Wydanie bieżące

1 marca 5 (173) / 2011

Marek Olszewski,

K. JEDZIE DO AMERYKI

A A A
Proza Krasznahorkaia stawia wysokie wymagania czytelnikowi. Długie, wielokrotnie złożone zdania, oddzielone od siebie tylko przecinkami, kompozycja szkatułkowa, mieszanie czasów i przestrzeni, w których dzieje się akcja – to tylko niektóre utrudnienia, którym trzeba sprostać. Jedno jest pewne: gra jest warta świeczki. Niewielu współczesnych pisarzy potrafi z taką bezkompromisowością i intelektualną dyscypliną stawiać ryzykowne pytania o sprawy najistotniejsze: istnienie Boga, poznawalną naturę rzeczywistości czy sens historii.

Głównym bohaterem „Wojny i wojny” jest czterdziestoczteroletni György Korim – pracownik archiwum z małego miasteczka, położonego 220 kilometrów na południowy-zachód od Budapesztu. W jego nudnym i, wydawałoby się, poukładanym życiu wszystko ulega zmianie, gdy pewnego dnia pośród wielu zgromadzonych dokumentów odnajduje tajemniczy rękopis. Korim nie zna jego źródeł, daty powstania, autora, ani tym bardziej celu, w jakim został spisany. Nie przeszkadza mu to jednak, by z wyczytanej historii czterech bohaterów podróżujących po średniowiecznej Europie uczynić prywatną Księgę, nadającą jego życiu sens. Rękopis okazuje się dla bohatera czymś w rodzaju Pisma Świętego, zaś pragnienie uwiecznienia i przekazania innym ludziom prawdy, którą zawiera, staje się odtąd celem wszystkich jego działań. Jeżeli w tym momencie recenzji ktoś wzdryga się, przypominając sobie wyjątkowo nieudaną powieść Orhana Pamuka, „Nowe życie”, spieszę donieść, że wszelkie podobieństwa z „Wojną i wojną” kończą się w tym miejscu. Korim postanawia zatem wyruszyć w podróż do „centrum świata, gdzie wszystko się dzieje i rozstrzyga”, czyli do Nowego Jorku, po to, by rozpowszechnić posiadaną opowieść. Dla przedsięwziętej misji poświęca spokój życia rodzinnego (zostawia żonę), sprzedaje cały swój dobytek, a wszystkie uzyskane pieniądze zaszywa w połę płaszcza obok rękopisu. Tak przystępuje do realizacji swojej idée fixe.

Większa część narracji jest niekończącym się monologiem, który bohater wygłasza, nie dopuszczając do głosu innych, gdyż obawia się agresji z ich strony. Jego opowieść jest więc nie tylko narzędziem samopoznania, ale też w pewnym sensie formą obrony przed światem, jego zagadywaniem. Korim przemawia w rozmaitych okolicznościach, wobec coraz to innych odbiorców, którzy bardzo często okazują mu swoje lekceważenie lub po prostu – jak to jest w przypadku portorykańskiej imigrantki – nie rozumieją, co do nich mówi, ponieważ używa węgierskiego. Na przeszkodzie do porozumienia się z innymi staje bohaterowi język, który z natury rozpada się, jest nieczytelny, nie potrafi oddać bogactwa rzeczywistości. W „Wojnie i wojnie” nie brakuje też autoironicznych uwag, w których pisarz, świadomy specyficznej stylistyki, którą się posługuje, stawia pytanie o to ,w jaki sposób zastosowana forma determinuje odbiór.

Całej wyprawie Korima towarzyszy nieustający strach. Ze strony większości ludzi, których spotyka, doświadcza agresji – zostaje zraniony nożem przez grupkę węgierskich wyrostków, na lotnisku w Nowym Jorku odbiera cios od nieznajomego mężczyzny, później na ulicach Brooklynu zostaje pobity i okradziony. Wizja świata, która wyłania się z powieści „Wojna i wojna”, jest wyjątkowo ponura, co dodatkowo wyolbrzymia perspektywa naiwnie dobrotliwego narratora – Korima. Potencjał mroku oraz zwierzęcych instynktów kumulujących się w człowieku przywodzą na myśl obrazy z prozy Cormaca McCarthy’ego. Nieprzypadkowy jest tytuł powieści, znamienna parafraza z Tołstoja. Obie opisywane przez narratora rzeczywistości – zarówno ta, w której żyje Korim, jak i archetypiczny względem tego pierwszego świat opisany w rękopisie – opierają się o tę samą zasadę, determinującą ludzkie działania. Jest nią wojna, co ciekawe, niespotykająca bohaterów bezpośrednio w żadnym punkcie opowieści. Wojna wisi nad nimi, stanowi ciągłe zagrożenie, przyczynia się do stanów lękowych, jest praprzyczyną ludzkich zachowań.

Korim to obcy, odrealniony dziwak, który nie potrafi odnaleźć swojego miejsca w rzeczywistości. Trudno go gdziekolwiek dopasować, dlatego tym łatwiej otoczenie może uczynić z niego obiekt szykan. Mimo tylu przykrych wydarzeń, bohater nie potrafi całkowicie odseparować się od ludzi, stale potrzebuje ich pomocy, jest w pewien tragiczny sposób całkowicie od nich zależny. Nieświadomie zwraca na siebie uwagę innych, gdy niczym Kafkowski Józef K. nie chce podporządkować się niejasnym nowoczesnym procedurom. Jest również w ciągłej ucieczce przed ścigającymi go funkcjonariuszami kliniki psychiatrycznej, choć nie do końca wiadomo, na ile jest to zagrożenie realne, a na ile stanowi kolejną fantasmagorię wymęczonego neurotyka.

Odkrycie rękopisu przychodzi w momencie, gdy Korim przeżywa poważny kryzys, związany z poznawczą niemocą i wynikającym stąd poczuciem wykorzenienia. Za swojego patrona obiera boga Hermesa symbolizującego utratę domu i wszelkiej przynależności. Opisy dezintegracji tożsamości człowieka współczesnego u Krasznahorkaia dostarczają skojarzeń z prozą innego wybitnego Węgra – Imre Kertesza, dla którego temat rozbicia „ja” jest stale powracającą obsesją (to podobieństwo zyskuje na wyrazistości, gdy weźmiemy pod uwagę sugerowaną w tytule powieści wojnę jako czynnik decydujący o rozpadzie rdzenia osobowości).

Korim stwierdza, że jedyną właściwością świata, o której z całą pewnością można coś orzec, jest jego skomplikowanie. Historia, którą zajmuje się zawodowo, jest gorzkim dowodem na to, że rzeczywistość pozostaje dla człowieka nieosiągalna. To rodzi w bohaterze frustrację i rozgoryczenie. Dochodzi on jednak do wniosku, że nawet jeśli świat obiektywny nie istnieje, to istnieją wszelkie odnoszące się doń myśli, idee i systemy, których wartość nie polega na prawdziwości, lecz na przekonującym do nich pięknie. Wniosek? Rzeczywistość tworzy i utrzymuje przy życiu pokładana w niej wiara. Ten dość skomplikowany ciąg rozumowania budzi w Korimie entuzjazm neofity. Przedmiotem jego wiary stają się prawda i piękno zawarte w opowieści rękopisu – trzeba je tylko wydobyć. Tu wkraczamy w rejony hermeneutyki.

Konstatacja, która przychodzi wraz z zakończeniem lektury rękopis,u przynosi tezę okrutną i bolesną. Losy czterech mężczyzn, wędrujących w poszukiwaniu pokoju, uświadamiają Korimowi, że u źródeł zachowań człowieka leży strach przed wojną, który wymusza ciągłą ucieczkę. Historia cywilizacji to historia wojen, dlatego bohater nie może znaleźć dla siebie miejsca w porządku świata. Cóż pozostaje wobec tego? Sztuka jako alternatywa dla rzeczywistości. To odpowiedź, którą wyczytać można z powieści Krasznahorkaia, zdradzająca koneksje autora z awangardą. Do takiego wniosku prowadzi opowieść, która swój finał znajduje w szwajcarskim muzeum (Schaffhausen), w sali z pracą znanego współczesnego artysty – Mario Merza. Włoch zasłynął między innymi jako twórca niewielkich architektonicznych konstrukcji, przypominających iglo, które z jednej strony miały zwracać uwagę na swoje pierwotne znaczenie, z drugiej, przyozdobione neonowymi napisami, chwytały aktualność. Z tego połączenia tradycji z nowoczesnością rodziło się poczucie bezczasu, wzmocnione kontekstem muzeum. W jednej z takich instalacji Merza, symbolizującej przestrzeń czystej sztuki, Korim znajduje dom i ukojenie. Tu na jego prośbę zawiśnie tabliczka z napisem, podsumowującym przebytą drogę: „człowiek, dla którego koniec naprawdę miał miejsce w Schaffhausen”. Tak kończy się ucieczka Korima – postaci, która „zasłużyła na to, by znaleźć spokój w tekście”.

„Wojna i wojna” okazuje się modernistycznym hymnem pochwalnym na cześć sztuki i literatury, które pomagają jednostce zagubionej w świecie zdominowanym przez agresję odnaleźć sferę zakorzenienia. Wątpliwe? Przestarzałe? A jednak nie przestaje fascynować...
László Krasznahorkai: "Wojna i wojna". Przeł. Elżbieta Sobolewska. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2011 [seria: Don Kichot i Sancho Pansa].