dużą część swojej twórczość na idei życia on the road, która przeważnie znajduje się w opozycji do jakiejś formy bezruchu (zniewolenia więziennego, szkolnego przymusu, nudy). „Dziennik pisany później”, wbrew tytułowi raczej eseistyczny niż intymistyczny tom prozy, rozpoczyna coś w rodzaju przyznania się do ciągłego popełniania tego samego błędu, który miałby polegać na chorobliwych powrotach do wcześniej już odwiedzanych miejsc. Stasiuk pisze: „Znowu tu przyjechałem”, jakby tłumaczył się z odwiedzania dobrze znanych rejonów. Dariusz Nowacki, w obszernym szkicu pod tytułem „Medytacyjna podróż ojczyźniana” opublikowanym na łamach „Tygodnika Powszechnego”, zwrócił uwagę na pewien fenomen Stasiukowych narracji: autor nie tylko podejmuje w „Dzienniku...” podobne jak wcześniej tematy (Bałkany, Europa Wschodnia, dominacja Zachodu, polska mentalność itd.), ale też wszystkie komentarze krytyczne do tej książki są automatycznymi odwołaniami do poprzednich jego książek i poprzednich komentarzy do tych komentarzy… Krótko mówiąc: powstaje jakaś „Stasiukologia”, a sam autor wyrobił sobie przez lata dobrą markę tą swoją poetyką „kręcenia się w kółko”, przepisywaniem i dopisywaniem do tekstu czegoś nowego, wymyślaniem świata niby od początku.

Dlaczego Stasiuk wraca na Bałkany? Odpowiedź autora jest mętna, choć pociągająca i trudno w tym przypadku wyobrazić sobie inną. Jego narrator odpowiada, że nie bardzo wie, po co podróżuje – łatwo odgadnąć, że to tylko kokieteryjna gra z czytelnikami, ponieważ jego tekst mówi nam zupełnie co innego. Oczywiście, mamy tu do czynienia z powtórzeniem, glosą, kolejną mutacją formuły podróżniczego eseju, jaką znamy mniej więcej od czasów „Jadąc do Babadag”. Poszczególne partie książki (w sumie trzy) są datowane – pierwsza na rok 2005, więc powstała tuż po pierwszej edycji „Jadąc do Babadag”. A zatem powrót, ale w nieco innym wymiarze, bardziej w moim odczuciu krytyczny wobec tego, co zaobserwowane w południowej części Europy.

W pierwszej części książki Stasiuk jeszcze raz przygląda się Albanii, gdzie rozpad i rozkład towarzyszą przypływom zmian z Zachodu. To jakby kontynuacja, poszerzenie, przeróbka jakiegoś fragmentu opowieści o albańskim krajobrazie widzianym z promu na rzece Drin, jaką znamy przede wszystkim z książki „Fado” (2006). Jak wspomniałem, pierwsza część „Dziennika...” jest datowana na 2005 rok, a więc albo czas nam płata figle, albo Stasiukowi te wszystkie podróże powoli wymykają się spod kontroli i przepisuje je w kółko, wciąż na nowo. Rozwijając jedne wątki, a inne odrzucając. I trochę tak jest w tych narracjach z „Dziennika...”, że nie bardzo wiadomo, gdzie się w danym momencie opowieści znajdujemy. Można się pogubić w Albanii, Czarnogórze czy Bośni, co wcale nie dziwi, zważywszy na to, jakie są te kraje, jak powikłaną mają historię i topografię.

Wracając do Albanii: podobnie jak w innych miejscach południowej i południowo-wschodniej Europy, tak i tutaj Stasiuk dostrzega sygnały rozpadu pomieszane z tym dziwnym przeczuciem, że te kraje niedługo przestaną istnieć, ponieważ przeżuje je i wypluje na śmietnik, jak gumę do żucia, kultura Zachodu. Te „cywilizacyjne” wpływy na bałkańskie obyczaje Stasiuk przedstawia w postaci fenomenów przerywających główny tok narracji. Przeważnie są to jacyś „nażelowani kolesie”, którzy akurat znaleźli się w polu widzenia, wjeżdżające z piskiem opon samochody, dudniąca muzyka dyskotekowa – wszystko, co nie pasuje do powolnego, leniwego i w gruncie rzeczy bezcelowego trybu życia albańskich (czy w ogóle bałkańskich) obywateli. Interesujące, że Stasiuk bywa tym razem krytyczny nie tylko wobec tych przemian, ale także tradycyjnej obyczajowości „tubylców”. Często zdradza „genderową” świadomość – przeważnie w sytuacjach spotkań narratora z rodzinami, w których kobiety i dziewczyny pełnią role, delikatnie mówiąc, obsługujących towarzystwo przy stole. Najlepszy, najbardziej symptomatyczny jest chyba opis pikniku z rodziną miejscowych gdzieś w Albanii (mimo że słowo „piknik” jakoś nie pasuje do tego kraju). Narrator i ktoś, kto mu towarzyszy (może jest to tylko Dariusz Pawelec, autor zdjęć to tego tomu wymieniony na stronie tytułowej, może jeszcze ktoś inny – tego narrator nie zdradza) pytają dziewczynki, która organizuje jedzenie i picie, co chciałaby w życiu robić. Dziewczynka nie wie, co powiedzieć, co narrator komentuje tak: „Jej życie nabrało ostatecznego kształtu już w chwili, gdy przyszła na świat” (s. 20). Nie posądzałbym może Stasiuka o antyesencjalizm, ale takich obserwacji znajdziemy w „Dzienniku...” więcej i świadczą one o dyskursywnej zmianie narracji w stosunku do poprzednich tekstów.

Te uwagi narratora, dodam tylko, że raczej lakoniczne, wyrywkowe, ale jednak obecne, dają przede wszystkim więcej informacji o świecie obserwowanym przez piszącego podróżnika, poszerzają tekst i spektrum jego interpretacji. O ile w poprzednich książkach (przywołanych wyżej „Jadąc do Babadag” i „Fado”, ale także w powieści „Taksim”) Stasiuk był zafascynowany krajobrazem rozpadu i przejawami męskiej kultury, tak tutaj bywa, jak na swoje możliwości, krytykiem dominacji testosteronu. Nabija się nawet z tej wielopokoleniowej „samczyzny” bałkańskich facetów, ponieważ „ (…) tam, gdzie zaczynał się świat mężczyzn, od razu zaczynał się burdel. Jakby bezbrzeżnie gardzili rzeczywistością. (…) Siedzieli w tych podrabianych butach włoskich alfonsów, w tych pedalskich lustrzankach, siedzieli na skraju rynsztoka i nie przychodziło im do głowy, żeby coś z tym smrodem zrobić (s. 23).

Po mocnym, albańskim wstępie może szokować tylko krajobraz po katastrofie. Narrator penetruje Bałkany w poszukiwaniu wojny, w geście chorobliwego w gruncie rzeczy mierzenia się z własną (czytaj: polską) wojenną postpamięcią. Stasiuk pisze: „Bośnia to była ostatnia europejska wojna, na którą mogłem liczyć. Moje dzieciństwo przesiąknięte było wojną. Żyliśmy wojną, wspominaliśmy ją, baliśmy się jej i pragnęliśmy” (s. 88). A zatem do Bośni, ale najpierw przystanek w Budvie, na plaży, w tym dobrze znanym turystyczno-rozrywkowym korowodzie muzyki, tańca i zabawy. Potem Stasiuk od razu wali czytelnika w głowę kamieniem ze zrujnowanych miast i wsi. Kontrastowe zestawienia to chwyty, na których pisarz często polega i tutaj także wykorzystuje je do pokazania różnorodności opisywanego świata. Dużo poświęca narrator uwagi zniszczeniu, opisuje dokładnie zrujnowane wojną miejsca, których do dzisiaj nikt nie odbudował, ale też pokazuje, jak te miejsca mogą być fascynujące. To już wprawdzie było – lepszy swojski rozpad, niż Zachodni blichtr, plastikowy i sztuczny, jak podróbki Armaniego na bazarze – ale w „Dzienniku...” powraca w zmienionym i poprawionym wydaniu, z krytycznymi uwagami pisanymi na marginesie. Na przykład najbardziej znanych wojennych zbrodniarzy porównuje Stasiuk do „wieprzy”. To pasuje do „męskiego” obrazu wojny i jej liderów, spasionych generałów w „śmierdzących skarpetkach”, rozprawiających w pijackim widzie o polityce i kolejnych mordach. Dużo w tych obserwacjach ironicznego spojrzenia i to też jakościowa zmiana w stosunku do śmiertelnie poważnych „Jadąc do Babadag” czy „Fado”.

Trzecia i ostatnia partia tego tekstu jest najnowsza, datowana na rok wydania, i w pewnym sensie podsumowuje całą tę poetykę podróżowania „na południe”, kręcenia się w kółko, bez celu, bez specjalnego planu. Stasiuk zawija do Polski na chwilę, jak do portu. Podobnie jak w „Fado”, jakimś horyzontem są tu dla narratora „ojczyste” strony, ale przecież kiedy się do nich wraca, to trudno wytrzymać i zaraz trzeba znowu ruszać w drogę. A po drodze prawie to samo, co było w domu, tylko lepiej widać, bo kontrast większy – co z tego, że bieda, galeria handlowa musi stać na każdym zadupiu, w każdej wiosze zabitej dechami supermarket. I wszystko, jak narrator słusznie zauważa, bez specjalnie głębokiej refleksji. W kraju to samo, ale chyba gorzej, bo u siebie, więc bardziej boli. W pewnym momencie narrator odjeżdża bez trzymanki, traci nad sobą kontrolę w krótkiej tyradzie na bezmyślny konsumpcjonizm współczesnej młodzieży – nie wydaje się w tym ataku przekonujący, raczej zawiedziony, rozgoryczony i zrezygnowany.

Zapytam na koniec po raz wtóry: z jakiego powodu pisarz podróżuje i dlaczego po raz kolejny wrócił na Bałkany? Są w „Dzienniku...” momenty autokrytyki, kiedy przerażony ogromem świata narrator wątpi w sens swoich opowieści: „Znów dopadało mnie poczucie, że od wielu lat po prostu błąkam się po świecie bez żadnego planu i pomysłu” (s. 36). Podejrzewam, że Stasiuk nie chce opuścić Bałkanów – on po prostu został gdzieś na zakurzonej drodze, na górzystym pograniczu między krajami, których nazwy zlewają się w jedno, a krajobraz jeszcze nie został naruszony przez zachodnią cywilizację. I dobrze mu z tym, dobrze mu się te opowieści snują po świecie.
Andrzej Stasiuk: „Dziennik pisany później”. Fotografie Dariusz Pawelec. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2010.