Wydanie bieżące

1 lutego 3 (171) / 2011

Monika Glosowitz,

POZA MELANCHOLIĘ?

A A A
Witamy nowego Siwczyka, powracając do starego Siwczyka. „Koncentrat” ukazuje się po piętnastu latach od spektakularnego debiutu poety. Parafrazując fragment wiersza „Wat” z nowego tomu: miarą interpretacji musi stać się archeologia.

W „Dzikich dzieciach” „duży stary chłopiec” zostaje rzucony w „kamienny świat”. Tworzy się zapis „stygnięcia pamięci”, „pustoszenia” czy „zacierania śladów”. Sensualizm, kontrasty, brak mitologizacji à la Marquez, raczej „blok-realizm”, jak już ktoś zgrabnie zdążył to ująć. Konstrukcja tomiku jest trójczłonowa. Pierwsza część to” rozgrzewka-stygnięcie”, druga – „wiosna-wagary”, trzecia – „przejście od-do”.

W „Koncentracie” najpierw lokuje się odbiorcę: „Odbiorca jest ulokowany korzystnie, twarzą do ziemi, w promieniach późnego słońca” („Wat”). W końcu wyłania się „mały, [który] bawił się w świat za oborą” („Opowiadanie”). Zapis to „nawóz, błoto, pamięć” (Wioska wodna). Naczelne kategorie pozostają te same, obecne expressis verbis: „źródło doświadczenia”, „podmiot i przedmiot refleksji”. Znów mamy też trzy człony struktury: „Koncentrat”, „Neutrum” i „Dzień w pleromie”.

Szybka jukstapozycja ma ukazać klamrę, która oczywiście nie domyka pola interpretacji, bo (jak w jednym z najlepszych fragmentów tomu): „W tych oczach widać inne oczy, zwielokrotnione oczy małego admirała dowodzącego drewnianą flotą ciał” („Miasto”). Tomy łączą równoległe łańcuchy flashbacków z dzieciństwa. Inaczej jednak odrysowanych, naświetlonych, obramowanych.

„Koncentrat” rozpoczyna się obrazami odwróconego świata, pejzażami łagodnie apokaliptycznymi, nawet apokatastatycznymi: „Tu spoczywa królestwo tego świata” („Koncentrat”), „Prawdą jest, że rosną w grobach powietrza, koronami w dół” („Wat”), „W wiosce wodnej powoli płonie świat tego rodzaju” („Wioska wodna”). Pomijając żonglerkę ponadczasowym tematem arche, ciekawy zabieg stanowi próba wprowadzenia odmiennej – bo nieantropocentrycznej – perspektywy. Stokfiszewski powinien być zadowolony (w końcu marzy o zerwaniu literatury z paradygmatem realistycznym, zakorzenionym w młodej literaturze, wysuwając jako jeden z postulatów krytycznych porzucenie antropocentryzmu światów przedstawionych). Bo „Co my tu mamy? Sfatygowaną biomasę rozpiętą na żerdziach, chaszcze światła, zanikający w dali fiord, pełen głębi jak na tę ziemię, która czyni sobie śmierć poddaną” („Pierwsze wrażenie”). Rozkład postępuje więc równocześnie i wszędzie, jednocześnie odbywa się i kreacja. Bycie jest więc powstawaniem, nieustannym i dryfującym.

Pierwsza część tomu zarysowuje nam perspektywę powrotów, nie wybiegów. Prywatnych kosmogonii, odkryć „początków opowieści o losie, bez którego można się jednak obejść” („Co jest, co być może”). „Skoncentrowana” całość utrzymana jest w melancholiczno-afirmatywnym tonie. Strategia narracji przejęta zostaje z zoologicznej nomenklatury: bo „będzie rodzajem narracji o niczym, będzie tanatozą” („Wiersz w dobrym czasie”), która jako podobna mimikrze sprawdza się nie tylko jako forma biernego ukrywania się, ale również uwodzenia, wejścia „w pusty teraz sen” („Pseudosen”), który snuje nadmiar w biografii. To ogniwo tomu charakteryzuje się poszukiwaniem prawidłowości w układzie biograficznej mozaiki podmiotu:
„Analogicznie przebiega utylizacja jakiejś głębi,
Możliwych schematów własnych pragnień,
Materiału wspomnień, z którego jestem lepiony,
Ileś już tam lat, trwam przy tym, ile się da, żeby o czymś była mowa” („Wioska wodna”).
Widzenie świata odbywa się z perspektywy „oddolnej”, dzielonej z różnorodnością „mikrych stworzeń”. Jednak okazuje się, że zostają tylko wrażenia, domniemania, pseudosny, w uporządkowaniu których nie pomogą nawet kategoryczne kategorie, takie jak: dom, doświadczenie, pożytek.

Druga część zabiera nas w kolejne rejestry – szersze perspektywy ewolucyjne, dalsze etapy rozwojowe. Stanowi notatnik kronikarza snującego minifabuły uformowane na historiach fenomenów początkujących zmiany kulturowe, ulokowane między „zmielonymi archipelagami czasu”. „Sens rekonstrukcji namiętności i obyczajów” ma na szczęście nie tylko melancholijny wymiar, nieuchronnie przekształcający się w męczącą fetyszyzację utraty, ale kreatywny, prowadzący do doznania gnostyckiej pleromy:

„Tyle momentalnych podmiotowości musiało upłynąć, zanim jakieś wspomnienie zostało osadzone w odpowiedniej scenerii. Nic nie jest skłamane, gdyż pozycja wyjściowa pamięci o uległych światach obejmuje ich tworzenie […]”, („Monolog zewnętrzny”)
.
Ostatni segment, jak i poprzedni, zapowiedziany w ostatnim z wierszy poprzedniej części proponuje kolejne „zawężenie perspektywy”. „Tymczasem skupmy się na chwili bieżącej” („Ochryd”) – proponuje podmiot/narrator. Traktaty miłosne, rozważania snute podczas flâneurowskich pochodów, zapis łagodnej rozpaczy i chłodnego dystansu, niezamieszkalności, nieprzystawalności, nieeksplorowanej wreszcie na poziomie rozdźwięku słowa i rzeczy, ale w aurze doświadczenia obcości, reprezentowanego na różnych poziomach: od etnocydu po jednostkowe iluminacje w zderzeniu ze wspomnieniem. Historia rozpoczęta rysunkiem pejzażu „królestwa tego świata” kończy się, kiedy „nie ma najmniejszego nawet królestwa”. Pozostają tylko krążące „obce duchy”.

Nowy Siwczykowy „widmowy ocean znaczeń” podoba się ze względu na sensualność opisu, obecność obrazów niesondowanych dotąd imaginowanych rejonów i umiejętne łączenie odległych rejestrów (teorii kultury z egzystencjalnym obrazem). Przytłacza jednak uwięzieniem w dobrze znanym dyskursie wykluczenia, melancholii, chwilami nawet somnambulizmu.
Krzysztof Siwczyk: „Koncentrat”. Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Poznań 2010.