ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (168) / 2010

Adrian Mrówka,

POD OSTRZAŁEM, CZYLI O „SŁOWO-BICIU”

A A A
Śmiało można stwierdzić, że nadrabiamy wydawnicze zaległości. Po trzynastu latach od ukazania się oryginalnej wersji „Walczących słów” Judith Butler („Excitable Speech: A Politics of the Performative”) nadeszła pora na wydanie polskojęzyczne. Pomimo że postać Butler polskiemu czytelnikowi została przedstawiona bliżej w 2008 roku, a to oczywiście dzięki ukazaniu się „Uwikłanych w płeć” (wcześniej przetłumaczono i opublikowano jedynie kilka artykułów pochodzących z różnych prac autorki), to wciąż można odnieść wrażenie, że pozostaje ona badaczką niedocenioną, zasadniczo nieobecną w fundamentalnym dyskursie akademickim, ewentualnie postrzeganą przez pryzmat wyobrażeń jako o tej, którą czytają „wywrotowcy”. „Walczące słowa” – jeśli trafią w ręce nie tyle „genderowców”, co po prostu humanistów (oby też i językoznawców…) – swoim potencjałem mogą odświeżyć pewne skostniałe i „oczywiste” porządki myślenia oraz wskazać na te aspekty sprawczości języka, które powszechnie funkcjonują jako „niewidoczne” (a więc, w rzeczy samej, nie funkcjonują wcale).

»Walczące słowa« – jak notuje w swojej recenzji Julia Kristeva – wkraczają na niepewny grunt teorii performatywu”. I rzeczywiście, praca Butler jest odważną próbą podjęcia niezmiernie drobiazgowej analizy języka jako narzędzia polityki i władzy. Stawia liczne pytania, uderza w „esencje”, szuka nowych argumentów. Autorka czerpie z dorobku Johna L. Austina, Sigmunda Freuda, Jacquesa Lacana, Michela Foucaulta, Pierre’a Bourdieu’a, Jacquesa Derridy czy Jürgena Habermasa, a także sięga do wielu opracowań badaczy amerykańskich, które polskiej nauce są przeważnie mało znane, bądź nieznane są w ogóle. Zdecydowanie mocną stroną książki jest jej odwoływanie się do prawoznawstwa, analizowanie wybranych spraw sądowych oraz ich przebiegów, jak i samo badanie konkretnych ustaw czy przepisów pod kątem czysto retorycznym. Dyskursy teoretyczne splatają się w niej z działalnością praktyczną, co pozwala Butler doszukiwać się rozbieżności między prawem i jego realizacją, a w konsekwencji umożliwia jej pracowanie na „uwierających” dysonansach.

„Być zranionym przez mowę – pisze we wstępie autorka – to doświadczyć utraty kontekstu, to znaczy nie wiedzieć, gdzie się jest” (s.12). Wezwanie kogoś, nadanie mu/jej konkretnego imienia-przezwiska, oznacza dokonanie pewnego rodzaju interpelacji, usta(no)wienia cudzej podmiotowości. Pokazanie komuś, „gdzie jest jego/jej miejsce”, świadczy – jak sugeruje Butler – o odebraniu mu/jej miejsca, o banicji i przymusie symbolicznego dryfowania po marginesach „przeklętych”. Kwestia performatywna w ujęciu badaczki jest jednak o wiele bardziej skomplikowana, bo w gruncie sprawy „ten, kto nazywa, kto wykonuje w języku pracę znalezienia imienia dla innego, sam jest już z założenia kimś nazwanym (…). Wskazuje to, że podmiot w języku zajmuje pozycję wzywanego i wzywającego zarazem i że sama możliwość nazywania zakłada, że już się zostało nazwanym” (s.40). Nazywanie ma swój związek z traumą, wyprzedza samoświadomość podmiotu nazywanego i sytuuje go w porządku starszym od niego samego, a następnie zmusza go do zmierzenia się z historią predykatu. Władza aktu nazywania działa bez obecności konkretnej osoby, wyznacza jej status w trakcie własnej praktyki. „Podmiot używający mowy nienawiści jest bez wątpienia odpowiedzialny za to, co robi, ale rzadko jest autorem tego, co mówi” (s.45). Nazwa jest wynikiem konwencji i – co pokazuje Butler – ma charakter cytatu, powtórzenia. Pewnego ratunku przed signifiant autorka doszukuje się w pracy przeobrażania znaczeń, w poszerzaniu obszaru językowego. Pisze: „Przeobrażanie znaczeń w mowie wymaga otwarcia nowych kontekstów, mówienia na wiele sposobów, które nigdy dotąd nie były prawomocne, a tym samym tworzenia prawomocności w nowych, należących do przyszłości postaciach” (s.53).

Jeśli Austin uznał pierwszeństwo podmiotu wobec jego własnej wypowiedzi, to Butler robi coś zupełnie przeciwnego i sytuuje podmiot w pozycji będącej następstwem komunikatu. Pisze – w ten sposób można to odczytać – o pewnej pokorze względem języka, którego sprawczość nie jest wynikiem przyzwoleń czy intencji osoby, lecz właściwie sama osoba pozostaje wytworem sprawczości języka. „Podmiot wypowiadający społecznie raniące słowa – uściśla Butler – poruszany jest przez ów długi szereg krzywdzących interpelacji: cytując ową wypowiedź, podmiot uzyskuje pewien tymczasowy status, inscenizując siebie jako źródło tej wypowiedzi. Podmiot-efekt jest jednak następstwem samego faktu cytowania. Jest pochodną opóźnionego w czasie błędnego podstawienia, za pomocą którego przywoływane w wypowiedzi dziedzictwo interpelacji maskuje się jako jej podmiot i źródło” (s. 61). Kara musi zostać wymierzona w podmiot, tylko on może być zraniony, a więc odwoływanie się do podmiotu jako sprawcy jest oczywistym przyznaniem mu władzy, która „czyni”, natomiast pierwszorzędna performatywność języka uchodzi w ogólnym rozumieniu za kwestię niezauważalną/nieistniejącą. Zapomina się też o tym, że osoba wypowiadająca „walczące słowa” jest przede wszystkim reprezentantem wspólnoty pewnego rodzaju mówców, przedłużeniem konwencji, z kolei traktowanie jej jako autora/autorki raniącego komunikatu wydaje się po prostu nieświadomym pewnych mechanizmów problematem.

Krytyka języka polityki i prawa przedstawiona przez Butler wiąże się z analizami tego, co wypowiadalne, jak i tego, co nie do wypowiedzenia. Władza, która określa państwo, sprzyja językowi nienawiści o tyle, o ile reguluje mowę jako czyn, wymierzanie kary czy pozbawianie wolności. Państwo nie tylko ustanawia to, co publiczne i akceptowalne, ale także decyduje o tym, co zostanie uznane za suwerenne. „Ktoś, czyj akt mowy zostaje wyciszony, nie może skutecznie posługiwać się performatywem” (s.102). Odebranie komuś możliwości autonomicznego wypowiadania się – stwarzania – nadaje mu/jej rolę niemoty, kogoś, czyje „nie” bądź „tak” nie ma żadnego znaczenia. Państwo wspiera i powołuje do istnienia tylko takie reguły, które świadczą o pewnej ich uniwersalności. Norma, jako zagadnienie, jest dla Butler kategorią wyjątkowo podejrzaną i dyskursywną, charakteryzującą się ambiwalencją. Jest ona konstytuowana za pomocą odniesień do wszelakich inności, bez których nie mogłaby zostać scalona i zamknięta. Przemawianie w imieniu normy niesie w sobie jednak swoistą hipokryzję, gdyż wiąże się z dokonywaniem „przekładu” tego, co konwencjonalne, na to, co osobiste. Takie rozdwojenie uświadamia, że „wypowiedź nie w każdym miejscu ma to samo znaczenie, a nawet że wypowiedź stała się sceną konfliktu. (Do tego stopnia, jak się okazuje, że dążymy do ścigania wypowiedzi po to, aby wreszcie »ustalić« ich znaczenie)” (s.108). Wcielenie mowy nienawiści przez państwo musi też odbyć się na zasadzie regulacji, zawłaszczenia przez władzę sądowniczą, która określa, czy dana mowa ma możliwość uchodzić (w pewnych aspektach) za nienawistną. To państwo również, pracując na wartościach oraz perspektywach „zapożyczonych”, podtrzymuje piętno wytarte na poszczególnych predykatach i ich zakresach (potępiając je lub respektując), obiera ono także taki kąt patrzenia, który wynika z powszechnie panującej normy (prawnej).

Cenzura służy jako swego rodzaju moderator języka, ustalający to, co „zrozumiałe”. Wyprzedza wypowiedź/tekst i dzięki temu nadaje jej/mu czytelność. „Mówiący podmiot – notuje Butler – podejmuje decyzję jedynie w kontekście z góry wytyczonego pola językowych możliwości” (s.149). Cenzura jest produktywną postacią władzy, strukturą spełniającą konkretne cele oraz modelującą uprawomocnienia. „Twierdzę – pisze autorka – że celem cenzury jest wytwarzanie podmiotów na podstawie jawnych i ukrytych norm i że produkcja podmiotu jest najściślej związana z regulacją mowy. Wytwarzanie podmiotu odbywa się nie tylko poprzez regulację jego lub jej własnej mowy, lecz także przez regulację społecznej dziedziny tego, co wypowiadalne” (s.153). Cenzura zakreśla dodatkowo płaszczyznę potencjalnych alternatyw, ustala optykę oglądu i analizy, ale jednocześnie jest czymś, z ram czego wypowiedź/tekst zawsze w jakiś sposób się wyłamuje („się wylewa” – jak uznała Hélène Cixous; czy „się rozplenia” – co zauważył Jacques Derrida). Aby potencjalny podmiot mógł „wejść” w język, musi spełnić wymogi jego normatywności. Jeśli natomiast wypowiada się w sposób „niemożliwy”, oznacza to, że praktykuje pewnego typu bełkot, mowę będącą nie-mową. Oczywiście dyskwalifikuje to go/ją jako podmiot „sprawczy”, a także odbiera mu/jej wiarygodność (czy w ogóle pozbawia prawa głosu).

Język nienawiści charakteryzowany jest przez takie akty mowy i takie konteksty, które trudno podważyć. Jest też elementarnym wyznacznikiem hegemonii, politycznej struktury zespolonej. Pozostaje głęboko zakorzeniony w zbiorowej wyobraźni i nieświadomości, jak i dodatkowo, w pewnym sensie, charakteryzuje go osobliwa Derridiańska iterowalność. „Dlatego właśnie zadawanie pewnych pytań – dopowiada Butler – uchodzi za niebezpieczne, dlatego żyjemy w czasach, gdy praca intelektualna jest w życiu publicznym pomniejszana, antyintelektualizm zaś naznaczył w dużym stopniu nawet klimat panujący w świecie akademickim” (s.186).

„Walczące słowa” to książka ważna. Wymaga jednak od czytelnika pewnej otwartości, przesunięcia w sobie niektórych granic, uważnego śledzenia „wielości”. Język Butler, oprócz tego, że jest demistyfikujący, jest przede wszystkim językiem propozycji. Autorka skrupulatnie rozsupłuje „prawdy”, niemalże palcem wskazuje na zagadnienia budzące reperkusje. Styl, jakim się posługuje, jest niezwykle rzetelny, konsekwentny, erudycyjny, a jednocześnie nie narzuca jakiejś „podejrzanej” ideologii. Z jednej strony może uchodzić za buntowniczy, sporny, z drugiej – sprawia też wrażenie pokornego, konkretnego i wsłuchanego w style innych.
Judith Butler: „Walczące słowa. Mowa nienawiści i polityka performatywu”. Przeł. A. Ostolski. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2010 [seria: „Idee”, t. 24].