Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (169) / 2011

Magdalena Kempna-Pieniążek,

Z ARCHIWUM OBRAZÓW

A A A
„TRON” Stevena Lisbergera z 1982 roku, choć jego fabuła może obecnie bawić, a efekty specjalne budzić pełen politowania uśmiech, na stałe wszedł do historii kina. Do dziś jest to film wymieniany we wszelkich opracowaniach dotyczących pierwszych obrazów rzeczywistości wirtualnej i wykorzystania motywu gier komputerowych w konstruowaniu filmowej fabuły. Wyświetlanemu obecnie na ekranach kin sequelowi tego dzieła, filmowi debiutanta Josepha Kosinskiego „Tron: Dziedzictwo” nie będzie raczej dane powtórzenie chlubnego losu swojego poprzednika. O ile bowiem w przypadku oryginalnego „TRON-a” można było mówić o pewnym przełomie, o tyle najnowszej produkcji Disneya klasyfikacji takiej przypisać nie sposób. Co bynajmniej nie znaczy, że filmu tego nie warto oglądać. Wręcz przeciwnie: skoro dzieła Kosinskiego nie da się uznać za przełom, to może warto spróbować dojrzeć w nim rodzaj podsumowania pewnych tendencji szczególnie ekspansywnych w kinematografii ostatnich lat.

Trójwymiar, oczywiście

„Tron: Dziedzictwo” realizuje model współczesnego widowiska w obowiązkowym formacie 3D. O tym, że ta formuła kina staje się synonimem współczesnej rozrywki w jej najbardziej konsumpcyjnym wymiarze, świadczy nie tylko olbrzymi kasowy sukces „Avatara” Jamesa Camerona (2009) czy kompulsywne wręcz dorabianie przez wielkie wytwórnie trzeciego wymiaru do produkcji, które z założenia miały być „zaledwie” dwuwymiarowe (tak jak „Alicja w Krainie Czarów” Tima Burtona, 2010). Świadczą o tym również takie fenomeny (czy może raczej kurioza) jak wyświetlany przed projekcją „Trona” zwiastun „Bitwy warszawskiej” Jerzego Hoffmana – pierwszej polskiej produkcji trójwymiarowej (zwiastun, co ciekawe, prezentowany był w formacie 2D). Wydaje się, że obecnie trudno myśleć o realizacji blockbustera bez uwzględnienia formatu 3D. Wyjątkiem (niekoniecznie chlubnym) od reguły jest pierwsza część siódmej części (jakkolwiek dziwacznie to nie brzmi) „Harry’ego Pottera”, która – wbrew zapowiedziom – ukazała się w formacie 2D, z informacją jednak, że wielkie starcie młodego czarodzieja z Lordem Voldemortem będzie można już oglądać na pewno w wymiarach trzech.

„Tron” jest jednak (może i niedoskonałą) realizacją czegoś, na co czekaliśmy już podczas premiery „Avatara” (który sprostał tym oczekiwaniom jedynie częściowo). Chodzi o uczynienie z trójwymiarowości kolejnego elementu filmowego języka, wykorzystywanego świadomie i z rozmysłem. W „Tronie” to świadome wykorzystanie opiera się na zasadzie prościutkiej, ale jednak poniekąd odważnej: mamy oto dwa światy – rzeczywisty (choć może to nie najlepsze słowo) i wirtualny (środowisko Sieci, GRID). Pierwszy z nich oglądamy standardowo w dwóch wymiarach, drugi jest już domeną trójwymiarowości. Bardzo dziwne to przesunięcie: wszak trójwymiarowa percepcja jest bliższa naszemu codziennemu doświadczeniu. To w tak zwanym „realu” postrzegamy rzeczy w trzech wymiarach, w odróżnieniu od – przynajmniej jeszcze do niedawna – filmowych czy telewizyjnych projekcji. Czy znaczy to, że dla bohaterów filmu Kosinskiego, Sama Flynna (Garrett Hedlund) i jego uwięzionego w Sieci ojca, Kevina (Jeff Bridges), rzeczywistość wykreowana jest bardziej realna niż ta dana niezapośredniczonemu medialnie doświadczeniu? Wszak w filmie „zaledwie” dwuwymiarowe są także wspomnienia (a więc mentalne projekcje) Kevina, w tym i te związane z jego synem. Co zatem byłoby tutaj projekcją czego? Czy świat Sieci w istocie stanowi z założenia bardziej doskonałą projekcję świata „na zewnątrz”, czy też to ów świat zewnętrzny stanowi niedoskonałą, bo zaledwie dwuwymiarową, projekcję Sieci?

Być może jakiekolwiek dywagacje na ten temat muszą prowadzić do niepotrzebnego nadbudowywania interpretacji nad czymś zasadniczo prostym – wszak włączenie trzeciego wymiaru w prezentowaniu Sieci wymuszają kwestie czysto ekonomiczne: to w tym środowisku rozgrywają się najbardziej spektakularne sceny walki na dyski itp. Mimo to kusząca wydaje się możliwość potraktowania tego wątku w „Tronie” jako pewnego symptomu współczesnej kultury audiowizualnej. Choć to pewien truizm, nie sposób nie zauważyć, że kulturę tę napędza chęć zaoferowania widzowi wrażeń, które byłyby nie tyle identyczne z naturalną percepcją, co dościgałyby ją i zarazem przekraczały. Może i w „realu” oglądamy świat w 3D, ale nigdy na zapewniającym krystaliczną czystość obrazu, wielkim jak dom ekranie IMAX.

Mroczne digitalne baśnie

Być może mamy tu do czynienia z jakąś nową formą kinematografu atrakcji – fenomenu, jaki zdanie badaczy stał się udziałem pierwszych widzów w momencie pojawienia się wynalazku Louisa Lumière’a. Oczekujemy mocnych wrażeń, obrazów, które wprawią nas w zdumienie i oszołomienie, wręcz w dziecięcy zachwyt. Dlatego poniekąd symptomatyczne wydaje się i to, że otwarcie „Trona” przyjmuje formułę baśniową. Jest 1989 rok, nadchodzi noc. Kevin Flynn opowiada kładącemu się spać synkowi Samowi historię o tym, jak udało mu się wniknąć w świat Sieci, który następnie zaczął przetwarzać z pomocą swoich digitalnych pomocników, Trona i Clu, w utopię. Wprowadzająca do dzieła baśniowa narracja, w jakiej rzeczywistość „za siedmioma górami, za siedmioma rzekami” zastąpiona została światem rozpościerającym się za digitalną barierą, skłania do odczytywania filmu Kosinskiego jako współczesnej baśni, co zresztą ułatwia fakt, iż mamy do czynienia z produkcją wytwórni Disney.

Baśnie, jak wiadomo, w swej tradycyjnej formie są nie tylko wspaniałe, ale i wyjątkowo mroczne. W „Tronie” również zachowany został niepokojący, mroczny klimat. Można byłoby powiedzieć, że konstrukcja świata, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie digitalnej bariery, opiera się na wzorach wziętych z kina neo-noir: akcja niemal całego filmu rozgrywa się nocą (czy też w nieznającej tego rozróżnienia, spowitej ciemnością rzeczywistości Sieci), w mrocznej metropolii (oraz jej wirtualnym odpowiedniku), po której poruszają się bohaterowie poniekąd wyrzuceni poza główny nurt społecznego życia – tak jak buntownik Sam, sabotujący kapitalistyczne zapędy firmy ENCOM, której jest dziedzicem, czy Kevin beznadziejnie zapętlony w stworzonej przez siebie Sieci. W sposobie kreacji miejskich przestrzeni pobrzmiewają mocne echa choćby „Mrocznego rycerza” Christophera Nolana (2008), co podkreśla jeszcze znakomita muzyka duetu Daft Punk. Oczywiście świat „Trona” nie jest konsekwentnie neo-noirowy, brakuje w nim zdecydowanie poznawczego relatywizmu i wątpliwości natury egzystencjalnej, niemniej jednak zwraca uwagę ekspansywność estetyki nowego filmu czarnego, znajdującej sobie miejsce nawet w disneyowskiej (sic!) produkcji.

Mroczny jest jednak nie tylko świat, w którym poruszają się bohaterowie „Trona”; gdzieś między wierszami tej spektakularnej filmowej opowiastki przemycone zostaje bowiem twierdzenie, że mrok czai się w samym centrum człowieczeństwa. Sieć nie może się stać doskonałym światem, ponieważ jej twórca, człowiek, sam jest niedoskonały. Ów pesymistyczny morał zamaskowany został w „Tronie” oczywiście szeregiem pocieszających frazesów: doskonałość, choć niedostępna, znajduje się zawsze na wyciągnięcie ręki (w domyśle: jej cieniem jest bliska więź z drugą osobą, otwarcie się na nią), a dzięki świadomości własnej ułomności i umiejętności przyznania się do błędów, człowiek potrafi nieustannie podtrzymywać w sobie nadzieję na lepsze jutro. Co więcej, owa upragniona doskonałość wydaje się mniej pociągająca, niż można się spodziewać: w „Tronie” jej manifestacjami są ISO, przedziwne stworzenia, które pojawiły się pewnego dnia w Sieci jako wypadkowa technologii i ludzkiej kreacji. Zdaniem Kevina, ISO to twory doskonałe, niezwykle inteligentne; w odpowiednich warunkach mogłyby przyczynić się do uwolnienia świata od wszelkiego zła, chorób, wojen i ubóstwa. Tyle że ISO, takie jak towarzyszka Kevina, Quorra (Olivia Wilde), są wyjątkowo naiwne, idealistycznie nastawione do świata, a przez to łatwe do wyeliminowania. Być może zatem w słabości ludzi, a zarazem w dążeniu do jej przezwyciężania, tkwi ich siła?

Demiurg z komputera

„Tron: Dziedzictwo” to przykład oswajania technofobii oraz innych cywilizacyjnych lęków, przez co tym bardziej wydaje się dziełem symptomatycznym dla współczesnej kultury. W centrum tych lęków plasuje się niepewność co do statusu człowieka, z jednej strony tworzącego technologię zdolną do przekraczania, wydawałoby się, nawet najbardziej fantastycznych barier, z drugiej strony będącego w tych działaniach podmiotem poniekąd autodestrukcyjnym. Strach przed technologią, która w pewnym momencie doprowadzi do zagłady ludzkości, nie jest w kinie niczym nowym, by przywołać najbardziej oczywiste przykłady, takie jak serie „Terminator” czy „Matrix”. W najnowszym „Tronie” wątek ten przybiera formę, można powiedzieć, klasyczną: oto Kevin tworzy Sieć, którą Clu (Jeff Bridges) ma za zadanie przeobrazić w system idealny, co jednak prowadzi do tego, że należy z niej wyeliminować wszystko, co choćby śladowo ludzkie. Co więcej, opętany ideą przeobrażenia całego świata (nie tylko komputerowego) Clu przygotowuje intrygę, dzięki której uda mu się wydostać poza Sieć.

„Klasyczne” wydają się tu też wątki (quasi)religijne. Choć uwięziony w Sieci Kevin staje się buddystą, nie sposób nie zauważyć, że jego postać (począwszy od nobliwej brody) ma więcej wspólnego ze starotestamentowym Bogiem Stwórcą. „Tron” powiela znany skądinąd schemat mitu o ponownym, nieudanym stworzeniu. Oto Kevin, niczym swoiście rozumiany bóg człowiek, próbuje stworzyć świat doskonalszy od tego już istniejącego i oczywiście ponosi klęskę, w związku z czym wycofuje się na neutralne, bezpieczne pozycje. Upadek demiurga nie jest jednak całkowity, wszak jego przesłanie poniosą w świat dzieci: syn Sam i mentalna córka, Quorra. Można byłoby zatem interpretować film Kosinskiego jako przypowieść o człowieku zafascynowanym swoimi twórczymi możliwościami, ale równocześnie ponoszącego porażkę w próbie zastąpienia miejsca bogów czy Boga w obowiązującej hierarchii bytów. Pomimo dużej liczby wątków okołoreligijnych (od buddyzmu po chrześcijaństwo), „Tron” przynosi jednak jak najbardziej świecką wizję duchowości, w której to człowiek zajmuje pozycję centralną. Owszem, Flynn popełnił wiele błędów, jego dzieło obróciło się przeciwko niemu, ale całe okrucieństwo wywołane dążeniem do stworzenia idealnego świata nie poszło jednak na marne: z chaosu ocalała wszak Quorra, owo cudowne dziecko ludzkości i technologii, które być może odmieni świat.

Nie o Boga i o hierarchie wartości tutaj bowiem chodzi, lecz o ewolucję. W tym kontekście „Tron” jest popkulturową realizacją nacechowanego ambiwalencją dyskursu współczesnej kultury dotyczącego synergii człowieka z maszyną. Być może jest także dowodem intuicji, jaką podziela część badaczy świata mediów, że to właśnie z jakiegoś sprzęgnięcia tego, co ludzkie, z tym, co technologiczne, wyłonią się przyszłe formy społeczeństw, a nawet podmiotów. Współczesne metafory opisujące miejsce jednostki we wszechświecie bardzo często opalizują znaczeniami, które wywodzą się częściowo z porządku biologicznego, a częściowo z porządku technologicznego. We wspomnianym już „Avatarze” metafora globalnej sieci została wykorzystana do opisania więzi łączącej Na’vi z ich środowiskiem, a nawet z głównym bóstwem Pandory. W „Tronie” łańcuch DNA staje się matrycą gatunkową charakterystyczną nie tylko dla ludzi, ale i – w wersji digitalnej – dla ISO, a porządki biologiczne i technologiczne mogą się nawzajem przenikać, co staje się udziałem Flynnów wciągniętych w rzeczywistość Sieci i do czego dąży Clu. Intuicja, która niegdyś stanowiła jedynie domenę mrocznej wyobraźni twórców takich jak David Cronenberg, obecnie zakorzeniła się – w wersji odpowiednio złagodzonej – w powszechnej świadomości: nie tylko to, co biologiczne, ulega swoiste technicyzacji; również to, co techniczne, staje się w pewien sposób organiczne, a byty takie jak Quorra, w atrakcyjnym (post)ciele Olivii Wilde, nie wydają się niczym szokującym.

Medialna odyseja

„Tron: Dziedzictwo” stanowi wypadkową tendencji obowiązujących we współczesnej kinematografii głównego nurtu także i pod względem swojej programowej intertekstualności. Twórcy filmu z sentymentem przywołują elementy kultury lat osiemdziesiątych na wszelkich poziomach – od muzycznego, przez inscenizacyjny (świetne sceny z udziałem najciekawszej chyba postaci, Zuse’a w kreacji Michaela Sheena), po medialny: „Tron” to wszak rodzaj archiwum obrazów, w tym i tych stylizowanych na wideo, przekaz telewizyjny z lat osiemdziesiątych, kino 2D i 3D w jednym, zarówno film aktorski, jak i wygenerowany w kilkudziesięciu procentach za sprawą komputerów. Film Kosinskiego jest zatem swoistą odyseją po świecie obrazów ukształtowanych przez kolejne media, począwszy od lat 80., aż po (rzekomą?) rewolucję cyfrową XXI wieku.

„Tron” stanowi jednak również wypadkową najbardziej modnych tendencji współczesnego kina głównego nurtu: w aspektach wizualnych wydaje się zapożyczony nie tylko w estetyce neo-noir, ale i w serii filmów o terminatorze, „Gwiezdnych wojnach”, a nawet we „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona (np. w scenie pompatycznej przemowy Clu uderza podobieństwo do przemowy wygłaszanej przez Sarumana do armii Uruk-hai w „Dwóch wieżach”). Wszystko to spowija dość płytka niuejdżowa otoczka, w której buddyzm może bezproblemowo łączyć się z elementami chrześcijaństwa i bliżej jeszcze nieokreślonym kultem istot, które zrodzą się z połączenia organicznego z nieorganicznym. Jako spektakularnemu widowisku niewiele w zasadzie można „Tronowi” zarzucić, oprócz momentami nieco pretensjonalnego scenariusza, kilku dłużyzn i nie do końca trafionej komputerowej obróbki twarzy Jeffa Bridgesa, gdy ten wciela się w postać Clu. Aktorsko jest to film poprawny (choć znana do tej pory głównie jako Trzynastka z serialu „Doktor House” Olivia Wilde balansuje na granicy przerysowania roli Quorry), realizacyjnie intrygujący, fabularnie satysfakcjonujący (choć na poziomie raczej nie wymagającego widza), muzycznie fascynujący. I tylko pytanie o to, na ile stanowi on zwierciadło współczesnej kultury audiowizualnej, z jej lękami, obsesjami i zainteresowaniami, może wywołać pewien niepokój.
„Tron: Dziedzictwo” („TRON: The Legacy”). Reż.: Joseph Kosinski. Scen.: Adam Horovitz, Edward Kitsis. Obsada: Jeff Bridges, Garrett Hedlund, Olivia Wilde, Michael Sheen, Bruce Boxleitner. Gatunek: SF. Produkcja: USA 2010, 127 min.