Wydanie bieżące

15 lutego 4 (172) / 2011

Marta Baron-Milian,

NIEZDROWY ROZSĄDEK?

A A A
„Teoria ustatkowała się i nie jest już tym, czym była (…) Jest zaszufladkowana, niegroźna, oczekuje studentów o określonej godzinie, nie kontaktując się z innymi specjalnościami ani ze światem inaczej, jak za pośrednictwem tych studentów, którzy błąkają się pomiędzy dyscyplinami. Nie jest bardziej żywotna od innych w tym sensie, że to już nie ona mówi, dlaczego i jak należałoby badać literaturę, gdzie leży istota, aktualny cel badań literackich. A przecież nic jej w tej roli nie zastąpiło, zresztą badań literackich nie prowadzi się już na wielką skalę” (s.8) – pisze Antoine Compagnon w swojej książce „Demon teorii. Literatura a zdrowy rozsądek” z roku 1998, wydanej właśnie w Polsce.

Na teorii literatury, zgodnie z tezą autora, wykonany został w końcu XX wieku wyrok śmierci przez „udomowienie” i „zaszufladkowanie”. Po upływie „miodowych”, buntowniczych i wywrotowych, lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych uśpienie tytułowego Demona teorii – demona będącego dotychczas krytycznym podżegaczem – miało zmienić teorię w metodę i doprowadzić badania literackie najpierw do stanu odrętwienia, następnie skostnienia, a ostatecznie paraliżu.

Trudno nie przyznać części racji diagnozie francuskiego teoretyka literatury – żyjemy wszak w dobie „postteorii”, w której zbyt często anty-teorii naucza się jak metodologii. Ale w swoich złowieszczych słowach, Compagnon zdaje się zupełnie nie doceniać potencjału genialnej metafory, którą stworzył w tytule własnej książki. Wszak, parafrazując słynne słowa, demon wciela się jak chce, a chcieć musi, bo sam ciała nie posiada. Łatwym łupem dla niego, nie ma wątpliwości, stają się owe zabłąkane sieroty, stąpające po iluzorycznych krawędziach dyscyplin, w które wiarę dawno utraciły. To przecież nienowe pole dla wielkich pokładów wciąż nowej „demoniczności”.

Co jednak już dzisiaj dość zaskakujące, w książce Compagnona, teoria literatury pozostaje teorią literatury, nie rozpływając się po prostu w Teorię, „panteorię”, ani teorię wszystkiego, omijając drogowskaz sformułowany przez Easthope’a – „Literary into Cultural Studies”. Rolę przewodnika przejmuje natomiast najbardziej mgliste i najmniej godne zaufania pojęcie, jakie możemy sobie wyobrazić – zdrowy rozsądek. Mgłę zagęszcza tylko plejada synonimów: „Opinia Publiczna, Duch Większości, Konsensus Drobnomieszczański, Głos Natury, Przemoc Przesądu” (s.233), ale Compagnon twardo obstaje przy swoim wyborze aż do ostatnich stron. Zdrowy rozsądek każdorazowo zwyciężać ma w teoretycznych potyczkach. Pokusa przyznania autorowi racji oczywiście jest ogromna – któż z nas w głębi serca nie wierzy w ten dziwny mieszczański twór? I to chyba czyni ów „zdrowy rozsądek” tak ciężkostrawnym i w efekcie… niezdrowym.

Compagnon sporządza więc „spis wrogów” teorii, w walce przeciwko którym konstytuowała ona własną tożsamość. Na liście umieszcza kolejne pojęcia (stanowiące także tytuły rozdziałów): literatura, autor, świat, odbiorca, styl, historia, wartość. Każde z nich próbuje uchwycić w sytuacji rewolucyjnej walki porządków. Zrygoryzowany, przejrzysty i naprawdę ciekawy wywód autora, przyciąga przede wszystkim nie wyjątkowym nowatorstwem myśli, a raczej szczególnym talentem Compagnona do syntez, porównań i układania powszechnie znanych sądów w nowe konfiguracje.

Dodatkowo autor przedstawia francuskie spory teoretyczne drugiej połowy XX wieku na tle historii dyscypliny. Przyjęcie takiej perspektywy pozwala dostrzec narodowy fenomen francuskiej teorii, której wielki wybuch następuje z dużym opóźnieniem, bo dopiero w latach sześćdziesiątych. Przyczyn wielkiego przeoczenia i izolacji wobec wydarzeń pierwszej połowy XX wieku (formalizm rosyjski, strukturalizm praski, New Criticism itd.). Compagnon upatruje w poczuciu wyższości Francuzów, wynikającego z przekonania o posiadaniu wspaniałej tradycji literackiej, której eksploracja przez zbyt długi czas naznaczona była piętnem XIX-wiecznego pozytywizmu naukowego. Idzie za tym fakt, że francuską teorię blokował brak filozofii języka i językoznawstwa, uniemożliwiających rozwój nowych metod formalnego badania tekstu. Ale to zapewne powód, dla którego „niezwykły blask” teorii we Francji lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (nazwanych przez autora „bajecznymi latami”) był tak oślepiający. Czytając „Demona teorii”, dostrzegamy inność i specyfikę francuskiej perspektywy i mimo wszystko „tradycyjność” autora. Polskiego czytelnika nie dziwi centralna pozycja Rolanda Barthesa w rozważaniach Compagnona, nieco zaskakują natomiast wyjątkowo uprzywilejowane role Gerarda Genette’a i Michaela Riffaterra, wobec nieszczególnie wyeksponowanej Kristevej, całkiem przemilczanego Derridy i najważniejszych krytyczek feministycznych.

Brnąc przez różne odsłony udramatyzowanej historii zmagań teorii z kolejnymi zagadnieniami podsuwanymi przez zdrowy rozsądek, oglądamy w istocie katalog jej wiecznych porażek. I znowu, smutku na zgliszczach dopełnia zdziwienie czytelnika, z jaką konsekwencją od pierwszych stron książki autor przemilcza wszystkie możliwości, które przed badaniami literackimi postawiły kolejne zwroty – kulturowy, performatywny, polityczny, i mogące przynieść teoretycznej refleksji ocalenie paradygmaty – psychoanaliza, marksizm, feminizm, postkolonializm, neopragmatyzm i tak dalej. Odpowiedź na tę zagadkę nie pada. W zakończeniu książki Compagnon prowokuje: „Dlaczego nie doprowadzić tych rozważań do chwili obecnej i nie uczynić ich bardziej aktualnymi? Może dlatego, że po roku 1975 nie opublikowano nic ciekawego? A może dlatego, że po tej dacie niczego nowszego nie przeczytałem? Lub dlatego, że sam zacząłem pisać? Wszystkie te przybliżone i cokolwiek zwodnicze odpowiedzi są tyle samo warte.” (s.235)

Wątpliwości może więc budzić decyzja redaktorów dotycząca poszerzenia bibliografii o dodatkowe pozycje polskich autorów i takie teksty obcojęzyczne, które w polskim literaturoznawstwie odegrały znaczącą rolę. Przy czym w szczególności redaktorzy upodobali sobie prace z zakresu krytyki feministycznej, problematyki gender, dekonstrukcji, neopragmatyzmu, zwrotu performatywnego czy zwłaszcza badań kulturowych. To natomiast problemy najzupełniej przez Compagnona pominięte, którym świadomie i z pełną premedytacją nie poświęcił uwagi w swoje książce. Bibliograficznym brakom postanowiono więc zaradzić. No cóż, przynajmniej z całą pewnością nie można redaktorów posądzić o jakikolwiek „błąd intencji”.

Warto natomiast przyjrzeć się zasadzie, zgodnie z którą autor organizuje kolejne rozdziały. Compagnon odwraca perspektywę pokazując, że kształtem teorii rządzi jej najpotężniejszy wróg – potwór zdrowego rozsądku – wielogłowa hydra, którą bezskutecznie na ścięcie prowadzą kolejni herosi. „Celem teorii jest bowiem zmusić zdrowy rozsądek do odwrotu. Kontestuje go ona, krytykuje, podważa jako szereg iluzji w kontekście – autor, świat, odbiorca, styl, historia, wartość – od których, jak mniema, należy się wpierw uwolnić, by móc mówić o literaturze. Lecz trudno sobie nawet wyobrazić, jak silny opór zdrowy rozsądek stawia teorii. (…) nigdy nie odpuszcza, a teoretycy tkwią w uporze. Nie mogąc rozprawić się raz na zawsze ze wszystkim, czego nie znoszą, wpadają we własne sidła. Stwierdzaliśmy to za każdym razem: aby ostatecznie zmusić do milczenia wszechobecne i uparte monstrum, głoszą paradoksy, takie jak śmierć autora czy obojętność literatury wobec rzeczywistości. Napędzana przez swego demona teoria traci szansę na wygraną, badacze literatury bowiem zawsze niechętnie łagodzą jakiś argument, kiedy można go doprowadzić do oksymoronu. I zdrowy rozsądek podnosi głowę” (s.231). I tak na przykład, w świetnie opisanym sporze o intencję, którego ikonami stają się Barthes i Picard zwyciężać wydaje się mediacyjny Hirsh, a kluczem do sukcesu staje się poskromienie demona i likwidacja doprowadzanej do skrajności alternatywy autor – tekst. Cel Compagnona jest jasny i wyartykułowany wielokrotnie: chce powstrzymać terror binarnej logiki, która rządzić miałaby całą teorią literatury. Tropi więc kolejne alternatywy, jak treść albo forma, opis albo narracja, przedstawienie lub znaczenie, autor – tekst, tekst – czytelnik itd., oddając ostatecznie głos wątpiącym arbitrom, rzecznikom doktryn umiarkowanych, których argumenty wydają się trudne do obrony, bo łatwiej argumentować na rzecz skrajności. W tę niewdzięczną rolę wciela się sam Compagnon i jakikolwiek będziemy mieli stosunek do takich preferencji, pozycja ta pozwala zbudować autorowi ciekawą i szczególnie dramatyczną historię teoretycznych sporów. Miejscami opowieść Compagnona przypomina nową wersję przypowieści o pannach roztropnych i nieroztropnych, której bohaterami stają się teoretycznoliteraccy herosi lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, grupowani właśnie według klucza roztropności. I choć Compagnon wielokrotnie zapewnia czytelnika, że wszystkie teorie podlegają krytyce, łącznie z teorią zdrowego rozsądku, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że każdorazowo w wyścigu stawia na zawodników „złotego środka”, wyważonych, stroniących od paradoksów, raczej poskramiaczy niż podżegaczy demona.

Jednym z najważniejszych i najbardziej intrygujących pytań, jakie Compagnon stawia w całej książce niejako „między wierszami”, jest pytanie o to, czym właściwie jest teoria dla badacza-czytelnika i o jakim rodzaju napięcia można mówić w przypadku tej relacji. Czy trudne losy teorii miałyby być bliskie trudnym losom wiary? „Postawa badacza literatury wobec teorii przypomina doktrynę podwójnej prawdy w teologii katolickiej. Wśród jej zwolenników teoria jest zarazem przedmiotem wiary i odrzucenia: wierzy się jej, ale mimo wszystko nie będzie się postępować tak, jakby się wierzyło jej całkiem” (s.232) – pisze Compagnon. Owej wierze opór wiecznie stawiać miałoby czytające „ja”, którego nie da się zredukować i którego doświadczenie zawsze jest „poza”, zawsze się wymyka: nikt nie ma wątpliwości, że podmiot i autor to wymarłe gatunki, ale każdy szuka „smaczków” w biografii; każdy wie, że wszystkie interpretacje są tak samo ważne, ale jednak nikt nie ma wątpliwości, że niektóre są ważniejsze.

Nie można, jak głosi ludowa mądrość, „być trochę w ciąży”, ale już trochę wierzyć, jak doskonale wiemy, oczywiście można. Wierzymy więc teorii „na pół gwizdka”. „W najlepszym wypadku moja wiara w teorię tylko połowicznie wpływa na mój zdrowy rozsądek, jak u owych katolików, którzy gdy im pasuje, przymykają oko na papieskie nauczanie dotyczące seksualności” (s.232). Uwierzyć teorii całkowicie to, jak twierdzi autor, zrezygnować z siebie-czytelnika i z wątpienia, a więc zapragnąć wypędzenia podżegającego demona, gwaranta wszelkich wyjątkowych emocji.

Definiując teorię, Compagnon nie podkreśla ani jej inwencyjności, ani systemowości. Tym, co dla niego najważniejsze jest krytyczny potencjał, który czyni z niej krytykę krytyki, podważającą ukryte założenia „akademickiej” historii literatury i „salonowej” krytyki literackiej. „Teoria zawsze protestuje przeciwko niedomówieniu; to nieustanne źródło niepokoju, protervus (protestant) dawnej scholastyki” (s.16) – pisze. Teoria z wiarą, według Compagona, ma więc niewiele wspólnego, bo kiedy wiara staje się ślepa i mnoży paradoksy, jedynym sensem teorii jest pielęgnowanie protestanckiej demoniczności. „Ktoś mnie spyta: A jaka jest pańska teoria? Odpowiem: Żadna. I to właśnie budzi strach: chciałoby się wiedzieć, jaka jest moja doktryna, wiara, którą trzeba będzie przyjąć podczas lektury tej książki. Nie martwcie się albo bądźcie jeszcze bardziej zaniepokojeni. Nie mam wiary – protervus jest bez czci i wiary, to wieczny adwokat diabła lub diabeł wcielony” (s.16). No cóż, wygląda na to, że „jak Gargantua, który nie wie, czy ma się śmiać czy płakać, kiedy urodził mu się syn, lecz umarła mu od tego żona, skazani jesteśmy na niepewność” (s.235) – jako że pewność wydaje się najmniej zdroworozsądkową ze wszystkich rzeczy.
Antoine Compagnon: „Demon teorii. Literatura a zdrowy rozsądek”. Przełożył Tomasz Stróżyński. Wydawnictwo słowo/obraz terytoria. Gdańsk 2010.