Wydanie bieżące

1 lutego 3 (171) / 2011

Sławomir Iwasiów,

POWTÓRKA Z LUDOBÓJSTWA

A A A
W wydanej niedawno książce Wojciecha Tochmana (autora kilku zbiorów reportaży, dziennikarza związanego przez wiele lat między innymi z „Gazetą Wyborczą” i prowadzącego program „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” w TVP 1), zatytułowanej „Dzisiaj narysujemy śmierć”, poznajemy jeden z najbardziej krwawych epizodów najnowszej historii Afryki – wojnę domową w Rwandzie. Relacje zapośredniczone przez bohaterów tej prozy lub opowiedziane bezpośrednio przez autora przerażają makabrycznymi obrazami ludobójstwa i wizją jego długofalowych skutków (mimo gorzkiego w gruncie rzeczy pokoju między Hutu a Tutsi – zwaśnionymi grupami etnicznymi), a także, co może sugerować nieco przewrotny tytuł tomu, skłaniają do refleksji nad sensem przedstawiania tego typu wydarzeń. Po co opisywać śmierć?

Reportaż Tochmana jest nie tylko prozatorskim sformułowaniem faktów, a więc oddaniem nieprawdopodobnej eskalacji okrucieństwa, które w połowie lat dziewięćdziesiątych wywarło wpływ na życie większości mieszkańców Rwandy, ale przede wszystkim stanowi próbę spojrzenia na sztukę reportażu i jego funkcję w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez zbyt agresywne formy komunikowania masowego. Czy reportaż można zaliczyć do strumienia bezmyślnej papki codziennych newsów, powtórek z ludobójstwa na każdym kanale? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Tochman zajmuje się zawodowo teorią i praktyką gatunku, wykładając w Polskiej Szkole Reportażu – widać ten wpływ w „Dzisiaj narysujemy śmierć” dość wyraźnie, między innymi w teoretycznie zorientowanych fragmentach, krytycznie oceniających reportaż właśnie „od wewnątrz”, w otoczeniu innych mediów, tekstów kultury oraz gatunków dziennikarskich i literackich. Genologiczne wtrącenia Tochmana są cenne, ale trzeba pamiętać, że większy udział odautorskich komentarzy spowalnia bieg narracji i zbliża ten tekst do formuły eseistycznej, dyskursywnej, co stanowi pewną odmianę w ramach gatunku. Inna sprawa, że taka forma może się niektórym odbiorcom nie spodobać, ponieważ nie wszyscy muszą być zainteresowani problematyką genologiczną w tekście literackim. Na pewno nie jest to reportaż w rozumieniu podręcznikowym: „Dzisiaj narysujemy śmierć” to raczej, przynajmniej jako pewna całość, eseistyczna opowieść o tym, jak powstawał reportaż o wojnie domowej w Rwandzie i jak, wobec tego procesu, sytuuje się jego autor. Esej o reportażu? Tak chyba należałoby scharakteryzować przynajmniej niektóre fragmenty tej książki, drobne wtrącenia i sugestie – na przykład te, w których Tochman powołuje się na innych autorów, cytuje znane postaci pisarzy (np. Ryszarda Kapuścińskiego), odnosi się do własnych doświadczeń lekturowych i tradycji gatunku. I pisze dużo o sobie, a więc uwalnia się spod reżimu dziennikarskiego „obiektywizmu” i faktograficznego odtwarzania rzeczywistości (co nie znaczy, że jako reporter przestaje być obiektywny). Może tylko tak da się opowiedzieć Rwandę w świecie pozbawionym wyrazistości – stawiając siebie wobec jej cierpienia.

Najważniejszą kwestią rozważaną w „Dzisiaj narysujemy śmierć” wydaje się niejednoznaczny status reporterów przetwarzających materię rzeczywistości. Przede wszystkim, reporter posługujący się słowem pisanym musi odnaleźć się ze swoim dziełem wśród innych mediów i tekstów, które zostały „zepsute”, zalane rozrywkowymi, komercyjnymi obrazami wojny i rozpadu. Czy swoista moda na cierpienie – zapoczątkowana prawdopodobnie dekadę temu strumieniami relacji z ataku na World Trade Center – nie przeniknęła także do reportażu literackiego? Po co wciąż pisać o śmierci i biedzie, braku wykształcenia i głodzie, skoro te kategorie zostały zbanalizowane, nie szokują, nie poruszają już odbiorców, a jedynie stanowią podstawę dość upiornej formy rozrywki? Czy dowiadujemy się z reportaży czegoś więcej niż z codziennych dziennikarskich przekazów? Czy z naszego, europejskiego punktu widzenia takie książki nie są tylko towarem do sprzedania (jak newsy w stacjach telewizyjnych), pokręconym fetyszem dla tych, którzy żyją w warunkach względnego pokoju i dostatku? Tochman wielokrotnie zadaje pytania o „moralne” aspekty swojej pracy. Pisze między innymi tak: „Dlaczego chcę o tym opowiadać? Komu i po co? Tym, którzy powiedzą, że nie wiedzieli? Że nie znali prawdy? Ale gdzie jest granica między mówieniem prawdy a epatowaniem? Czy ten, który powie: epatujesz dziecięcym cierpieniem, będzie mówił o mnie?” (s. 13). W moim odczuciu (co akcentuje również autor) ta granica się zaciera, przynajmniej w mediach audiowizualnych i elektronicznych, gdzie film akcji wygląda jak sprawozdanie z działań wojennych (to, co „prawdziwe”, jest atrakcyjniejsze, ma większą wartość „emocjonalną”), a relacja w mediach jest „podkręcana” (nawet jeśli nieświadomie) filmowym montażem, dramatycznym językiem, wysokobudżetową produkcją itp. W literaturze można się jeszcze z niektórych rzeczy wytłumaczyć (szczególnie w eseistycznym trybie opowieści,) pokazać siebie na tle innych. Jak twierdzi Susan Sontag: „Bycie widzem nieszczęść nawiedzających inne kraje jest jednym z najbardziej charakterystycznych przeżyć współczesności. Od półtora wieku patrzymy na to, co dla nas nagromadzili zawodowi, wyspecjalizowani turyści zwani dziennikarzami” („Widok cudzego cierpienia”). Obrazy śmierci i cierpienia zostały normatywizowane i wystawione na sprzedaż – istnieją po prostu pewne sposoby i poetyki przedstawiania makabry, a takim „sposobem” jest między innymi reportaż, przepełniony tematyką wojenną i obrazami ludzkiego nieszczęścia.

Dla zobrazowania atmosfery tego tekstu streszczę tutaj drugi rozdział, chyba najlepiej pokazujący możliwości Tochmana jako reportera, ale też intrygujący ze względów kompozycyjnych. W tej części różne postaci opowiadają o swoim doświadczeniu masakry w dziewięćdziesiątym czwartym roku – zarówno ofiary, jak i kaci (niektórzy skazani, inni pozostający na wolności). Jest tu na przykład postać kobiety opowiadającej o tym, jak została zgwałcona i urodziła w konsekwencji dziecko (czy może je kochać?); jest też mężczyzna, który twierdzi, że niesłusznie siedzi w więzieniu za gwałt (czy zaufamy jego zapewnieniom?). Ofiary i mordercy dzisiaj mieszkają obok siebie, w typowym dla Afryki ścisku, choć jeszcze niedawno jedni drugim chcieli poobcinać głowy maczetami. Nikt nie potrafi znaleźć źródeł tej nienawiści. Może winni są biali Europejczycy, którzy zaszczepili w Afryce rasizm, pokazując mieszkańcom Rwandy różnice między plemionami? Pewne jest, że najgorzej były traktowane kobiety, co Tochman umiejętnie pokazuje na przykładzie historii swoich bohaterek – kobiety nigdy nie miały łatwego życia, ponieważ w kulturze afrykańskiej były i są zmuszane do ustępowania mężczyznom na każdym kroku. Ich doświadczenie ludobójstwa jest o wiele bardziej przerażające, ponieważ kobiety zostały naznaczone nienawiścią „pierwotną”, wynikającą z przekonania o ich niższej pozycji w strukturze plemiennej czy społecznej. Te historie i narracje przeplatają się ze sobą, jak w filmie, który z różnych punktów widzenia pokazuje ten sam problem – to atrakcyjna forma, wzmacniająca „prawdę” przedstawianych faktów, dająca większą swobodę interpretacji. Mniej tutaj znajdziemy wtrąceń narratora, a więcej „czystego” reportażu, pokazującego przeżycia uczestników opisywanych wydarzeń i ich nierzadko przeciwstawne opinie i poglądy.

Warto jeszcze wspomnieć o tytule książki. Tochman na różne sposoby rozgrywa metaforę rysowania – ten zabieg odnosi się do podwójnego statusu dzisiejszego reportera, pisarza zbierającego fakty i równocześnie dostarczającego rozrywki. Czy robiąc rysunek jedynie odtwarzamy rzeczywistość, czy nadajemy jej własnego, niepowtarzalnego charakteru, sprawiając, że staje się dziełem sztuki? Rysowanie, podobnie jak robienie zdjęć (Tochman powołuje się między innymi na pracę „O fotografii” przywołanej wyżej Susan Sontag), daje autorowi władzę nad przedmiotem obserwacji – zawsze można coś zmienić, zatuszować, zaaranżować, podkolorować, wymazać. Reporter, nawet obdarzony samokrytycyzmem, też czasami ulega pokusie patrzenia na wszystko z góry, decydowania o tym, co zapamiętać i przekazać, a o czym nie wspominać. Czytając „Dzisiaj narysujemy śmierć” miałem wrażenie, że autor zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę. Tochman też jest takim dziennikarzem-turystą, o jakim pisze Sontag (to po prostu część biografii reporterów, odróżniająca ich od tych, co „nie widzieli” i nie mogą dać świadectwa), ale jedzie do odległego kraju oglądać śmierć i o niej opowiadać z pełną świadomością swojej „podwójnej moralności”, ponieważ z jednej strony ocala pamięć o tragedii i zapobiega jej nawrotom, a z drugiej wykorzystuje ją do skonstruowania narracji mniej lub bardziej adekwatnej wobec zaobserwowanych wydarzeń i wysłuchanych historii.
Wojciech Tochman: „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2010 [seria: Reportaż].