Wydanie bieżące

15 lutego 4 (172) / 2011

Katarzyna Szopa,

BYCIE-JAKO-KOBIETA

A A A
Nie sposób na chłodno i bez emocji pisać o ostatnio wydanej na polskim gruncie literackim legendarnej książki „Ce sexe qui n’en est pas un” autorstwa Luce Irigaray. „Ta płeć (jedną) płcią niebędąca” pojawiła się niespodziewanie, a jednak z wyraźnie opóźnionym entrée, ponieważ minęło już ponad trzydzieści lat od wydania francuskojęzycznego oryginału. Od tamtej pory na język polski nie przetłumaczono zbyt wielu prac Irigaray. Dekada dzieli nas od ostatniego przekładu Agaty Araszkiewicz „Ciało-w-ciało z matką”, równie spektakularnej książki taj wybitnej francuskiej myślicielki. Oprócz wydań książkowych należy pamiętać o wcześniejszych tłumaczeniach pojedynczych tekstów: „Ta płeć, która nie jest jednością” w przekładzie Krystyny Kłosińskiej, czy znacznie późniejszy przekład „Rynku kobiet” dokonany przez Agatę Araszkiewicz. W świetle całego dorobku, jaki ma na swoim koncie Irigaray, przekłady te to jedynie kropla w morzu. Niemniej jednak śmiało możemy mówić o wydarzeniu przełomowym — polska myśl feministyczna uzupełniona została o niezwykłą pozycję.

„Ta płeć (jedną) płcią niebędąca” to książka „po przejściach”, która niesie ze sobą cały bagaż historii — bogatą recepcję twórczości Irigaray, spory wokół jej myśli filozoficznej, zaplecze krytyczne, przełomowe wydarzenia w świecie społeczno-politycznym i w ruchach feministycznych. Wydawałoby się, że cofamy się do zamierzchłych czasów, ale bez wątpienia myśl tej wybitnej filozofki nie jest anachroniczna. Koncepcje Irigaray są wciąż aktualne i inspirujące dla wszelkich nurtów postfeministycznych.

Książka ta podejmuje ważne kwestie dotyczące kultury, w której żyjemy. Zadaje podstawowe pytania o współczesną tożsamość płciową. Podważa uniwersalizujące sądy patriarchatu i skałę dyskursu, a przede wszystkim obala wizję mitycznej jedności płci. Kompozycja książki (jak i jej tytuł) wskazuje już na konsekwentne kroczenie ścieżką wielości. „Ta płeć (jedną) płcią niebędąca” składa się ze zbioru szkiców, wywiadów i esejów o niezwykle zróżnicowanej, charakterystycznej dla Irigaray, formie gatunkowej. Rysuje się cały wachlarz eksperymentatorskich form: od intymnej i niezwykle subtelnej krytyki, aż po impresywne narracje, z których wyłania się wizja filozofii różnicy seksualnej, Irigarayowska wizytówka. O specyficznym języku refleksji Irigaray, który jest jednocześnie próbą wdrożenia koncepcji écriture féminine, pisze Krystyna Kłosińska w swojej najnowszej książce „Feministyczna krytyka literacka”: „Trudna w czytaniu? Tak. Nie pozwala bowiem na »bezsenność języka« i myśli. Domaga się przerw w lekturze. Wysadza z bezpiecznych pozycji. Nakłania do zmiany utartych koncepcji. Za słowo kluczowe uznałabym ów »ruch«, który wibruje w jej pisaniu. Ruch, który także nie powinien zamienić się w bezruch w praktyce społecznej feminizmu”.

Ów wewnątrztekstowy ruch stanie się ekwiwalentem ruchu „dwóch warg”, znaczącej figury w koncepcji francuskiej filozofki. Za podobną figurę w burzliwym okresie przemian lat 70. uważany jest śmiech, a konkretniej śmiech meduzy, który będzie sygnował feministyczne postulaty Hélène Cixous. Utrzymane w podobnym tonie programowe teksty najwybitniejszych feministek różnicy w niczym nie będą przypominały strukturalistycznych wywodów znanych teoretyków i filozofów. O ile dziś styl ten wydaje się dyskusyjny, o tyle w historycznym aspekcie należy postrzegać go jako próbę zdekonstruowania sztywnego dyskursu kultury patriarchalnej.

Irigaray tworzy utopijną wizję, w której relacje dwóch płci w afirmatywny sposób będą się wzajemnie dopełniać. Jej koncepcja tożsamości we współczesnej kulturze jest zawsze ujmowana z perspektywy kobiecej. Francuska myślicielka obiera punkt widzenia Dory, matki, córki, służącej. W swojej analizie Freudowskiej relacji matki i córki, czy kobiecej jouissance Irigaray bezwzględnie tropi myśl psychoanalityka i rekonstruuje archetypiczne, preedypalne relacje płci. Przybierając formę zapytań, kwestionuje Irigaray androcentryczny uniwersalizm psychoanalitycznej wizji kobiecości: „Dlaczego kobieta miałaby porzucić swoją matkę – znienawidzić ją – opuścić swój dom, odejść od swej rodziny?”. Kultywacja różnicy ma doprowadzić do przywrócenia kobiecie centralnego miejsca, ma być sposobem wydarcia jej spoza obrzeży patriarchalnej ideologii. Ów psychoanalityczny „czarny kontynent” kobiecej seksualności ma stać się swoistym miejscem afirmacji, w którym nie będzie już monopolu na jedną płeć.

Hegemonii męskiego spojrzenia przeciwstawia Irigaray dotyk, jako symbol nasączony kobiecością. Somatyczny sposób doświadczania świata nakłada się między innymi na koncepcję języka, parler-femme (swoiste „mówienie-jako-kobieta”). Również za pomocą słów – pisze Irigaray – kobieta nieustannie siebie dotyka. Kobiece mówienie/pisanie nie jest rewersem męskiego stylu, ale osobną kategorią, zacierającą wszelkie dychotomie. Każde założenie powinno zostać wywrócone i wysadzone z nadanego mu sensu. Kobieca twórczość będzie zatem dla Irigaray swoistą archeologią sensów, które z rozkoszą odkrywać trzeba od nowa: „Ów kobiecy »styl« bądź kobiece »pisanie« podkładają raczej ogień pod słowa, które stały się fetyszami, ścisłe określenia, pod właściwie zbudowane formy. »Styl« ów nie uprzywilejowuje spojrzenia, lecz każdą figurę odsyła na powrót do jej źródeł, również tych dotykowych. U źródeł tych kontaktuje, styka się ona na powrót z sobą, nie tworząc jednak tamże – samej również nie przybierając postaci – jakiejkolwiek jedności”. Clou myśli francuskiej filozofki tkwi w odmowie definiowania, klasyfikowania i dookreślania. Kobiecość ujmuje ona w niezwykle subtelny i jednostkowy sposób, stroniąc od wszelkich prób hierarchizacji.

Spośród wielu różnorodnych wyjść z patriarchalnego impasu, przedstawia autorka „Tej płci…” szczególny rodzaj kobiecej aktywności. Tworząc koncepcję mimetyzmu, Irigaray proponuje wyjście z cienia patriarchalnych mitów poprzez ich naśladowanie i „ludyczne powtarzanie”. W ten sposób możliwe jest demistyfikowanie męskiego dyskursu o kobiecie. Barbara Smoleń postrzega tę konwencję jako grę sprytnie nakładanych masek: naśladować, ale tak, by osłabiać od wewnątrz, rozbijać, otwierać. Mimetyzm nie jest zatem rodzajem mimikry, nie polega na wpasowaniu się w dominującą hierarchię, ale jest rozbiciem struktury ideologii od wewnątrz, jej karnawalizacją.

W książce odnajdziemy również tłumaczony już na język polski słynny „Rynek kobiet”, w którym Irigaray, pożyczając marksowską teorię i terminologię, w drastyczny sposób ukazuje podległość jednej płci wobec drugiej. Kobieta określana jest jako towar, przedmiot wymiany między mężczyznami. Jej wartość tkwi w użyteczności — Irigaray powie, że kobieta nie jest posiadana, ale właśnie używana. W kolejnym szkicu „Towary między sobą” autorka kontynuuje tezy zawarte w „Rynku…” i podkreśla, że ekonomia wymiany napędzana jest przez porządek społeczno-kulturowy, polegający na utrzymaniu zasady jednopłciowości. Męskiej płciowości rzecz jasna. Irigaray tropi również kulturowe spojrzenie na kobiecą homoseksualność, która oddana została w jarzmo męskich fantazmatów. Paradoksalnie jest to jedyny sposób, który dopuszcza do nawiązania wzajemnych relacji między towarami: „Towary bowiem mogą nawiązać relacje między sobą wyłącznie pod bacznym spojrzeniem swych »strażników«. Nie ma mowy, by same udały się na »rynek«, by »między sobą« skorzystały ze swej wartości, by weszły z sobą w dialog, by wzajemnie się pożądały bez kontroli ze strony sprzedających-nabywających-konsumujących je podmiotów. Zaś związki między nimi opierać się muszą na zasadach konkurencji, z korzyścią dla kupców rzecz jasna”. Irigaray w swojej ocenie relacji między płciami pozostaje bezwzględna. Wszystko to przypomina koszmar z Orwellowskiej antyutopii, a już najbliżej tezom z „Rynku kobiet” do futurologicznych wizji z „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood.

A jednak autorka nie daje za wygraną i postuluje swego rodzaju ucieczkę z rynku: „A gdyby towary sprzeciwiły się pójściu na »rynek«? Wbrew wszystkiemu nawiązując między sobą innego rodzaju kontakty i relacje?” Bez wzajemnej rywalizacji, poza męską kontrolą. Nie chodzi bowiem o bunt. Feminizm nie jest, jak wielu zwykło myśleć, terenem zaciekłych walk pomiędzy płciami, ale alternatywą, w obrębie której różnica nie będzie źródłem opresji.

Irigaray jest fascynująca w swoim sposobie tworzenia filozofii miłości, która za pomocą różnic w paradoksalny sposób znosi wszelkie podziały pomiędzy płciami. W swojej tożsamościowej wizji nieustannie dąży do katastrofy podmiotowości, w której chciałaby widzieć psychiczną biseksualność obu płci. Irigarayowska idea całujących się kobiecych warg rysuje się jako wyraźny kontrargument wobec fallocentryzmu utrwalającego męską dominację. W pewnym sensie kobiecy śmiech jest właśnie tym, co wytrąca falliczną powagę sensu z ram prawdy i jednoznaczności. Natomiast różnicowanie pozwala na pozostanie w ciągłej nierównowadze myśli, poza pułapką dyskursu. Dlatego też filozofia różnicy stała się szeroko zakrojonym projektem późniejszych teorii postfeministycznych, a myśl francuskiej feministki nie zdezaktualizowała się, co można potwierdzić słowami Krystyny Kłosińskiej: „(…) po trzydziestu latach kobiety, nawet o tym nie wiedząc, diagnozują rzeczywistość i mówią językiem Cixous, Irigaray, Kristevej. (…) mamy wstęp do nadal istniejącego kobiecego »czarnego kontynentu« dzięki pisaniu kobiet z Czarnego Kontynentu”.
Luce Irigaray: „Ta płeć (jedną) płcią niebędąca”. Przełożył S. Królak. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków 2010 [seria: „Eidos”].