Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (168) / 2010

Urszula Pawlicka,

ANTYBOHATER ANTYHARLEQUINA

A A A
„Na razie leżymy na plaży oblepieni piaskiem (...)” – początek fragmentu „Lat walk ulicznych” nasuwa łańcuch skojarzeń z romantycznym obrazem miłosnym: zakochani, plaża, może i słońce. Dokończenie zdania burzy wszelkie konotacje: „(...) i spermą, całując się i rozmawiając o wszystkim, co nas nie dotyczy”. Dotychczasowe wyobrażenie plaży, zarezerwowane wyłącznie dla kobiety i mężczyzny, zostaje przeformułowane – to również romantyzm w stylu homoseksualnym. Michał Zygmunt zestawia istniejące kategorie z nowymi reprezentacjami, które choć obecne – są negatywnie zakotwiczone w umysłach społeczności. W efekcie tworzy rzeczywistość skażoną, napiętnowaną, antyestetyczną, a może wprost przeciwnie – świat o nowej jakości, w której aktualnie pojmowane piękno zdewaluowało się, a do głosu doszedł kicz i banał.

Nowa proza Zygmunta wpisuje się w nurt literatury homoseksualnej i politycznej, a nawet – pornograficznej. Moda na łamanie tabu, obecna także w „New Romantic”, ujawnia się ponownie, autor zdaje się sprawdzać granicę moralnej tolerancji. Zygmunt puszcza oka do odbiorcy, mówiąc „wiem, że to cię oburza i odraża, ale przecież tego chcesz, prawda?” Z kategorii sensacyjności, prowokacji, ironii i hiperbolizacji uczynił narzędzia dialogu z rzeczywistością. „Lata walk ulicznych” to rozprawianie się z polskością, a dokładnie z jej relacją z religią, seksualnością i Europą.

Najistotniejsza jest religijność, oparte na niej wyobrażenia o świecie i drugim człowieku. Zygmunt wprowadza możliwie jak najwięcej kontrowersji poprzez zanegowanie głoszonych przez wiarę założeń. Po pierwsze, uczynił z Marka Polaka homoseksualistę, co już czyni go napiętnowanym. Po drugie, skazał go na męską prostytucję – co powoduje podwójne naznaczenie. Obie nadane cechy są sprzeczne z seksualnością pojmowaną przez religię katolicką. Pojawia się zatem postać ze stygmatem, wydawałoby się antybohater antyharlequina. Jednak Zygmunt komplikuje prosty wywód, nazywając go Markiem Polakiem – narzucając wręcz skojarzenia z przedstawicielstwem narodu, z kategorią everymana z Polski. Co więcej, po raz pierwszy pojawia się postać geja-wybawiciela w literaturze homoseksualnej – Marek Polak zostaje wybrany, by ocalić kraj.

Wszystko dobrze się układa – napiętnowany gej, postać-katalizator dialogu z polskością i własną tożsamością – do pewnego stopnia daje się wytłumaczyć, jednak im głębiej wyjaśnień, tym więcej wątpliwości. Jeden z bohaterów w pewnym momencie pyta: „Dlaczego to robimy?”, analogicznie można zapytać: „Dlaczego to czytamy?”. Czemu służy pseudofilozofia na temat momentalności życia przedstawiona pod postacią powracających kategorii wymiocin i spermy? Słowa-klucze oddają sens współczesnego, płynnego świata. Wymioty są prostym sposobem na pozbycie się niepożądanego jedzenia, nieskomplikowana alternatywa na usunięcie nadmiaru. Sperma z kolei jest znakiem esencji euforii, chwilowym doznaniem przyjemności i nietrwałym zaspokojeniem głodu pożądania. Oba pojęcia charakteryzować mogą momentalność, pozorność i banalność życia. Jednak ich powtarzalność zmienia jakość książki, jak bowiem ocenić prozę, po której pozostają skojarzenia wyłącznie pornograficzne?

„Lata walk ulicznych” są obrazem poszukiwania własnej tożsamości, odpowiedzi na pytanie o to, kim się jest i o granicę własnej przestrzeni. Marek Polak relacjonuje migawkowo swoje życie: od Wrocławia lat 80. do współczesności XXI wieku. Opisuje pierwsze zauroczenie Agnieszką Czamiłło i inicjację seksualną na wycieczce szkolnej w Karpaczu z rówieśnikiem Karolem, do którego będzie powracać we wspomnieniach. Czytelnik poznaje Polaka w wieku trzydziestu lat – Zygmunt nadał mu odpowiedni wiek, który asocjuje się z przełomem i podsumowaniem – tyle liczył Chrystus, z którym ma go łączyć naznaczenie i ofiarność. Polak podróżuje od Niemiec po Afrykę, peregrynacje pozwalają mu obiektywnie spojrzeć na własny kraj, do którego powroty nie przypominają spełnienia marzeń o „szklanych domach”: „Im bliżej byłem granicy, tym wyraźniejsze stawały się pęknięcia w obrazie mojej przyszłości. Za oknami pociągu królowała ciemność”.

Twórca nasuwa odpowiedź na pytanie, ile pozostało w nas z bohaterów (nie tylko) romantycznych i patriotycznych – Marek Polak bowiem jest nieudolną kompilacją Konradów, Werterów i Baryków. Łączy go motyw szaleńca, napiętnowania, bycia poza społeczeństwem – współczesnym stygmatem staje się orientacja homoseksualna – oraz indywidualność, wynikająca z dorastania w Generation Me.

Konrad w XXI wieku w czasach kultu kredytu nie chce przyjąć do świadomości poświęcenia, zależy mu przede wszystkim na sławie, niekoniecznie musi być bohaterem – Marek Polak przecież nie pała aktywizmem, wręcz odwrotnie – nie dopuszcza myśli, że miałby coś zmienić, wystarczy, że stanie się celebrytą na bilboardach: „Wyraźnie widzę tylko ten wielki billboard, którego nie mogłem dotąd odczytać, widzę zdjęcie mężczyzny i ogromny napis. To był pierwszy billboard Marka Polaka, jaki widziałem. Ale to był dopiero początek. Była przed nami cała przeszłość”. Początek staje się jednocześnie końcem – nic się nie zmieni i do niczego nie dojdzie. Współczesny Baryka rozczarowany Polską nie ma pomysłu na jej naprawę, odłącza się od tłumu nie dlatego, by samodzielnie dokonać rewolucji, lecz by wyalienować się, trochę powalczyć, by nie mieć wyrzutów sumienia, a na końcu popełnić samobójstwo. XXI wiek naznaczony jest kultem jednostki, liczą się interesy prywatne, a nie zbiorowe.

Zygmunt obnaża zatem język proroctwa i patetyczność haseł patriotycznych, wręcz ironizuje i naśmiewa się z idei wybawicielskich: „Nie będziesz już musiał padać na kolana przed nikim. Wiele razy będziesz za to pytał: dlaczego ja? dlaczego mnie to spotkało? Wiele razy będziesz się zastanawiał, czy spotkało cię największe szczęście, czy największe przekleństwo. (...) Bezgranicznie szczęśliwy będziesz stawał w miejscach, w których zawsze pragnąłeś stanąć, rozciągając na nie swoje zwierzchnictwo. Będziesz burzył i budował, będziesz rządził i dzielił, będziesz kochał, ale przede wszystkim będziesz nienawidził”. Patos rzuconej klątwy ujawnia szyderstwo – to nie on rzuca Bogu rękawicę, lecz sam zostaje wezwany do walki.

Z romantyzmu kontynuowana jest wyłącznie idea miłości, która i tak uległa przemianowaniu: new romantic to związek homoseksualistów. Jak echo powraca stylistyka cierpienia i niespełnienia: „Neoliberalizm zmienił formułę miłości. Ta nowoczesna miłość musiała pozostać wiecznie niespełniona, nieszczęśliwa, wiecznie poszukująca, skupiona na niewygodnych detalach, skazująca na cierpienie. W nieszczęśliwym związku, którego nie chcemy, ale jednak zmuszamy się, by w nim trwać”. Miłość w „Latach walk ulicznych” zostaje utożsamiona z seksem, fizyczność jest wyłącznie zaspokojeniem erotycznego pożądania. Seks homoseksualistów jest aktem nasycenia, ale jednocześnie niszczenia siebie, poprzez uświadomienie sobie inności. Stygmatyzacja jest zatem przypinaniem etykiety nie tylko przez innych ludzi, lecz także przez samego siebie. Marek Polak zdaje sobie sprawę, że moment inicjacji homoseksualnej był początkiem konfliktu ze światem. „Lata...” to zatem romansidło o mężczyźnie, który poprzez seks próbuje odkryć własną tożsamość, spotykając na drodze gejów również pragnących wyłącznie fizyczności.

Nastręczające opisy aktów seksualnych przemieniają tę prozę w literaturę bezpruderyjną, której esencją jest prostota i ordynarność. Poetyka wulgarności wywołuje w efekcie abominację – nadmiar i przerysowanie opisów nie działa na korzyść środowiska gejów. Przypomina się proza Witkowskiego, który z podobnym perwersyjnym stylem opowiadał o niewyżytych seksualnie „ciotach”. U Zygmunta dopełnieniem są naszkicowane emblematy ukazujące stosunek homoseksualistów. Literacki „magazyn pornograficzny” bezpośrednio pokazuje, jak mężczyzna zaspokaja seksualnie swojego partnera. Spektakularność przybliża prozę autora do poetyki brukowca, który ma przyciągnąć nie słowem, lecz obrazem. Oczywiście rysunki w „Latach...” nie mają decydować o całości, lecz nie da się zaprzeczyć, że kultura wizualizacji wytworzyła nowy aparat percepcyjny człowieka, nie bez przyczyny bowiem cytuje się słowa Sontag, że jeden obraz wart jest tysiąca słów. W tym przypadku jeden rysunek nie wart jest żadnego słowa.

Gej uznany został przez Zygmunta za kategorię, za pomocą której można oddać kondycję Polski. Za puentę zależności między seksualnością a polskością służy ilustracja Marka Polaka, który masturbuje się, gdy z jego pleców wyrastają skrzydła, nasuwające dwie konotacje. Orzeł kojarzy się z Polską – z odwagą i wolnością, anioł z kolei z niewinnością i czystością. Obojętnie, w którym kierunki skierowana zostanie interpretacja, obraz ma na celu wyszydzenie społeczeństwa polskiego, obnażenie ich z hipokryzji i sztucznej dewocji. Hasło „przedmurze chrześcijaństwa” jest wyłącznie sloganem i w dodatku już nie trendy. Marek Polak prowokuje do odpowiedzi na pytanie: jaki sens ma religijne obnoszenie się, skoro grzeszy się na każdym kroku. Zresztą w XXI wieku mamy do czynienia wyłącznie z pop-religią, ukazaną przez Zygmunta w ironicznym stylu: „Na ścianie jest faktycznie jakiś zaciek. W pierwszej chwili wydaje mi się, że to wilgoć z dachu utworzyła bezkształtną plamę, ale po chwili wyraźnie dostrzegam zarys chusty, kobiecą sylwetkę i delikatną, zatroskaną twarz patrzącą przed siebie smutnym wzrokiem. Przechodzi mnie dreszcze. Czuję strach, ale też głęboką radość. Klękam i patrzę na ten cud, którego – jestem tego pewien – nigdy nie zapomnę. Jak to się stało? – szepczę – jak to się stało, że pojawiła się tutaj, na takiej imprezie, w takiej pustce? (...) Na dziedzińcu faktycznie jest Madonna (...) Madonna jest kompletnie zdezorientowana, uśmiecha się głupio, wreszcie czarnym flamastrem wypisuje autograf na klatce piersiowej jednego z porno aktorów”.

W obrazie Polski z kolei nie ma miejsca na wybaczenie czy rozgrzeszenie, Zygmunt nie pozostawia złudzeń – puentą jest wyrażenie: „Uznać brud za polskie AIDS XXI wieku”. Pojawiające się w „Latach...” opisy Polski są esencją brzydoty, dziczy, głupoty i pijaństwa: „nasz mały, własny Czarny Ląd, jesień średniowiecza w pigułce”. Michał Polak cierpi na kompleks wschodniego zaścianka, podczas migracji uświadamia sobie, że bliżej Polsce do Afryki niż do Europy. Dodać można także kompleks drugiej Irlandii, wiążący się z wprowadzeniem toposu Polski jako surowego ojca, który obsesyjnie chce uczynić ze swojego dziecka „perfekcyjnie oszlifowany brylant”. Polskość rozumieć należy zatem jako przekleństwo – nawet jak wyjedziesz, to i tak wrócisz, nawet, gdy chcesz coś zmienić – nie jesteś w stanie.

Książka „Lata walk ulicznych” w jednej z recenzji została określona mianem podsumowania, zastanawiam się jednak: czego? Gdyby bowiem miało być reasumowaniem – jest zbyt uproszczone i jednostronne. Można potraktować seksualność i homoseksualizm w szerszym kontekście, by nie włożyć tej prozy do worka z literaturą gejowską. Jednak właściwie odnosi się wrażenie, że Michał Zygmunt nie stroni od tego. Ponownie ironicznie puszcza oko do czytelnika i zdaje się mówić: wiem, że ty wiesz, że to już wszystko było: migracja, Polska-supermarket, Jezus który został prezydentem i Janusz Hrystus, zbawiający świat – pozostaje tylko problem, co z tą wiedzą zrobisz, czy Madonna stanie się Madonną?
Michał Zygmunt: „Lata walk ulicznych”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2010.