Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (168) / 2010

Olga Knapek,

PRZYJEMNOŚĆ ODKRYWANIA

A A A
W okresie bożonarodzeniowego szaleństwa najlepiej sprzedają się bajki. Baśniowe historie znajdowane pod choinką to od lat kwintesencja dzieciństwa. Nawet w Hoffmanowskim „Dziadku do orzechów” po zachwytach nad mechanicznym domkiem dla lalek dzieci przysiadają nad nowymi książkami. Cieszą oczy kolorowymi obrazkami harmonijnie współgrającymi ze świątecznym kolorytem. Ale z czasem nawet takie dzieci dorastają. Wtedy spod choinek wyjmują zupełnie inne bajki.

Norman Davies stworzył kolejny opasły tom. Tym razem jednak można przypuszczać, że nie będzie on poświęcony wyłącznie Polsce. Brytyjski historyk postanowił odkryć przed swym wiernym czytelnikiem (bo jednak tego typu proza ma ograniczone grono odbiorców) odległe krainy i nieznane historie, słowem – stworzyć „Zaginione królestwa”. Autor uległ czarowi takich opowieści jak „Kod Leonarda da Vinci” albo „Skarb Narodów”. Postanowił odnaleźć bezcenne klejnoty historii, błądząc po mapach starodruków, nazw, imion, nazwisk… Urzeczywistnić chłopięce marzenia archeologiczne i odnaleźć historyczną Atlantydę – w każdym kraju inną. Osiemnaście opowieści, które przedstawia czytelnikom Davies, to tzw. małe historie. Raz możemy faktycznie szukać Camelotu króla Artura, innym razem przeczytać o Wolnym Mieście Gdańsku jako jednym z „zaginionych królestw”. Nie chodzi tutaj o wynajdywanie tylko i wyłącznie zaśniedziałych legend oraz o odnajdywanie w bibliotekach potwierdzających ich autentyczność pism, spisów, rejestrów czy dokumentów. W przypadku Gdańska aspekt zaginionego królestwa przedstawia się nieco inaczej – w odnajdywaniu tego, co zapomniane albo tłumione. W tym przypadku przez PIS: „Działając we dwójkę, razem ze swoją partią Prawo i Sprawiedliwość wykorzystali okazję, aby podkopywać demokratyczny ład ustanowiony po 1990 roku, grożąc wprowadzeniem autorytarnej czwartej Rzeczypospolitej i wymyślając nową historię współczesną Polski. Jeśli wierzyć szerzonej przez nich propagandzie, reżim komunistyczny nie został ostatecznie obalony w latach 1989-1999: przy pomocy Wałęsy został przekształcony w pseudodemokrację, w której liberałowie i spadkobiercy epoki komunistycznej mogli się bogacić kosztem ludu” (s.337) – czytamy. Davies rozwiewa tę PiS-owską mgłę, politykierstwo hitlerowskie czy inne historycznie nacechowane mydlenie oczu systematyzując, niemal katalogując fakty, zbierając wszystkie wydarzenia w jedną, kompletną całość historii zaginionych królestw.

W praktyce kształtuje się to trzyfazowo: każda historia składa się z trzech podrozdziałów. Pierwszy opisuje nam dane miejsce w Europie ze współczesnego punktu widzenia. Kolejny opowiada o tymże tytułowym zaginionym królestwie, które kiedyś najprawdopodobniej tam się znajdowało. Ostatni odnajduje te nieistniejące już dziś krainy w aktualnym kontekście, tradycji historycznej, czy po prostu pamięci o światach utraconych. Pytanie tylko, po co to wszystko. Pierwszy rozdział „Tolosa” jest napisany w sposób zachęcająco przystępny. Krótki, treściwy, z całą masą chwytliwych perełek stylistycznych. Przenosi nas do Vouillé we Francji i odnajduje tam echa przełomu między starożytnością a średniowieczem. Całość uzupełnia Davies nad wyraz ciekawym fragmentem charakterystyki Teodoryka II, władcy Tolosy (dziś Tuluzy), który „dobrze zbudowany, nadprzeciętnego, choć nie gigantycznego wzrostu, (…) gdy opuszcza powieki, rzęsy sięgają niemal do połowy policzków. Jak przystało na jego rasę, górna połowa uszu skrywa się wśród otaczających loków. Nos ma wytwornie orli, a wargi cienkie i nieprzesadnie wielkie” (s.27). Król bezsprzecznie budził emocje opisującego go biskupa, co dodatkowo dodaje pikanterii doborowi fragmentu przez Daviesa. Historyk kierował się zapewne upodobaniem jego czytelników do luźnego traktowania faktów historycznych. Fani Daviesa kupują jego książki nie głodni wiedzy, a szukający opinii, ciekawostek, innej historii – mniej szkolnej, a bardziej zdroworozsądkowej. Chwytliwej. Autor otacza w związku z tym swoje opowieści takimi elementami, które odwracają uwagę odbiorców od czysto historycznego wykładu o czasach minionych. Pojawiają się zatem (poza krypto-homoerotycznymi wątkami) piraci, król Artur i inne bajki, które dużym dzieciom umilają zderzenie z naukowym piśmiennictwem. Prozie Daviesa bliżej chyba do eseistyki niż artykułów akademickich w punktowanych czasopismach.

Czasem ten luźny styl bardzo się podoba, świeci dobrze napisanymi fragmentami, ciętymi ripostami, felietonową manierą bawienia czytelnika. Jednak miedzy tymi wierszami pojawiają się rażące wręcz trywializmy. Prawdy o życiu wypowiadane w stylu iście darwinowskim brzmią nieco tendencyjnie (s.93), ale nie czytamy przecież filozoficznych wypisów z teorii dziejów, a historyczną książkę o miejscach zapomnianych. Cała stylistyka książki Daviesa powinna stać się przedmiotem szczegółowej analizy – a jest co czytać! Kiedy przy okazji opisu jednego z gdańskich kościołów, i pośrednio losów Pomorza, autor „Bożego Igrzyska” sięga po metafory marynistyczne, wprost nie sposób nie docenić kunsztowności tego wyboru: „Wielka bazylika Mariacka – niegdyś symbol tożsamości katolickiej – stała się okrętem flagowym protestantyzmu” (s. 346). Innym razem używa Davies zabawek dużych chłopców przenosząc czytelników w krainy dziecięcych wypraw po skarb przywołując wcześniej wspomniane przeze mnie postaci piratów czy dodając znaczące epitety do nazw konkretnych plemion, np. „nieposkromieni bałtyccy Prusowie” (s.344). A jednak fragmenty, które urzekają najbardziej stanowią – niestety! – jedynie przerywniki w głównej narracji. Opisując małe historie (np. historię kodyfikacji prawa przez średniowieczne świeżynki chrześcijańskie) Davies przytacza świetne fragmenty kodeksów, zwracające dziś uwagę zwłaszcza tematyką, np.: „O kradzieży dziewcząt”, gdzie czytamy, że „kto dopuści się kradzieży dziewczęcia, zobowiązany jest zapłacić dziewięciokrotność ustalonej za nią ceny”, ale, co ciekawsze, „jeśli porwane dziewczę wróci nietknięte do rodziców porywacz winien sześciokrotnie pomnożyć kwotę należnego zadośćuczynienia”. Degradacja postępuje dalej: „Jeśli natomiast dziewczę z własnej woli szuka mężczyzny i uda się do jego domu, a on z nią obcuje, zapłaci on trzykrotność ceny wyznaczonej za jej poślubienie” (s.119). House wytłumaczyłby to zapewne tak: kradzież jest jak jazda autobusem bez biletu – albo nikt się nie zorientuje, albo płaci się kilka razy więcej niż za małą karteczkę z kiosku Ruchu. Zawłaszczenie dziewoi to jak jazda bez trzymanki. Konkury i proces zalecania się byłyby biletem, za który należy zapłacić. Wartość dziewczęcia mierzona jest w stosunku do jej stosunkowej atrakcyjności. Jeśli już porwana, a wraca nadal nietknięta, to najwyraźniej okres próbny nie wypadł dla niej pomyślnie. Zdecydowanie zmniejsza to jej cenę rynkową. Najniżej cenione są, jak widać, ladacznice, którym tęskno do męskich, opiekuńczych ramion. Powrót takowej na łono rodziny niweczy szanse na jej ewentualne zamążpójście więc i grzywna, którą rycerz musi zapłacić spada znacząco – wprost proporcjonalnie do wartości dziewczyny. Choć jak widać – nic za darmo i nawet taka okazuje się być droższa męskiemu portfelowi niż stateczna księżniczka czy szlachcianka czekająca cierpliwie w swojej wieży na ukochanego. A to wszystko jako przerywnik w odkrywaniu historii Burgundii – krainy, swoją drogą, ciekawszej z każdą kolejną stroną. Dziś, jak wiadomo, kojarzona bywa ona głównie z winem. Dziwne to, zwłaszcza dlatego, że we Francji dobrego wina ze świecą szukać, a w przeciwieństwie do włoskich francuskie trunki jedynie wino przypominają. A tu okazuje się, że Burgundia spiskowała politycznie z Włochami (to wychodziła za mąż za Toskańczyka, to wybijała monety w Rawennie) i wszystko staje się jasne: nieco o produkcji wina od krewkich Włochów musieli się Francuzi mimo wszystko nauczyć.

Można w podobny sposób streścić pozostałe rozdziały, lecz gdzie wówczas czytelnik miałby szukać przyjemności? Nie dla wyrafinowanych wszak analiz sięga się po książki Daviesa. Chodzi natomiast o radość odkrywania historii. Jak określa to sam autor: „przyjemność tkwi w samym pościgu” (s.132) i w szukaniu razem z nim „zaginionych królestw”, które w przeciwieństwie do bajek a la „Kod Leonarda” istniały naprawdę.

Martwi tylko jedna rzecz. Skoro sięga brytyjski uczony do aż tak zapomnianych legend, czyżby kończyły mu się tematy na kolejne opasłe wypisy z dziejów świata? Idąc tropem, który sam nam podsuwa, można zatem tylko spekulować, co będzie dalej. Ponieważ skomplikowana konstrukcja polityczno-topograficzna Cesarstwa z XI wieku liczyła w pewnym momencie ok. 365 księstw (s.137) nie pozostaje nic innego jak liczyć, że kolejną publikacją Daviesa będzie kalendarzyk z aforyzmami: Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego na każdy dzień. Pierwsza pobiegnę do księgarni!
Norman Davies: „Zaginione królestwa”. Tłum. B. Pietrzyk, J. Rumińska, E. Tabakowska. Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.