Wydanie bieżące

1 marca 5 (173) / 2011

Natalia Gruenpeter,

Z KRWI I KOŚCI

A A A
Film „Do szpiku kości” wszedł na polskie ekrany w atmosferze oscarowej gorączki. Cztery nominacje, w tym dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej i najlepszego filmu, sprawiły, że skromna, niezależna produkcja znalazła się w tej samej lidze, co filmy tak uznanych twórców, jak David Fincher, Danny Boyle, bracia Coen czy Darren Aronofsky. Niezależnie od decyzji Akademii, pozycja „Do szpiku kości” wydaje się już mocno ugruntowana. Film został doskonale przyjęty przez krytyków, otrzymał Główną Nagrodę Jury na festiwalu Sundance i odniósł spory sukces kasowy.

Akcja filmu rozgrywa się w nieprzyjaznych górach Ozark, w niewielkiej, zamkniętej społeczności, która rządzi się własnymi prawami. Jessup Dolly, znany w okolicy producent metamfetaminy, zastawił cały majątek, aby wyjść z aresztu, a następnie zaginął. Jeżeli nie pojawi się na rozprawie sądowej, jego rodzina zostanie pozbawiona dachu nad głową. Zapobiec próbuje temu siedemnastoletnia Ree (Jennifer Lawrence), córka Jessupa, która jest jedyną opiekunką swojej bezradnej, katatonicznej matki i dwójki młodszego rodzeństwa. Dziewczyna wyrusza na poszukiwanie ojca, żywego lub martwego. Wędruje przez zaniedbane domy swoich krewnych, zagracone podwórka i spalone rudery, ale napotyka jedynie na milczenie bądź przemoc.

Film Debry Granik jest ekranizacją powieści Daniela Woodrella, który często określa swoje książki mianem country noir. To odwołanie do czarnego kina wykracza daleko poza prostą konstatację, że mamy do czynienia ze schematem historii kryminalnej rozgrywającej się nie na ulicach Los Angeles, ale w niewielkim miasteczku lub na wsi, a centralną figurą jest postać detektywa, w tym przypadku młodej dziewczyny, rozwiązującej zagadkę zniknięcia swojego ojca. To ostatnie stwierdzenie jest zresztą bezzasadne, gdyż Ree wcale nie zależy na dotarciu do prawdy. Prawda wydaje się albo nieosiągalna, ukryta w gąszczu niejasnych motywów, albo wręcz niebezpieczna. To właśnie w ukazaniu świata pozorów, atmosfery nieufności i strachu leży głębsze odniesienie do czarnego kina.

Świat przedstawiony filmu „Do szpiku kości” wykreowany jest z niebywałą precyzją i niemal dokumentalną surowością. Twarze bohaterów naznaczone są zmęczeniem albo wieloletnim uzależnieniem od narkotyków, środowisko, w którym żyją, jest brudne, a błąkające się wokół domów zwierzęta – głodne i zaniedbane. Warstwa wizualna do złudzenia przypomina dokumentalne fotografie Shelby’ego Lee Adamsa, artysty wyróżnionego w 2010 roku stypendium Guggenheima. Od połowy lat siedemdziesiątych Adams portretuje mieszkańców regionu Appalachy, pod pewnymi względami bardzo podobnego do ukazanego w filmie Ozark. Ukształtowanie terenu oraz głęboko zakorzenione poczucie odrębności kulturowej spowodowały, że część ludności tego regionu żyje we względnej izolacji od świata zewnętrznego, pozbawiona dostępu do edukacji, mediów czy opieki zdrowotnej. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Z pooranych zmarszczkami twarzy Adams wydobywa godność i siłę, a nie obłudę i bezwzględność.

Debra Granik nie tylko dołożyła wszelkich starań, żeby znaleźć fragment rzeczywistości jak najbardziej przypominający świat opisany w książce Woodrella, ale i przyjęła pewne standardy pracy dokumentalisty. Obsadzając w swoim filmie górali z Ozark, filmując prawdziwe domostwa, a do pewnego stopnia także styl życia (mam tutaj na myśli na przykład polowanie na wiewiórki, a nie gotowanie metamfetaminy), zadbała o to, żeby nikt nie poczuł się wykorzystany czy oszukany. Jak podkreśla w wywiadach, chciała mieć pewność, że wszyscy znają treść książki i wiedzą, że ich świat może zapisać się w pamięci widzów jako miejsce pełne bezwzględnych handlarzy narkotyków.

Paradoksalnie, precyzja w konstruowaniu zewnętrznej powłoki świata przedstawionego, czyli to, co z taką siłą przemawia do widza, jest również interpretacyjną pułapką. Narzuca bowiem realistyczny czy socjologizujący styl odbioru, wywołuje nierozstrzygalną i jałową w mojej opinii debatę o prawdopodobieństwie fabularnych rozwiązań i psychologii postaci. Jeśli jednak szukać w „Do szpiku kości” jakiejś myśli społecznej, to nie w obrazie brzydkiego, zdegradowanego świata ani w wulgarnym determinizmie, ale w postawach bohaterów wobec narzucanych im ról, także tych związanych z płcią. Dlatego nie zgadzam się z Bartoszem Żurawieckim, który pisze: „Bohaterka filmu, Ree (…) jest – jak na ten świat – za ładna i za inteligentna. Desperacko poszukiwać będzie swego zaginionego ojca, doznając przy tym najprzeróżniejszych upokorzeń od tubylców, z ciężkim pobiciem włącznie. A jednak, w epilogu usiądzie na ganku z rodzeństwem i sentymentalnie trąci struny banjo” (http://www.orange.pl/kid,4000002706,id,4000485100,title,Bartosz-Zurawiecki-happy-end-dla-naiwnych,article.html). Trudno chyba o bardziej nietrafioną interpretację finału, który krytyk nazywa „happy endem dla naiwnych”. Ree nie zgadza się na rolę ofiary i podejmuje niewygodne dla całej społeczności kroki. Kiedy samodzielnie szuka pomocy, pada pytanie: „Nie mogłaś wysłać jakiegoś faceta?”. Wchodzi więc w sferę zastrzeżoną dla mężczyzn, kwestionuje granice, zmusza innych do ponownego ustanowienia ich tożsamości poprzez działanie. W tym kontekście interesujące wydają się zwłaszcza jej relacje z wujem, który początkowo niechętnie podejmuje jakiekolwiek kroki zmierzające do wyjaśnienia zagadki zniknięcia swojego brata, a następnie ryzykuje życiem, żeby pomóc Ree. Czy Teardrop (John Hawkes) od początku znał prawdę, ale była ona dla niego niewygodna? Czy dlatego tak brutalnie przymuszał Ree do milczenia? W finale filmu Teardrop mówi, że znalazł winowajcę i odmawia przyjęcia banjo swojego brata, żegnając się tym samym z Ree. Swoiście pojęty kodeks moralny nakazuje mu dokonanie wendetty, która prawdopodobnie nie pozostanie bez odpowiedzi. Chyba tylko naiwna lektura pozwala dostrzec w tym gorzkim zakończeniu happy end.

Choć najnowszy film Debry Granik jest adaptacją powieści, w wyraźny sposób podejmuje problematykę obecną już w debiutanckim „Down to the Bone” (2004), zrealizowanym według oryginalnego scenariusza reżyserki. Samotność głównych bohaterek, życie w cieniu narkotyków, destrukcyjny wpływ najbliższych ludzi i małomiasteczkowego, klaustrofobicznego otoczenia – to uniwersum tematów, z jakimi mierzy się Granik. Pierwsze minuty „Down to the Bone” przywołują dokumentalne, niedbałe zdjęcia z filmów Michaela Moore’a. Po kilku statycznych ujęciach, nakręconych na pustym parkingu przed supermarketem, widzimy nagle zbliżenie wielkiego tortu udekorowanego na podobieństwo amerykańskiej flagi. Tuż za tym kiczowatym, sztucznym ciastem kasjerka przesuwa surowe mięso, a pozostałe towary pakuje w torbę z przestrogą „Keep America Safe”. Pomimo absolutnego realizmu sceny, łatwo poddać się pokusie odczytania jej jako wypowiedzi retorycznej, komentującej dwubieguność amerykańskiej rzeczywistości. Choć Granik nigdy do końca nie porzuca tego tonu – chyba nieprzypadkowo w oknie dilera narkotyków wisi olbrzymia amerykańska flaga – wymowy jej filmu nie można sprowadzić do prostej konstatacji, że ze Stanami Zjednoczonymi coś nie jest w porządku. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem ambicja naszkicowania intymnego portretu kobiety (w tej roli Vera Farmiga), która właśnie odkryła, że regularne zażywanie narkotyków staje się poważnym kłopotem, zarówno finansowym, jak i psychologicznym. Brak wsparcia ze strony męża pcha ją w ramiona innego mężczyzny, byłego narkomana, który powraca do dawnych nawyków. Jedynie miłość do dwójki dzieci, wyraźnie odczuwających emocjonalną nieobecność matki, będzie trwałym fundamentem, na którym Irene w końcu spróbuje odbudować własne życie.

Debra Granik opiera konstrukcję dramaturgiczną swoich filmów przede wszystkim na działaniach głównych bohaterek. Kamera śledzi niemal każdy ich ruch, podkreśla poczucie osaczenia i samotności. O ile jednak protagonistka debiutanckiego filmu reżyserki dopiero szuka w sobie siły, aby wyjść z nałogu, Ree z „Do szpiku kości” skutecznie opiera się pokusie znieczulenia poprzez narkotyki, choć niemal wszyscy dorośli dają jej taki przykład. Jej niezłomność jest może nieprawdopodobna, ale – jak zaznaczyłam wcześniej – nie prawdopodobieństwo decyduje o wartości filmu. Oglądanie tak silnej kobiety na ekranie jest prawdziwą przyjemnością, dlatego, kiedy Bartosz Żurawiecki wyrokuje: „Za kilka lat Ree również zmieni się w grubego, zapijaczonego babsztyla”, nie wierzę mu.
„Do szpiku kości” („Winter’s Bone”). Reż.: Debra Granik. Scen.: Debra Granik, Anne Rosellini. Obsada: Jennifer Lawrence, John Hawkes, Garret Dillahunt. Gatunek: dramat. Produkcja: USA 2010, 100 min.