Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (169) / 2011

Michał Paweł Urbaniak,

OSTROŻNIE Z ETYKIETKAMI

A A A
Marzena Lizurej napisała w sarkastycznym komentarzu do własnej instalacji: „Lesbijek nie ma. Brzydkie stare panny, których nikt nie chciał, zepsute do szpiku kości nimfomanki, nienawidzące mężczyzn i całego świata, bo ktoś je kiedyś skrzywdził albo nikt nich porządnie nie przeleciał. To nie są prawdziwe kobiety. Lesbijek nie ma. Podlegają one podwójnemu wykluczeniu. Kiedy mówi się o kobietach, wspomina się matki, żony i kochanki; nie myśli się o lesbijkach. Kiedy mówi się o homoseksualistach, wspomina się gejów, pedałów i cioty, nie myśli się o lesbijkach. Lesbijek nie ma” (tekst opublikowany w książce „Homofobia po polsku”[1]). Ciągnąc te wywody, można zapytać: a co z literaturą lesbijską?

Nadużyciem byłoby stwierdzenie, że jej nie ma. Jednak - nawiązując poniekąd do słów Lizurej – o ile polska literatura gejowska ma się całkiem dobrze (wystarczy choćby przypomnieć casus „Lubiewa” czy stanowiącą niejako jego pokłosie „gejowską jesień 2007”), o tyle rodzima literatura lesbijska ostatnich lat ledwo istnieje. Wśród przedstawicielek tego nurtu najbardziej znana jest Ewa Schilling, która w najnowszej książce opisuje życie lesbijek we współczesnej Polsce. Witkowski w „Lubiewie” uwiecznił „Wielki Atlas Ciot Polskich”, Żurawiecki poprzez „Ja, czyli 66 moich miłości” chciał stworzyć „wielką narodową epopeję gejowską”. Czy Ewa Schilling wypełni ową lukę po lesbijskiej stronie polskiej literatury?

Te trzynaście opowiadań, na które składa się „Codzienność”, wymyka się jednoznacznym etykietkom, trudno w nich znaleźć jakiś wyrazisty wspólny mianownik. We wszystkich oddaje się głos – czy raczej spojrzenie na rzeczywistość – kobietom, które łączy bynajmniej nie orientacja seksualna, ale osamotnienie, bliżej nieokreślony wewnętrzny niepokój, nieumiejętność poradzenia sobie ze sobą i własnym życiem, a wreszcie osadzenie w nieprzyjaznym, monochromatycznym świecie (przywodzącym nieco na myśl ten z opowiadań Marka Nowakowskiego).

W tej jednowymiarowej, przepełnionej marazmem codzienności rozgrywają się najróżniejsze dramaty. Każda z bohaterek musi się zmierzyć z rozmaitymi demonami: wyrzutami sumienia (Alina), śmiertelną chorobą najbliższej osoby (Emilia), niespełnieniem (Teresa), tkwieniem w czyimś cieniu (Wanda), nieumiejętnością poukładania sobie życia (Justyna), zafałszowanym szczęściem (Bożena), kryzysem wiary (Julia) czy bolesną przeszłością (Małgorzata). To zupełnie nieskomplikowane historie osadzone w niemal zupełnie pozbawionej patosu przestrzeni, w której śladowa podniosłość towarzyszy wszechobecnej zwyczajności. Marzenia rymują się tu z parówkami-berlinkami, śmierć z klasówką z matematyki, a miłość z niedopałkami papierosów. Opowieści Schilling można nazwać prostymi, a nawet nierozważnie posądzić o banalność. Jednak – chciałoby się powiedzieć – czy takie właśnie nie jest życie? Dramaty codzienności przytrafiają się każdemu i rozgrywają się w tych pustych, koszmarnie tandetnych, mało porywających dekoracjach. Zazwyczaj sprowadza się to do jednego momentu, urywka z życia, w którym wszystko zostaje zdecydowane: albo rodzi się nadzieja, albo zawala się świat. Właśnie te chwile wychwytuje Schilling, aby przedstawić je z niezwykłą subtelnością i wyczuciem. „Jej życie, czy może tylko jej obraz siebie, rozsypał się na tysiące migotliwych okruchów i czuła się tak zagubiona, jakby brodziła w nich, nie dostrzegając nigdzie punktu zaczepienia. Może mogłaby je pozbierać, ułożyć na nowo w inny obraz – niektóre fragmenty zdawały się pasować do siebie. Musiałaby mieć na to dużo czasu i samotności – ale byłaby w stanie to zrobić. A jeśli nie?”.

Nie bez przyczyny tytuł tego zbioru eksponuje aspekt rzeczywistości, a nie na przykład lesbianizm postaci. Same bohaterki opowiadań zdają się ledwie naszkicowane, wręcz czasem przysłonięte przez swoje przeżycia i dylematy. Bo tu właśnie nie o konkretne osoby chodzi, a o rzeczywistość, o historie, które mogły się zdarzyć (i zdarzają się) każdemu bez względu na wyznawane wartości. To sprawia, że „Codzienność” właściwie sytuuje się w kręgu prozy poruszającej uniwersalne kwestie, wobec których wszyscy są równi - a zatem zasadniczo zostają zniesione podziały.

Czy opowiadania Schilling można zaliczyć do literatury lesbijskiej? Trudno bezsprzecznie wyrokować. Być może należałoby zapytać o tożsamość seksualną bohaterek. Niektóre z nich są lesbijkami (zadeklarowanymi, jeszcze nieświadomymi bądź uciekającymi przed własną odmiennością), niektóre nie (na przykład Weronika, która jest tylko matką lesbijki), niektóre wreszcie zupełnie nie podlegają jednoznacznym określeniom. A jednak wszystkie – bez względu na orientację seksualną – łączy potrzeba uczucia, wszystkie - mniej lub bardziej otwarcie – tęsknią też za jednością kobiet, żeńskim przymierzem czy - mówiąc bardziej dosadnie - światem bez mężczyzn.

Każda męska postać u Schilling pozostaje jednowymiarowa (ale też żadna nie zostaje tak naprawdę dopuszczona do głosu) i niesie ze sobą z góry określone wartości. Mężczyźni są zaślepieni przez reguły fallocentrycznego modelu życia, wykazują dominację, bywają brutalni, ograniczeni, obłudni, a wreszcie – grzech to chyba najmniejszego kalibru, choć znaczący – nie rozumieją swoich życiowych partnerek. W tych krótkich utworach to właśnie damsko-damskie związki zostają uprzywilejowane, przy czym relacje poszczególnych kobiet często opierają się jedynie na specjalnej więzi, opiece, fascynacji a niekoniecznie na seksie: przyjaciółka wspiera przyjaciółkę, córka tkwi przy matce, jedna bohaterka przychodzi innej na pomoc (czasem na zasadzie zwyczajnego deus ex machina).

Mimo wszystko większość z nich pozostaje nieuprzywilejowanymi niewolnicami heteronormatywnego świata, a nawet jest przez ten świat po gombrowiczowsku upupiana, jak w przypadku Teresy, której rodzice wypominają wieloletni, zakończony rozstaniem związek homoseksualny: „karygodne, Teresko, i takie niedojrzałe, ale nie przywiązujmy do tego zbyt wielkiej wagi. Teraz będziesz już grzeczna. To była tylko druga kobieta, tylko dwanaście lat, możesz jeszcze złapać męża, tylko na dzieci już za późno”. Ponadto okazuje się, że nawet trwały lesbijski związek nie zapewnia bezpieczeństwa - w ułożone życie Kaliny i jej partnerki wdzierają się natarczywi policjanci, odkrycie przez Bożenę, że nie żyje tak, jak naprawdę chce, do niczego nie prowadzi, a uczucie Agaty i Anny zostaje zniszczone przez bezmyślnych znajomych. Zwycięstwo nigdy nie jest możliwe i nawet jeśli jakieś zakończenie sugeruje po bajkowemu długie i szczęśliwe życie, to zostaje ono osnute na dosyć miałkich podstawach.

Pytanie o to, czy „Codzienność” może być uznana ze zbiór opowiadań lesbijskich, wydaje się zasadne również dlatego, że orientacja seksualna „wyróżniająca” bohaterki – jak już sygnalizowałem - zdaje się gdzieś rozpływać, ponieważ albo została już ukonstytuowana, albo dopiero się budzi. Lesbianizm schodzi z pierwszego planu, przestaje mieć znaczenie, rzadko staje się bezpośrednią przyczyną konfliktu czy to ze strony świata, czy wewnątrz samych bohaterek. Orientacja seksualna Małgorzaty stanowi wynik traumatycznego dzieciństwa spod znaku molestowania seksualnego (a to ono – czy raczej powtarzalność pewnych destrukcyjnych mechanizmów - jest właściwym przedmiotem opowiadania). Dla rodziców Moniki mniejsze znaczenie ma to, że dziewczyna jest lesbijką, natomiast zgorszenie wywołuje fakt, że związała się z żoną ich przyjaciela. Nie ma przesłanek, które wskazywałyby na lesbianizm Wandy - ona po prostu żyje w cieniu sławnego partnera, aby po jego śmierci dokonać aktu zemsty (motyw niemal przepisany z „Żony Adama” Moniki Rakusy). Bożena – której seksualność jest kwestią sporną - pada ofiarą tradycyjnego systemu wartości, więc nie umiejąc go przełamać, zostanie przy mężu i przykładnie urodzi dziecko. Z kolei Justyna przerwie nie dający jej satysfakcji heteroseksualny romans i zaryzykuje spełnienie przy kobiecie.

Jednak dlaczego Schilling czyni z orientacji swoich bohaterek sprawę prawie marginalną? W dzisiejszej literaturze mniejszości seksualnych to przecież zasadniczo podstawowa kwestia, również ze względu na walkę z brakiem tolerancji (zazwyczaj wynikającym z niewiedzy). We współczesnej prozie gejowskiej mężczyźni określają swoją osobowość przede wszystkim poprzez homoseksualizm lub w opozycji do niego (tak jest w „Śmierci w darkroomie” Pasewicza, „New Romantic” Zygmunta, „Berku” i „Bierkach” Szczygielskiego), a powieściowe konflikty wynikają właśnie z takiej orientacji seksualnej i jej niezrozumienia. Schilling przesuwa ten środek ciężkości w stronę spraw bardziej uniwersalnych, stąd jej bohaterki w większości są w pierwszej kolejności kobietami i więźniarkami określonej organizacji świata, a dopiero później lesbijkami. Czy jednak czyniąc z ich orientacji drugorzędną kwestię, autorka „Lustra” nie wpada tym samym w pułapkę? Czy nie opisuje tych lesbijek, których – nawiązując ponownie do tekstu Lizurej – po prostu nie ma? Raczej nie. Wydaje się, że przedstawienie poszczególnych kobiet w ich codzienności wyznacza od razu miejsce samej seksualności jako dodatku, a nie zasady organizującej całe życie i wymagającej ciągłego tłumaczenia.

Ewie Schilling nie udało się z „Codzienności” zrobić „Wielkiego Pocztu Współczesnych Lesbijek Polskich”, chyba dlatego, że nie to stanowiło jej cel. Autorka „Głupca” zwyczajnie bagatelizuje orientację seksualną większości swoich bohaterek, co sprawia, że trudno bez zastrzeżeń określić jej prozę mianem lesbijskiej. Jednak wydaje się, że takie ujęcie nie tylko otwiera „Codzienność” na inne odczytania, ale służy niejako przeskoczeniu konwencji w polskiej literaturze mniejszości seksualnych i również – podobnie do innej literatury tego nurtu - może uczyć tolerancji. Poruszane przez Schilling kwestie dotyczą w gruncie rzeczy nie tylko lesbijek, ale każdego bez względu na płeć czy orientację, co pokazuje, że wszyscy jesteśmy sobie równi.

[1] M. Lizurej: „Lesbijki? Przecież nas nie ma! (komentarz do instalacji)”. W: „Homofobia po polsku”. Red. Z. Sypniewski, B. Warkocki. Warszawa 2004.
Ewa Schilling „Codzienność”. Korporacja Ha!art. Kraków 2010.