ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (174) / 2011

Agnieszka Nęcka,

DZIEDZICTWO SATURNA

A A A
Kim był Francisco de Goya? Jedni uważają go za genialnego i postępowego artystę, który potrafił doskonale dopasować się do zmiennych nastrojów politycznych. Dla innych z kolei był rozbuchanym erotycznie obłąkanym wizjonerem. Jego długie i barwne życie zachęca do (de)mitologizowania jego biografii i czynienia z niej twórczych inspiracji. Nic dziwnego, że wywołujący kontrowersje Goya zaintrygował Jacka Dehnela, który dzięki jego postaci mógł połączyć dwa czynnie przez siebie rozwijane kręgi artystycznych zainteresowań: literaturę i malarstwo. „Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn Goya” – najnowsza książka Jacka Dehnela – przynosi przeto znany z jego wcześniejszych książek nieco archaiczny styl i dynamiczną, porządnie skrojoną, efektowną opowieść w najlepszym tego słowa znaczeniu.

By przekonać się o wyjątkowości najświeższej prozy Dehnela, wystarczy wspomnieć, iż autor „Rynku w Smyrnie” komplikuje swoją narrację, wpisując się po części w rozgorzałe jakiś czas temu polemiki dotyczące autorstwa makabrycznych fresków znajdujących się na ścianach w „Quinta del Sordo” („Domu Głuchego”, gdzie mieszkał Francisco Goya z rodziną), których autorstwo teoretycy i historycy sztuki przypisywali nękanemu obsesjami, schorowanemu, znajdującemu się u kresu życia Francisco Goi. Ogłoszone w 2003 roku prace profesora Juana Jose Junquera dowodziły, że owe obrazy ścienne powstały już po śmierci malarza, zaś ich autorstwo Junquera skłonny był przypisać jego synowi – Javierowi. Te sensacyjne odkrycia wykorzystał właśnie Dehnel, który pokazując kulisy życia mężczyzn z rodziny Goya, balansuje na granicy fikcji i rzeczywistości. A egzystencja hiszpańskiego artysty i jego dziedziców, będąc pełną goryczy i międzypokoleniowych nieporozumień, wplątywała kolejnych męskich potomków rodu „w to bagno, w ten kierat, w którym ojciec zatruwa syna, syn – wnuka, wnuk prawnuka, a każdy na inny, bardziej wymyślny sposób”. Każdy dziedzic naznaczony genami Goi, chcąc nie chcąc, przedłużał „tę linię cierpienia”, pogłębiając edypalny konflikt. A bo i „Saturn” Dehnela w znacznej mierze opowiada o destrukcyjnych relacjach ojca i syna.

„Czy widzieliście tokującego cietrzewia, czy może raczej: głuszca? Jak nadyma się, stroszy, unosi głowę wysoko, rozkłada ogon, nie ma pojęcia, co się dzieje dookoła, skupiony tylko na sobie, bo przecież nie ma jakiejś samicy, która jest, w gruncie rzeczy, przypadkowa? Jeśli tak, widzieliście mojego ojca”. W taki sposób o Francisco Goi mówi jego syn – Javier. Tych jednak, którzy spodziewają się książki biograficznej, spotka miłe rozczarowanie. „Saturn” jest bowiem pod względem gatunkowym czymś więcej. Najnowsza proza autora „Lali” pomyślana została jako trzy przeplatające się ze sobą (i naświetlające z różnych perspektyw te same wydarzenia) monologi wewnętrzne mężczyzn z rodziny Goya: Francisca, Javiera i wnuka Mariano, które składają się na przejmującą opowieść o trudach bycia synem wielkiego artysty, niemożności sprostania oczekiwaniom ojca, próbie odnalezienia własnej drogi życiowej oraz mimowolnemu powielaniu błędów przodków. Mimo zakorzenienia w osobistej historii „Saturn” Dehnela jest więc narracją mającą ambicje uniwersalistyczne. Ów wydźwięk ponadindywidualny podkreślają pojawiające się pomiędzy konstatacjami Goyów intermedia w postaci subiektywnych opisów „Czarnych malowideł”, bezlitośnie akcentujących okrucieństwo życia.

By uautentycznić opowieść, autor „Fotoplastikonu” kreśli dwuznaczny obraz Francisca, cechującego się temperamentem sangwinika. Mając poczucie swojej wielkości i wybitności, bez względu na stan swego zdrowia malarz zachowuje żywiołowość i uwielbienie dla życia, z którego czerpie pełną piersią. Dehnel pokazuje także tę przestrzeń życia wielkiego artysty, do którego nawet jego najbliżsi nie mieli dostępu (homoerotyczny związek z przyjacielem Zapaterem). Francisco maluje, chodzi na polowania, korzysta z uciech cielesnych. Hiszpański artysta z jednej strony jawi się zatem jako perwersyjny satyr, z drugiej zaś bywa czułym, wrażliwym, radosnym, pełnym miłości mężczyzną. Pomimo starań nie może nawiązać porozumienia z jedynym synem, stąd większość rodzicielskich uczuć przelewa najpierw na synową, później na wnuka Mariana, czym dodatkowo rozjusza Javiera.

Javier z kolei, będąc przeciwieństwem ojca, czuje się przytłamszony niemoralnym zachowaniem Francisca. Mając skłonności do depresji i biernego zachowania, jest nawet przez swoje najbliższe otoczenie wyśmiewany. Pielęgnuje w sobie nienawiść do ojca, którego pogardliwie nazywa „borsukiem” czy „starym knurem”, a która w pełni objawi się po wielu latach właśnie pod postacią ściennych malowideł w „Quinta del Sordo”, będących swoistym „destylatem z najgorszych sennych koszmarów” ojca. Patrząc na swoje potworne dzieło, Javier nie bez dumy powie: „Tak, to prawda, to ja namalowałem większość obrazów tej starej purchawy, Francisca Goi y Lucientes, które teraz zdobią lordowskie rezydencje, przed którymi cmokają koneserzy i znawcy. Tak, to prawda, to ja narysowałem te rysunki, to ja spędzałem wieczory w małym pokoiku za szafą, gdzie na kawałkach starego papieru powstawały czarnowłose maje, wiedźmy, skazańcy w więzieniach, szaleńcy. To ja, nie robiąc wcale bałaganu, nie chlapiąc farbą na prawo i lewo, nie nadymając się, nie obstawiając sobie kapelusza świecami”.

Zemsta, jakiej pragnie Javier, ma dość przewrotną naturę, bowiem dokonana została za pomocą znienawidzonych za młodu narzędzi i zbliża Javiera do Francisca bardziej, niż ten sam przed sobą chce przyznać. Ale zemsta ta okupiona będzie także niemożnością nawiązania porozumienia z własnym dzieckiem. W oczach Javiera Francisco jest pożerającym swe dzieci Saturnem, siłą niszczącą własne potomstwo. Ślęcząc nad płótnem, Javier z wyrzutem skonstatuje: „Machniesz ze dwa portrety, kupisz kawał ziemi, pożresz czterodaniowy obiad, upolujesz kilka kuropatw i zająca, wyryjesz bardzo elegancki «Kaprys», wyłomoczesz pokojówkę, a zaraz po niej czarnulkę z oberży, która pozowała ci do świętej dziewicy (...) a po drodze wypijesz w locie filiżankę czekolady i naszkicujesz głowę perliczki do martwej natury – i już wracasz, ujeżdżasz czarnulkę, odgryzasz mi drugie ramię”.

W ów mechanizm zniszczenia włączony został także Mariano, któremu bliżej do dziadka niż do ojca. Najmłodszy Goya pragnie, by Francisco był jego ojcem, „a tata kimś obcym, kogo mija się na placu i myśli się: jaki smutny człowiek, takiego to lepiej dobić, żeby się dłużej nie męczył”. Wnuk wielkiego malarza, niedarzący ojca szacunkiem i ironicznie nazywający go „Kluską” lub „baryłą”, także lubi korzystać z życia, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jakie możliwości oferuje mu nazwisko dziadka: „Kiedy jadę ulicami Madrytu, wiem, że uznanie, sława, pieniądze tylko na mnie czekają. Jestem młody, jestem przystojny, mam piękną żonę ze znakomitymi parantelami w najlepszych kupieckich sferach. (...) Najważniejsza rzecz – gdzieś się teraz zaczepić, wejść w odpowiednie kręgi, tańczyć z właściwymi damami na właściwych balach, we właściwym końcu sali, pod właściwym żyrandolem. Reszta zrobi się sama”.

Pyszny i cholerycznie usposobiony materialista Mariano ma żyłkę handlowca. Gromadzi obrazy dziadka, znając ich rynkową wartość. By zarobić, bez skrupułów zniszczy sygnaturę Javiera położoną na „Czarnych malowidłach”, wiedząc, że Francisco Goya sprzeda się lepiej aniżeli Goya Javier. Tę świadomość ma także Javier, który nie ceni syna zbyt wysoko: „Po mojej śmierci ten idiota, który po mnie wszystko dziedziczy, będzie je sprzedawał na równi z największymi arcydziełami swojego dziadka (...). I to będzie moje ostatnie zwycięstwo, już zza grobu; wprawdzie to, co namalowałem w Domu Głuchego, rozpadnie się i zniknie bezpowrotnie (...), wprawdzie nikt nie zapamięta mnie inaczej niż jak «gnuśnego syna starego Goi», o którym nie bardzo wiadomo, co robił, ale mój durny syn nabierze jeszcze paru durniów i zawieszą moje najgorsze knoty w pysznych rezydencjach”.

Wyjście z cienia geniuszu ojca okazało się zatem jedynie pozorne. O Javierze Goi – malarzu – nadal niewiele wiadomo. Niszcząca presja, wywołująca smutek, samotność i frustracje, przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Jak widać, niedaleko pada jabłko od jabłoni...
Jacek Dehnel: „Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn Goya” Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2011 [seria: ...archipelagi...].