Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (169) / 2011

Przemysław Pieniążek,

(NIE)SPOKOJNY AMERYKANIN

A A A
„Moja praca polega na ubieraniu śmierci w ładne opakowanie.
Jestem handlarzem śmierci, arbitrem,
który może doprowadzić do jej zaistnienia tak łatwo,
jak magik wyczarowuje gołębia z chusteczki”.

(Martin Booth: „Amerykanin. Niezwykle skryty dżentelmen”,
tłum. M. Nowak-Kreyer, Warszawa 2010, s. 60-61.)

Ukrywający się pod różnymi imionami mężczyzna spaceruje wśród spalonych słońcem wzgórz włoskiej prowincji, rozkoszuje się pięknem jej krajobrazów, a wolny czas poświęca na malowanie motyli oraz rozmowy przy lampce armaniaku z ojcem Benedetto, dzieląc się z nim refleksjami na temat Boga, przeznaczenia, życia i śmierci, ale także historii i śladów, jakie człowiek na niej odciska. „Historia jest niczym, jeśli nie możesz jej aktywnie kształtować” – signor Farfalla (pan Motyl), jak nazywają tajemniczego przybysza miejscowi, wie, że każdy, kto zmienia historię, przyczynia się do śmierci innego człowieka. Tak było chociażby w przypadku „ojca” bomby atomowej Juliusa Roberta Oppenheimera czy konkwistadora Francisco Pizarro, zdobywcy imperium Inków. Dla pana Motyla śmierć powinna jednak zawsze być czymś szlachetnym, czystym, wyjątkowym i nieodwołalnym. Równocześnie kwestionuje istnienie tak zwanych „ludzi przemocy”, według niego bowiem każdy jest źródłem potencjalnej zagłady bliźniego. Wszak przemoc jest nieodłączną cechą naszego gatunku.

Sam nie obawia się ani śmierci, ani aktu umierania, podzielając na swój sposób poglądy Epikura: dopóki żyje, śmierci nie ma, a kiedy nadchodzi, on sam jest niczym. Ten niezwykle skryty dżentelmen żyje według jasno sprecyzowanych reguł gry, którą wybrał wiele lat temu. Jest mistrzem mimikry, którego bezskutecznie starali się unieszkodliwić brytyjscy antyterroryści, MI-5, FBI, CIA, KGB czy Interpol. Jednak nieuchwytność wymaga od niego prowadzenia egzystencji nomady, z racji bezpieczeństwa nie mogącego sobie pozwolić na zawieranie bliższych znajomości z kimkolwiek, pozostawianie przy życiu przypadkowych świadków czy wytworzenie banalnych z pozoru nawyków. Jest szarą eminencją stojącą za niezliczoną liczbą zamachowców, skrytobójstw i płatnych zabójstw, zapewniającą ich wykonawcom specjalistyczny sprzęt strzelecki najwyższej próby. Wie, że w tej profesji może żyć jedynie przyszłością, choć coraz częściej odczuwa potrzebę wyciszenia. Wikłając się w emocjonalną więź z piękną prostytutką Clarą, uświadamia sobie, że żyje niczym studiowany przez siebie owad – efemerycznie, w ciągłym lęku przed światem chaosu (uosabianym przez symbolicznego „człowieka z cienia”, potencjalność nagłej i niespodziewanej śmierci), ale i przed prawdziwą miłością.

Martin Booth, zmarły w 2004 roku brytyjski prozaik, poeta i dziennikarz, równo dwadzieścia lat temu napisał unikalną powieść, określaną przez polskiego wydawcę mianem „literackiego psychologicznego thrillera nasyconego śmiertelną powagą”. Trudno się z tą definicją nie zgodzić. „Niezwykle skryty dżentelmen” jest bowiem przykładem błyskotliwie napisanego dzieła (skonstruowanego w formie retrospektywnego monologu-spowiedzi tytułowego bohatera), a zarazem kameralnego, w wielu partiach nasyconego duchem poezji dyskursu o granicach dobra i zła, jak również o odpowiedzialności człowieka za jego czyny rozpatrywane z perspektywy mikrokosmosu jednostkowej moralności, mające jednak swój udział w tworzeniu makrokosmosu historii.

Niewątpliwy potencjał drzemiący w powieści (zarówno na płaszczyźnie fabularnej, interpretacyjnej, jak i narracyjnej) po latach został odkryty także w Hollywood, gdzie zapadła decyzja o zrealizowaniu jej filmowej adaptacji. Wyzwanie podjął Holender Anton Corbijn, nadworny fotograf irlandzkiej formacji U2 oraz twórca wideoklipów do utworów takich zespołów jak Depeche Mode („Personal Jesus”, „Enjoy the Silence”), Nirvany („Heart-Shaped Box”) czy Metalliki („Mama Said”). Mając w swoim dorobku pełnometrażowy debiut fabularny, jakim był entuzjastycznie przyjęty „Control” (2007) – poetycka, sugestywna pod względem wizualnym filmowa biografia Iana Curtisa, lidera grupy Joy Division, Corbijn po raz kolejny postawił na siłę obrazu jako główne narzędzie dramaturgii oraz źródło mniej lub bardziej oczywistej symboliki.

W „Amerykaninie” (pod takim tytułem funkcjonuje bowiem kinowa ekranizacja prozy Bootha) na próżno szukać subiektywnej narracji czy najmniejszych chociażby śladów komentarza bohatera wygłaszanego spoza kadru. Zamiast tego widz otrzymuje wysmakowany pod względem wizualnym spektakl: Corbijn bezbłędnie operuje barwnymi dominantami, charakterystycznymi dla odwiedzanych przez pana Motyla miejsc lub towarzyszącymi mu w czasie wykonywania określonych czynności. W spektaklu tym symboliczne postaci uczestniczą w odwiecznym misterium upadku i odkupienia, nie do końca potrafiąc się jednak pogodzić z ceną, którą przychodzi im zapłacić.

Podobnie jak w książce, filmowy pan Motyl (George Clooney) jest najlepszym w swoim fachu twórcą i dostarczycielem broni, który coraz poważniej myśli o wycofaniu się z zawodu. Trafiając do malowniczej włoskiej miejscowości, z czasem zaprzyjaźnia się z ojcem Benedetto (Paolo Bonacelli), wdając się równocześnie w gorący romans z Clarą (Violante Placido). Złamanie osobistych reguł nie przeszkadza mu jednak w podjęciu decyzji o realizacji ostatniego w karierze zlecenia, jakim jest dostarczenie broni profesjonalnej zabójczyni Mathilde (Thekla Reuten). Broni, która, jak się okazuje, ma być użyta przeciwko niemu.

Zestawiając ze sobą książkę Martina Bootha i film Antona Corbijna, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ekranizacja jest swego rodzaju palimpsestem, pozwalającym na ukazanie losów pana Motyla w zupełnie innym świetle. To niemalże egzystencjalny dramat, który pełny wymiar zyskuje za sprawą ciekawej, choć wyjątkowo minimalistycznej kreacji George’a Clooneya, zapadającej w pamięć głównie dzięki przejmującej i niewątpliwie dramatycznej sekwencji, ukazującej desperackie, choć potencjalnie skazane na porażkę, starania bohatera, mające na celu ostateczne wydostanie się z opresyjnego koła zbrodni i strachu.

„Amerykanin”, podobnie jak powieściowy oryginał, wykorzystuje gatunkowe przebranie (które przywdziewa wyjątkowo niechętnie, zważywszy na dość umiarkowane tempo akcji oraz znikomą obecność w filmie działań o charakterze czysto powierzchownym, czyli strzelanin, pościgów i erotyki), aby przemycić pod nim kilka uniwersalnych spostrzeżeń na temat niedoskonałości ludzkiej natury, istoty wolnego wyboru oraz płynących z tego tytułu konsekwencji. Oba dzieła – literackie i filmowe – koncentrują się na zobrazowaniu perypetii grzesznika podążającego wyboistą i zwodniczą drogą ku upragnionemu spoczynkowi, jednak finał tej wędrówki – ukazany w filmie i powieści – jest już zgoła odmienny. A pytanie, który z jego wariantów przynosi bohaterowi (jak i widzom) pełniejsze uczucie katharsis, aż prosi się o indywidualne rozstrzygnięcie.
„Amerykanin” („The American: A Very Private Gentleman”). Reż.: Anton Corbijn. Scen.: Rowan Joffe. Obsada: George Clooney, Violante Placido, Thekla Reuten, Paolo Bonacelli, Gatunek: dramat / thriller. Produkcja: USA 2010, 105 min.