Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (168) / 2010

Kamila Czaja,

HIPNOZA I MELANCHOLIA

A A A
Na okładce „Wokulskiego w Paryżu”, najnowszej książki Krzysztofa Rutkowskiego, znajduje się… Krzysztof Rutkowski. Nie jakiś dziewiętnastowieczny kupiec, mający uchodzić za Wokulskiego. I nie Paryż, który za nic innego uchodzić nie musi. Fakt, że właśnie autor spogląda na czytelnika z obwoluty, uznać można za wyraźną wskazówkę: czytając ten zbiór esejów, wchodzisz, czytelniku, na terytorium Rutkowskiego. Wstępujesz na obszar, na którym to on ustala reguły. Od tego, na ile je zaakceptujesz, będzie zależeć ocena wystawiona książce. A nawet jeśli przyjmiesz zaproponowane zasady, możesz złapać się na myślach podobnych do tych, jakie opanowały w pewnej chwili Wokulskiego: „Wiedziałem, że Paryż jest dziwny, ale żeby był aż tak dziwny…”.

Warto więc poświęcić uwagę zarówno temu, o czym pisze Rutkowski w swoich esejach, jak i sztu(cz)kom stosowanych przez autora podczas oprowadzania czytelnika po różnych zaułkach: Paryża, duszy Wokulskiego, powieści Prusa.

Zalać robaka melancholii

„Lalka” jest powieścią o Warszawie – i tu większość czytelników Prusa postawiłaby kropkę. Ale nie Rutkowski, który zauważa: „»Lalka« jest powieścią o Warszawie podszytej Paryżem” (s.11), a w innym miejscu: „Lalka jest powieścią o Warszawie, ale wypełnia się sensem z powodu Paryża” (s.41). Czemu tak ważny według autora esejów jest pobyt Wokulskiego (niespecjalnie mającego powody do świętowania) w „ruchomym święcie”?

„Paryż stał się dla Wokulskiego balsamem i trucizną” (s.36). Najwyraźniej kupiec oderwany od Warszawy prezentuje w krótkim czasie i z dużą częstotliwością zachowania pozwalające na postawienie mu diagnozy. „Zdawało mu się [Wokulskiemu], że (…) jest jak zdeptany robak, który wlecze za sobą wnętrzności” – cytuje Rutkowski Prusa. Wielokrotnie pojawia się też przypomnienie, że bohatera toczył „rak duszy”. Autor esejów nie poprzestaje jednak na tych formułkach. Różne ujęcia acedii i melancholii (między innymi w świetnym eseju „Dusza drzemiąca z tęsknoty”) stają się kluczem do zrozumienia Wokulskiego. Antyczne koncepcje „czarnej żółci”, średniowiecznej „choroby mnichów”, czy „Żałoba i melancholia” Freuda pozwalają odczytać bohatera „Lalki” jako człowieka, który „żałował straty, której nie poniósł, bo też i nigdy nie chciał mieć tego, czego tak ogromnie żałował” (s.96).

W to główne założenie Rutkowskiemu świetnie udaje się wpasować bardziej szczegółowe obserwacje. Czytelnik poznaje Wokulskiego dzięki przechadzaniu się – niczym po Paryżu –esejach Rutkowskiego: to „czytanie przez chodzenie” (s.102). W faktach, że Wokulski w Paryżu głównie pije, spaceruje, znów pije i oddaje się rozpuście, autor śledzi drobiazgi (gatunki alkoholu, zwiedzane ulice) i okazuje się, że wszystko ma znaczenie. Każda postać, każda karafka, każde lustro. „»Lalka« jest arcydziełem symetrii i lustrzanych odbić, podwojeń i powidoków. Arcydziełem – ponieważ symetrie, podwojenia i powidoki nie są nachalne i nie są zupełne, ujawniają się i kryją w mitach, przepowiadanych z nadzwyczajną subtelnością” (s. 8).

W takim razie Rutkowski jest arcymistrzem tropienia tych subtelności i odsłaniania mitów. Oprócz przywoływanych, zbieranych po różnych wiekach wersji acedii czytelnik znajdzie w esejach na przykład reinterpretację typowego rozumienia postaci Erosa, koncepcję mitu Pigmaliona, skrajnie odmienne oblicza Apollina. Pisarz, uwypuklając warstwę mityczną, nie zaniedbuje innych kontekstów. W niektórych miejscach robi z Wokulskiego Księcia Bezdomnego, Belizariusza czy de Nervala. Szuka analogii do Giffarda (poza tą oczywistą, że Wokulski leciał jego balonem), Balzaca, Benjamina, astrofizyków. Wokulski to pijak, poeta i flâneur (bardzo sugestywny esej „Picie paryskie”), a Izabela to „nimfa wbrew woli”. Psychoanaliza koegzystuje z „Ucztą” Platona, gdzie „całe towarzystwo (z wyjątkiem Sokratesa) było albo ciężko pijane, albo ciężko skacowane” (s.129-130). Natomiast zaczerpniętym od XIII-wiecznego medyka z Montpellier sposobem na nieodwzajemnione uczucie okazuje się starucha, która przy chorym z miłości gada, że „umiłowana ma parchy”, a potem opowiada jeszcze mniej przyjemne rzeczy.

Rutkowski znajduje też miejsce na podsunięcie czytelnikowi punktów do rozwinięcia: „Wokulski w kawiarniach i restauracjach (…) Kilka słów, nienapisana powieść” (s.122). Sam inspirująco analizuje intrygujące drobiazgi. Na przykład ze zdania Prusa: „Na następnej stacji ktoś wsuwa mu [Wokulskiemu] w rękę cały zwitek banknotów i jadą dalej” wysnuwa rozdział o bohaterze „Lalki” jako o zmarłym przeprawiającym się do Paryża jak przez Styks (w ostatnim, moim zdaniem najciekawszym, eseju „Podróż z obolem w dłoni”). Przedstawienie tylko tej niewielkiej części zawartości książki może sprawiać wrażenie absolutnego chaosu. Jak Rutkowski, przy takim nagromadzeniu kulturowych tropów, które wydają się zadeptywać nawzajem, osiąga tak przekonujący efekt?

Rutkowski – Palmieri i Geist

Nie tylko cytaty w „Wokulskim w Paryżu” pochodzą z różnych wieków i dziedzin. Także pod względem stylu trudno szukać u Rutkowskiego spójności. Kunsztowne zdania, czasem dziesięciokrotnie złożone, poważne, wypełnione nietłumaczoną w przypisach łaciną czy francuszczyzną. A obok: krótkie, dynamiczne sformułowania, narzucające bardzo szybki rytm lektury, w której chwilami trudno wyhamować, poczucie humoru, sformułowania typu „Apollin (…) wyciął jej i taki numer” (s.64) i bezpruderyjne dywagacje: „Czy Wokulski mógłby się kochać z Izabelą Łęcką?” (s.22).

Czytelnik wielokrotnie, czytając jakiś esej, może zadawać sobie pytanie: „A co to ma do rzeczy?”, by przekonać się po chwili, że owszem ma i to bardzo dużo – tyle tylko, że Rutkowski nie zamierza informować o tym wprost i od razu. Odpowiedź na zadane kilkadziesiąt stron wcześniej pytanie pojawia się nagle, jakby mimochodem. Niektóre myśli wracają nieco przeformułowane kilka esejów później. A wszystko to w oprawie wielkiej erudycji, która nie czuje powołania, by ułatwić odbiorcy sprawę. Niektóre z licznych cytatów są przypisane konkretnemu dziełu, niektóre tylko autorowi. Inne, chociaż zaznaczone cudzysłowem, wcale nie posiadają u Rutkowskiego autora (jak długi fragment „Gdy szedłem raz wieczorem” Audena, napisany – chyba dla niepoznaki – bez podziału na wersy [s.58]) lub wcale nie zostają wyróżnione jako cudze („Apollo i Marsjasz” Herberta [s.50]).

Rutkowski jest zatem mocno perswazyjny („wiem na pewno”), doskonale kieruje emocjami czytelnika, by ten podążał wytyczoną przez dany esej ścieżką, ale przy tym zastawia na czytelnika pułapki samodzielności – dużo trzeba sobie dopowiedzieć, pewnych cytatów poszukać, inne przemyśleć, gdyż zostają nieobjaśnione. Rutkowski, wędrując po tematach, gwarantuje sobie całkowitą wolność pisania („I jeszcze Klages, chyba Klages, a może Goethe, nie będę sprawdzać, nie chcę sprawdzać, napisał […]” [s.25]). Wszelka dowolność jest jednak uzasadniona i wynika z autorskiej koncepcji czytania: „Astrofizycy powiadają, że ciemność nieba jest w istocie jasnością, która do nas nie dotarła. (…) Zobaczyć w ciemności światło, które stara się do nas przebić – znaczy być odważnym. Znaczy być czujnym. Znaczy: pojąć swój czas. Pojąć swój czas w lekturze arcydzieła przepełnionego światłem domagającym się zaświecenia. Jasność pod ciemnością nie jest ciemnym świecidłem złych mocy, lecz obecnością Niegdyś w Teraz. Jest wyzwaniem dla czytelnika współczesnego” (s.132). Co ciekawe, koncepcja ta najwyraźniej działa w obie strony, bo w innym miejscu pojawia się stwierdzenie: „Prus, wielki czytelnik Stendhala, którego jeszcze czytać nie mógł” (s.122).

Rutkowski wybiera pewne fragmenty i je rozświetla. Chwilami pojawia się wrażenie, że mocno narzuca swój wybór fragmentów i swój sposób rozświetlania, ale przecież można podjąć wyzwanie i przejść samemu do innych miejsc ciemnych. A i wersję Rutkowskiego warto poznać – a może nawet choć trochę w nią uwierzyć. Autor zdaje się magnetyzować czytelnika niczym paryski Palmieri, przez którego Wokulski zwątpił w prawdę. Jednak ten natłok cytatów, koncepcji i nawiązań układa się w oczach zahipnotyzowanego czytelnika w bardzo spójny obraz. Jest więc Rutkowski także trochę profesorem Geistem, który, jak pisze Prus, stworzył „transcendentny metal”, a naukowcy „mówili, że mając do wyboru między pogwałceniem »praw natury« a złudzeniami własnych zmysłów, wolą nie dowierzać zmysłom”. Czytając „Wokulskiego w Paryżu”, lepiej zaufać zmysłom. Co nie powinno przeszkodzić w trzeźwym przemyśleniu później tego, co się widziało na kartach tej – bardzo udanej – książki Rutkowskiego.
Krzysztof Rutkowski: „Wokulski w Paryżu”. Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010.