Wydanie bieżące

15 lutego 4 (172) / 2011

Michał Paweł Urbaniak,

SZTUKA TO FRAJDA

A A A
Jeśli można wskazać patrona najnowszej powieści Marcina Bałczewskiego, będzie to na pewno Samuel Beckett. W „Malone” znajduje się wiele odwołań do twórczości francuskiego pisarza (na przykład jeden z rozdziałów zatytułowany jest tak, jak jedno z jego dzieł – „Malone umiera”). Jednak najistotniejsze wydaje się wyjście z podobnych założeń twórczych. Posługując się pewnymi uogólnieniami, można stwierdzić, że zarówno Beckett w swojej trylogii („Molloy”, „Malone umiera”, „Nienazywalne”), jak i Bałczewski w „Malone” rzucają wyzwanie tradycyjnej powieści, zastanawiając się nad stosunkiem, jaki zachodzi między dziełem, a jego autorem.

Z tego względu „Malone” zasadniczo nie jest książką, jaka dałaby się jakoś ujednolicić. Bałczewski narzuca swoje reguły, którym – chcąc nie chcąc – czytelnik musi się podporządkować. Wedle tych zasad bawi się konwencjami, próbuje różnych form ekspresji i eksperymentuje z formą, a „ofiarą” tych zabiegów pada nie tylko tekst, ale chyba przede wszystkim odbiorca. Kluczem do zrozumienia „Malone’a” staje się rozdział otwierający całość. W pierwszych zdaniach pisarz imieniem Malone w bólach i pocie pisze powieść o pisarzu imieniem Samuel (znów pojawia się tu oczywisty rodowód Beckettowski!), który w bólach i pocie także pisze powieść. Takie ujęcie nie tylko wyszczególnia metaliteracką warstwę książki Bałczewskiego, ale również wprowadza pewien chaos, towarzyszący jej do ostatniej strony.

Trudno znaleźć dla tych opowiadań taki wyznacznik, który odnosiłby się do każdego z nich. Jednak można zauważyć, że Bałczewskiego interesuje sam proces tworzenia, jego osobliwości i granice. Swoim postaciom każe tworzyć wieloaspektową sztukę lub też z nią w jakiś sposób pogrywać – Malone pisze powieść (i bohater tej powieści też), narrator z „Olbrzym pożre mojego syna” zdradza tajemnice swego warsztatu, a dzieło przenika się z rzeczywistością (podobnie jak w „Dwa”), naukowiec z jedynej powieści epistolarnej (rozczłonkowanej na wiele tytułów) rekonstruuje na drodze pisemnej obrazy pewnego malarza, a kobieta w „Nie(s)pełn(i on)ych kawałkach” musi stworzyć na nowo swojego partnera; ktoś inny próbuje się odnaleźć w wykreowanym (napisanym bądź namalowanym) świecie („Księga”, „Widok Góry Świętej Wiktorii”), w opowiadaniu „Daniel Ecklum” tytułowy bohater spisuje i przekształca dzieło życia swojego przyjaciela, w „Brudnoniebieskiej” ktoś wciela się w reżysera opowiadanej historii, a w końcu pewien stypendysta, badając twórczość Luci de Niro, wpada w obsesję „everybudynku” („Koniec historii”).

W tych utworach zatracają się odwieczne (choć często dość intuicyjne) prawidła literatury. To historie absurdalne, często tworzone wbrew oczekiwaniom czytelników, z rwącymi się wątkami, z niepotrzebnymi bohaterami, z nadmiarem informacji, bez morału, bez zakończenia bądź bez początku (na przykład „Owad” to niepełna historia tytułowego stworzenia. Nie wiadomo, w jaki sposób ten monstrualny twór został stworzony i zaprzyjaźnił się z narratorem, ani jak to możliwe, że potrafi mówić. Również meandry jego rzekomo bogatego życiorysu pozostają w dużej mierze nieznane. Narrator ogranicza się do drobiazgowego opisu wyglądu swego przyjaciela oraz stwierdzenia, że ten zdechł).

Innymi słowy, Bałczewski wchodzi w rolę dość specyficzną jako pisarz. Przede wszystkim detronizuje mity artysty i degraduje sztukę: „To tylko tekst, to tylko literatura. Tu nic nie dzieje się tak naprawdę, na serio. Nie udokumentujesz tu niczego. Nie oszukuj się. Świat jest poza. A tu, to tylko dziwaczna historyjka. (…) Kolejne powtórzenia, kursywa. Niepotrzebne fragmenty wpisane w kwadratowy nawias. Brak uczuć, sensu. Tylko słowa. Brak czucia, dłoni. Tylko litery. Brak celu i odbiorców. Tylko znaki. Brak całości, brak części, tylko punkty” („Dwa”). Jednak wydaje się, że należy być ostrożnym z uogólnieniami. Nawet jeśli Bałczewski dowodzi, że nie wierzy w sztukę, nawet jeśli ją znieważa czy demaskuje procesy tworzenia, to jednak nastawiony jest przede wszystkim na szukanie jej sensu.

Każda z historii, z których składa się ten zbiór, jest zaskakująca, wyróżnia się błyskotliwym konceptem i/lub złamaniem formy, każda stanowi jakby złośliwy żart wymierzony w czytelnika (paradoksalnie najbardziej perfidnie na tle całego zbioru wypada klasyczne opowiadanie „Linia pończoch” opisujące podwójne życie pewnego autorytetu uznanego ogólnie za Mistrza). W „Malone” Bałczewski wyśmienicie żongluje konwencjami – jest tu miejsce zarówno na powieść epistolarną (rozrzuconą w utworach: „Ryciny”, „Volume 2”, „Zmysły”, „Czwarty brat”), jak i prozę iście poetycką („U-ścisk”, w którym pojedynek bokserski zamienia się w prawie czuły taniec), schematyczną baśń o królewnie i rycerzu („Opowieść z pagórków lewej dłoni”), parodię sagi rodzinnej i telenoweli zarazem („Generacja XYZ”), zbiór przepisów na dopalacze z powszechnych produktów spożywczych („Haluny – sprane ciała”), bądź thriller (opowiadanie „Grupa Anonimowych Osób Nienawidzących Części Ciała” luźno przywodzący na myśl „I nie było już nikogo” Agathy Christie), czy wreszcie prawie naukowy wykład językoznawczy („Historia litery U w kontekście przemian zachodzących na terenach Polski” ośmieszający jednocześnie powieści sensacyjne w stylu „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna). Jest tu również sporo innych inspiracji literackich: klaustrofobia rodem z Kafki („Ponad”), trącająca magią opowieść niczym u Schulza („Rzeka”) czy groteska przywodząca na myśl utwory Rolanda Topora („Malone umiera”).

Sam Bałczewski, urabiając materię tekstu, przybiera różnorodne autorskie maski – bywa bardzo pomysłowy, bywa absurdalny, bywa śmieszny, bywa irytujący, bywa też czuły, a przede wszystkim złośliwy (szczególnie wobec czytelnika). I nie tylko bywa, ale i niewątpliwie jest utalentowany. Odnosi się wrażenie, że pod jego piórem wszystko może stać się przyczynkiem do kolejnej historii (w „Opowieści z pagórków lewej dłoni” akcja rozgrywa się wciąż od nowa w świecie umieszczonym na ciele wiejskiego odszczepieńca, a w końcu bohaterem staje się napis na koszulce), a każde słowo jest płynne oraz otwiera na nowe znaczenia i możliwości.

Idąc tym tropem, można dostrzec, że istotnym problemem w tej prozie wydaje się również kwestia tożsamości. Pisarz Malone gubi się gdzieś pomiędzy literacką iluzją a rzeczywistością i właściwie nie wiadomo, kim jest. Tytułowy bohater w „Adamie Deziluzjonie” żyje tylko po to, aby potwierdzać swe istnienie. Uczestnicy „Grupy Anonimowych Osób Nienawidzących Części Ciała” nie akceptują siebie (i w końcu odgryzają kawałki swoich znienawidzonych ciał w miłosnym akcie). Realność świata – a zatem i postaci – w opowiadaniach „Dwa”, „Widok Góry Świętej Wiktorii” oraz „Księgi” okazuje się mocno wątpliwa. Narrator „Na krańcach przepastnych” stanowi nawet nie cień, a kilka nadprogramowych tkanek w mózgu człowieka. Rozczłonkowany recydywista w opowiadaniu „Aleksander von Kler” kończy jako eksponat w muzeum. Z żołnierza po wybuchu miny zostają tylko dłonie („Nie [s]pełn[i on]e kawałki”). W „Malone żyje” bohater raz błyszczy łysiną, raz ma długie czarne włosy, jest to młody, to stary, a kończy jako niemowlak, a ponadto jeździ motorem, który przemienia się w samochód). Stworzenie z „Owada” notorycznie kłamie na temat swojej biografii. Powszechnie szanowany Mistrz z Polski, przebywając okresowo w Hiszpanii, przebiera się w damskie fatałaszki („Linia pończoch”). Znak zapytania postawiony nieodłącznie przy tożsamości bohaterów zawsze jest niejako podwójny – bo z jednej strony doświadczają oni kryzysów osobowościowych we własnych historiach, a z drugiej pozostają tylko literacką fikcją.

Co ciekawe, swoista podwójność dotyka również Bałczewskiego. W swojej książce z jednej strony przybiera on postać boga (czasem przez usta narratorów), który – niczym w wierszu Szymborskiej – poprzez radość (a może i udrękę?) pisania dokonuje zemsty śmiertelnika, a jednak ciągle pokazuje, jak nieposłuszny utwór mu się wymyka, żyje własnym życiem. Tym samym zacierają się granice między rzeczywistością kreowaną przez pisarza, a jego własną, realną (przy czym tego słowa wypada użyć w tym kontekście czysto umownie). Ten, który chwyta za pióro, nawet tworząc odrębną historię pozostaje bohaterem swojej własnej biografii – być może także przez kogoś wykreowanej. Inaczej mówiąc, nawet jeśli utrzymuje się, że – posłużę się tu już przytaczanym cytatem - „to tylko tekst, to tylko literatura. Tu nic nie dzieje się naprawdę, na serio. (…) Świat jest poza”, nie można mieć takiej pewności.

„Malone” to niezwykły zbiór opowiadań. W tych utworach Bałczewski pokazuje pisarstwo przede wszystkim od strony warsztatowej. Ta swoista degradacja sztuki (bo często ma się tu przecież do czynienia z projektami - albo raczej tekstami stylizowanymi na projekty - a nie oszlifowanymi, gotowymi opowiadaniami) paradoksalnie jest równocześnie jej uwzniośleniem. Ta proza rządzi się własnymi prawami – absurd, bezład, dezintegracja, rażąca skrótowość, brak zdecydowania, a nawet kicz – stanowią nie tylko jej dominantę, ale i zaletę. To, co z początku wygląda na zbieraninę zupełnie przypadkowych utworów pretendujących jedynie do miana literatury, okazuje się dobrze przemyślanym, a nawet dosyć spójnym dziełem. John Irving napisał kiedyś, że sztuka jest dla frajdy. „Malone” Marcina Bałczewskiego prezentuje ten rodzaj sztuki, która fascynuje dlatego, że nie daje się określić, nieustannie zaskakuje i pozostaje wciąż otwarta na nowe interpretacje. Zagłębianie się w nią to nie tylko prawdziwe wyzwanie, ale chyba przede wszystkim – przywołując z przymrużeniem oka ten nieco kolokwialny cytat z Irvinga - niezła frajda.
Marcin Bałczewski „Malone”. Wydawnictwo Forma. Stowarzyszenie Oficyna. Szczecin-Bezrzecze 2010.