ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (173) / 2011

Bolesław Racięski,

KRÓL SIĘ JĄKA

A A A
„Jak zostać królem” był wśród oscarowych faworytów drugim, po „The Social Network” Davida Finchera, przykładem nadzwyczajnej wręcz umiejętności prowadzenia filmowej narracji, doskonałym dowodem na to, że nawet najbanalniejsza historia potrafi widza zaangażować – wystarczy tylko (tylko?) dobrze ją opowiedzieć.

W filmie Toma Hoopera diuk Jorku (Colin Firth), chorobliwy jąkała, najpierw zmuszony zostaje do stawienia czoła wymaganiom radia („diabelskiego wynalazku, który z monarchów uczynił aktorów”, jak określa je Jerzy V), by po śmierci swego ojca i abdykacji brata zasiąść na królewskim tronie. Teraz jego wystąpienia nabiorą wagi największej – w obliczu zbliżającej się kolejnej wojny światowej Jerzy VI musi zagrzewać swój lud do walki. Niestety, z przypadłością bohatera, znacznie wpływającą na jakość przemówień, nie potrafił poradzić sobie żaden z zatrudnianych dotychczas ekspertów. Ratunkiem dla majestatu może okazać się współpraca z ekscentrycznym Lionelem Logue (Geoffrey Rush) – specjalistą od wad wymowy, który niewiele robi sobie z książęcego, a potem królewskiego autorytetu swego pacjenta.

Film Hoopera opiera się na kilku podstawowych, znanych od dawna założeniach. Pierwszym z nich jest kontrastowe zestawienie arystokraty z plebejuszem, któremu obce są reguły panujące na królewskim dworze. Ekspert zwraca się do swego pacjenta per „Bertie” (a tak nazywać go może tylko najbliższa rodzina) i zakłada się z nim o pieniądze. Niemałą rolę gra tu również kwesta korzeni – Logue jest bowiem Australijczykiem, obywatelem brytyjskiej kolonii, co czyni z niego istotę jeszcze niższego rzędu niż krajowy mieszczanin („Australia is calling”, głosi złowieszczy napis w poczekalni terapeuty). Bertie tymczasem zachowuje się tak, jakby wadę wymowy chciał zamaskować przesadnym wręcz akcentowaniem swojego pochodzenia – sztywny i dostojny, w początkowej fazie leczenia rzadko pozwala sobie chociaż na półuśmiech. Oczywiście, bariery między bohaterami w końcu runą, a Hooper będzie mógł wprowadzić drugi motyw – pokaże, że „król też człowiek” i zdarza mu się nie tylko śpiewać, ale i przeklinać (nawet, jeśli robi to tylko dla dobra terapii). Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że z tego procesu wzajemnego przenikania się charakterów tylko król wychodzi zmieniony, choć również Logue powinien się czegoś nauczyć. W jednej ze scen terapeuta, niespełniony aktor prowincjonalny, dowiaduje się w czasie castingu do „Henryka V”, że jest „za mało królewski”, by zagrać tytułową rolę. Szkoda, że ten wątek zostaje przez reżysera zarzucony, Logue już w teatrze się nie pojawi, a scena przesłuchania zmienia się w mało wyszukaną metaforę przepaści, jaka oddziela terapeutę od jego pacjenta.

Polski tytuł „Jak zostać królem” doskonale oddaje kolejną z idei filmu: heroiczną walkę z własnymi słabościami, zakończoną sukcesem przemianę z zakompleksionego Bertiego w króla pełną, nomen omen, gębą. Niestety, historia o plebejuszu, który nietypowymi metodami ratuje nadzwyczaj usztywnionego arystokratę, tonie w banale i szablonach. Zwłaszcza, że Hooper oprócz prostych kontrastów i okazjonalnego patosu, serwuje widzowi również inne wątpliwe pomysły. Jeżeli królewska małżonka Elżbieta (Helena Bonham Carter) twierdzi, że problem męża leży tylko w fizycznych wadach aparatu mowy, widz wie już, że rozwiązanie nie może być tak proste. I faktycznie, wkrótce terapia zmienia się w quasi-psychoanalityczne zwierzenia na kozetce u logopedy, w których czasie poznajemy ponure metody wychowywania królewskich potomków. Gdy dowiadujemy się o zgubnym wpływie, jaki na brata Bertiego, Davida (Guy Pearce), ma pochodząca z gminu niejaka pani Simpson (Eve Best), ta zademonstruje swą dominację, ostentacyjnie stukając w pusty kieliszek, natychmiast wysyłając ukochanego do piwnicy po więcej wina. Symptomatyczne są zwłaszcza ostatnie sekundy filmu: w finalnym kadrze widzimy co prawda ponurą twarz Logue’a (zmartwionego prawdopodobnie nadchodzącą wojną), ale wydźwięk tego niepokojącego obrazu natychmiast zniwelowany zostaje buchającymi optymizmem informacjami o tym, że Jerzy VI stał się symbolem walki z Hitlerem, a król i terapeuta przyjaźnili się aż po kres swoich dni.

Jednak Hooperowi nie mogą zaszkodzić żadne oskarżenia o prawienie komunałów, gdyż twórca ani przez moment nie ma ambicji, by od nich uciec. „Jak zostać królem” to produkcja z gruntu mainstreamowa, zaspokajająca podstawowe potrzeby widza żądającego od filmu przewidywalności i szczęśliwego zakończenia. Nie jest to, dajmy na to, bezlitosna dekonstrukcja mitu rodziny królewskiej, lecz ciepła historia z przesłaniem – szablony aktualizowane są tutaj zbyt konsekwentnie, by choć przez chwilę myśleć inaczej. Ale „Jak zostać królem” broni się nie tylko wtedy, gdy spojrzeć na niego pobłażliwie – składające się na film komunały zmontowane zostały bowiem nadzwyczaj sprawnie, a bluzgająca truizmami historia skryła się pod fantastyczną filmową konstrukcją. Hooper opowiada znakomicie, a przy tym elegancko. Sympatia, z którą podchodzi do swych bohaterów (pochylając się nad ich problemami, a nie wyśmiewając je), doskonale łączy się z nienapastliwym humorem, perfekcyjnymi dialogami, a przede wszystkim samą formą filmu – zgaszonymi kolorami i statycznymi ujęciami. Nawet klnący król, z wysiłkiem przypominający sobie kolejne wulgaryzmy, ani przez moment nie traci swojego dostojeństwa.

Odtwarzający postać monarchy Colin Firth dostał od Hoopera rolę wręcz wymarzoną, bo pozwalającą działać na wielu płaszczyznach – zmiana fizyczna towarzyszy tu bowiem zmianie wewnętrznej. Jerzy VI nie tylko zmaga się z wyraźnym defektem, ale zmuszony jest również stoczyć wycieńczającą batalię arystokraty z mieszczaninem i odnaleźć się na królewskim tronie. Firth gra kapitalnie, poczciwego Geoffreya Rusha spychając gdzieś w tło – to, co zapowiadało się jako popis dwójki aktorów, zmienia się w ekscytujący solowy koncert jednego z nich. Prawdziwy tour de force staje się jednak udziałem Heleny Bonham Carter. Oczywiście, pierwszy zachwyt jest efektem zaskoczenia – w szeroko dystrybuowanych filmach rzadko bowiem zobaczyć ją możemy w rolach innych, niż te o proweniencji czysto fantastycznej (z gotycko-parodystyczną Bellatrix Lestrange, postrachem Harry’ego Pottera, na czele). Potem jest jednak jeszcze lepiej: przyobleczona w aparycję angielskiej aktorki Elżbieta urzeka promieniującym z niej rozdarciem między umiłowaniem protokołu i przywiązaniem do tradycji a niezaprzeczalną sympatią, jaką darzy ludzi z gminu. Fascynuje, gdy pchana potrzebą pomocy mężowi usiłuje pogodzić arystokratyczny tryb życia z rzeczywistością, w której na toaletę mówi się „kibelek”. Przede wszystkim jednak przemawia przez nią niezaprzeczalna troska o małżonka, czasem wygrana tylko delikatnym gestem albo lekkim uniesieniem brwi. Elżbieta niemal zawsze pozostaje w cieniu Jerzego VI, tymczasem Bonham Carter potrafi przyćmić tutaj nawet wybornego Firtha.

„Jak zostać królem” nie stawia niepokojących pytań, nie podważa utartych przekonań, nie burzy ideologii. Jest przy tym filmem stworzonym z nadzwyczajnym wyczuciem i talentem, co razem daje efekt pierwszorzędnego kina dla każdego: film Hoopera to bowiem rozrywka raczej niewymagająca, ale nie wstydliwa.
„Jak zostać królem” („King’s Speech”). Reż.: Tom Hooper. Scen.: David Seidler. Obsada: Colin Firth, Geoffrey Rush, Helena Bonham Carter, Guy Pearce. Gatunek: film biograficzny / dramat historyczny. Produkcja: Australia / USA / Wielka Brytania 2010, 118 min.