Wydanie bieżące

15 marca 6 (174) / 2011

Magdalena Kempna-Pieniążek, Bartosz Kłoda-Staniecko, Natalia Gruenpeter,

WSZYSTKO MA SWOJĄ CENĘ

A A A
WOKÓŁ „PRAWDZIWEGO MĘSTWA” BRACI COEN
Magdalena Kempna-Pieniążek: Naszą dyskusję dotyczącą „Prawdziwego męstwa” chciałabym rozpocząć od odwołania do pewnego hasła, które niezwykle często pojawia się w kontekście kolejnych filmów braci Coen. Wielu krytyków jest skłonnych postrzegać rozwój ich twórczości jako pewną sinusoidę: po doskonałym filmie przychodzi dzieło słabsze, lżejsze, a nawet czysto rozrywkowe. Jednak „Prawdziwe męstwo” wydaje się podważać tę klasyfikację, bo przecież to kolejny, po doskonale przyjętym „Poważnym człowieku”, bardzo dobry film w dorobku Coenów. Czy zgodzicie się z takim stwierdzeniem?

Bartosz Kłoda-Staniecko: Ujmę to w ten sposób: „Prawdziwe męstwo” to niewątpliwie bardzo dobry film, ale w kontekście całego dorobku Coenów oceniłbym go na czwórkę. Nie widziałem co prawda ich poprzedniego dzieła, ale świetnie pamiętam rewelacyjne „Tajne przez poufne”, dlatego myślę, że wspomniana przez Ciebie sinusoida została zachowana. Zdecydowanie zabrakło mi, tak specyficznego dla twórczości Coenów, narracyjno-fabularnego galimatiasu. W „Prawdziwym męstwie” wszystko jest stosunkowe łatwe do przewidzenia, linearnie rozegrane, w dodatku pozbawione typowego dla wcześniejszych filmów napięcia. To prosta, sprawnie opowiedziana historia, jednak bez autorskiej iskry. Mówiąc krótko: zdecydowanie za mało Coenów w Coenach.

M.K.P.: Podzielasz, jak widzę, pogląd kultowego amerykańskiego krytyka, Rogera Eberta, który stwierdza, że „Prawdziwe męstwo” jest filmem zdecydowanie za mało Coenowskim, pozbawionym charakterystycznej dla tych autorów ekscentryczności. Przyznam, że nie do końca mogę się zgodzić z taką opinią. Przecież typowo Coenowskich chwytów w tym filmie nie brakuje.

Natalia Gruenpeter: Być może problem polega na tym, że obcując ze specyficznym gatunkiem filmowym, jakim jest western, widz od początku przykłada do niego epickie kryteria, pomijając równocześnie – wyczuwalny w „Prawdziwym męstwie” – spory ładunek humoru. To w nim przecież ukryty jest ten ekscentryczny, typowy dla braci Coen, styl opowiadania.

M.K.P.: Zatrzymajmy się przez chwilę przy zagadnieniu filmowej narracji. W recenzji najnowszego dzieła Coenów Konrad J. Zarębski zwrócił uwagę na fakt, że jednym z zasadniczych elementów scalających ich twórczość jest instancja niewiarygodnego narratora, którego intencjom nie powinniśmy do końca ufać. Zastanawiam się, czy „Prawdziwe męstwo” też jest przykładem dzieła, w którym narracja trochę „skrzeczy” – jakby coś w niej nie pasowało; jakby rzeczywiście narrator był nierzetelny albo niespójny w swoich intencjach. Intuicyjnie wyczuwam w tym filmie dwóch narratorów. Pierwszym jest główna bohaterka filmu, poszukująca mordercy swojego ojca czternastoletnia Mattie Ross, drugi natomiast jest kimś, kogo moglibyśmy określić mianem demaskatora obrazów. Kimś, kto pokazuje nam historię Mattie oraz jej opowieść z lekko ironicznego dystansu. W moim odczuciu to właśnie jest typowo Coenowski narrator.

B.K.S.: Myślę, że w przypadku „Prawdziwego męstwa” przywoływana przez Ciebie instancja niewiarygodnego narratora pozostaje mimo wszystko praktycznie niewidoczna, ukryta pod fasadą westernu. Dominujący głos należy zdecydowanie do Mattie Ross. Aczkolwiek zgodzę się, że Coenowski narrator okazjonalnie przebłyskuje w postaci szeryfa Roostera Cogburna. To przez pryzmat doskonałej roli Jeffa Bridgesa można dostrzec dystans, z jakim twórcy potraktowali westernową ikonografię, stworzoną przez niezapomniane kreacje Clinta Eastwooda, jednocześnie dodając wiele od siebie. Patrząc na Cogburna, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że patrzę na Kolesia z „Big Lebowskiego”, choć rzecz jasna bardziej steranego życiem.

M.K.P.: Czy w takim razie moglibyśmy powiedzieć, idąc za interpretacją Eberta, że „Prawdziwe męstwo” to swoiste „ćwiczenie z gatunku”?

N.G.: Zgadzam się z Bartkiem, że w postaci Cogburna najpełniej manifestuje się autorska instancja twórców, chociaż rzecz jasna nie tylko w tym. Dla mnie już samo zestawienie jednookiego Roostera, LaBoeufa – strażnika Teksasu z okaleczonym językiem oraz Mattie, która ostatecznie traci rękę, pozwala spojrzeć na bohaterów „Prawdziwego męstwa” jako na dziwaczną, groteskową triadę, której próżno szukać w klasycznym westernie. A czy „Prawdziwe męstwo” jest „ćwiczeniem z gatunku”? W moim odczuciu Coenowie bawią się jego rekwizytornią. Rzadko zdarza się, aby w jednej postaci skumulowano tak różne tony i style. To, co w sztandarowych dziełach tego gatunku, jak chociażby w „Dyliżansie” Johna Forda, było rozpisane na kilka ról – szlachetny bohater nigdy nie był ośmieszany, a stająca w obliczu niebezpieczeństwa jednostka nie posiadała w swojej charakterystyce elementów czysto ludycznych – w dziele Coenów zogniskowało się w profilach trójki bohaterów. Myślę, że właśnie na tej płaszczyźnie twórcy wykraczają poza ogólnie przyjęte ramy gatunkowości.

B.K.S.: Masz rację. Co więcej, za pomocą postaci Roostera Cogburna dokonuje się dekonstrukcja tradycyjnego westernu, przywodząca na myśl to, co zrobił Eastwood w „Bez przebaczenia”, tyle że z o wiele większym dystansem. Przyjrzyjmy się bohaterowi granemu przez Bridgesa. Początkowo widz, jak i sama Mattie, uważa go za ucieleśnienie legendy, niezłomnego herosa i nieustraszonego stróża prawa. Jednak już w scenie przesłuchania w sądzie Cogburn zostaje doszczętnie odarty z wszystkich swoich atrybutów. Ku naszemu rozczarowaniu okazuje się, że nie potrafi sprostać własnej legendzie, że ma niewiele wspólnego z mitem szlachetnego (brutalnego, gdy zachodzi potrzeba) szeryfa, który zawsze stoi po stronie prawa.

M.K.P.: Zastanawiam się, czy konfrontacja bohatera z własną legendą, o której mówisz, nie naprowadza nas na kolejny trop interpretacyjny związany z „Prawdziwym męstwem”, którego osią narracyjno-fabularną jest podróż inicjacyjna. Mam wątpliwości co do tego, czy któryś z bohaterów przechodzi przez kluczowy dla tego typu doświadczenia moment wewnętrznej przemiany. Przecież postaci te od samego początku są bardzo mocno ukonstytuowane i de facto takie już pozostają do samego końca.

B.K.S.: Właśnie. To, co uderza w tym filmie, to brak katharsis, oczekiwanego chociażby w przypadku Mattie, która po kilkunastu latach, już jako dojrzała kobieta, udaje się na spotkanie z Cogburnem. Do spotkania nie dochodzi, bo szeryf po prostu umiera. To rozwiązanie typowe dla Coenów – oczekiwany happy end ustępuje miejsca finałowi pozostawiającemu gorzki posmak.

M.K.P.: Czyli mamy do czynienia nie tyle z mitem, co z pozorem mitu inicjacyjnego.

N.G.: Rzeczywiście tak to wygląda. Dla mnie myślą przewodnią „Prawdziwego męstwa” jest teza, że za wszystko trzeba zapłacić określoną cenę, ale z drugiej strony nie jest to coś, czego Mattie Ross nie wiedziałaby od samego początku.

M.K.P.: Kwestia ceny jest zresztą swoistym leitmotivem tego filmu. Bohaterowie nieustannie o coś się targują. Dyskutują o kosztach pogrzebu, transportu ciała, zakupu i sprzedaży mustangów. Przejdźmy jednak to innego zagadnienia: w krytyce, zwłaszcza amerykańskiej, na ogół porównuje się film braci Coen z pierwszą adaptacją powieści Charlesa Portisa, czyli dziełem Henry’ego Hathawaya z 1969 roku. Czy rzeczywiście możemy coś wynieść z zestawienia ze sobą tych dwóch obrazów?

B.K.S.: Wychodzę z założenia, że każdy film należy rozpatrywać niezależnie od tego, czy jest remakiem, reinterpretacją czy kolejną adaptacją. W dużej mierze zastosowane w ekranizacji zabiegi wynikają ze swoistego, subiektywnego spojrzenia reżysera na wybrane dzieło. Porównania dzieł Hathawaya i Coenów wydają mi się nie na miejscu.

M.K.P.: Zwróćmy jednak uwagę na to, że film Coenów częściej traktuje się jako remake dzieła Hathawaya, niż jako kolejną adaptację powieści Portisa, o której krytycy piszą, iż w swoim duchu jest niezwykle bliska antywesternowi, przynoszącemu obraz zupełnie niebohaterskiego Dzikiego Zachodu. Mówi się też, że bracia Coen sporo zaczerpnęli z filmu Hathawaya, przede wszystkim na płaszczyźnie ikonograficznej. Postać Roostera Cogburna w interpretacji Jeffa Bridgesa bardzo często porównywana jest z kreacją Johna Wayne’a. Niektórzy krytycy posuwają się nawet do stwierdzenia, iż Bridges nie gra Cogburna, lecz Johna Wayne’a grającego tę postać! Czy uważacie takie porównania za zasadne?

B.K.S.: Trudno powiedzieć. Będę bronił zdania, że przez nowe „Prawdziwe męstwo”, choć dość nieśmiało, przebija artystyczna wrażliwość Coenów, czyniąc z filmu coś więcej niż tradycyjny remake. Na pewno duża w tym zasługa, obok wspominanego Jeffa Bridgesa, Hailee Steinfeld, która brawurowo zagrała osobę ponad swój wiek rozważną, inteligentną i dojrzałą emocjonalnie. Od razu wracam pamięcią do niezapomnianej kreacji Natalie Portman z „Leona zawodowca” Luca Bessona. Duże brawa należą się także Mattowi Damonowi wcielającemu się w postać LaBoeufa. Aktor kompletnie zaprzeczył swojemu wizerunkowi wykreowanemu w ramach cyklu o przygodach Jasona Bourne’a. Przekonująco zagrał niewiarygodnego pozera, człowieka konstruującego autowizerunek nieposiadający pokrycia w rzeczywistości.

N.G.: Zastanawiam się, czy porównania z oryginałem sprzed lat nie wynikają z typowo amerykańskiej perspektywy krytyków pokroju Rogera Eberta, który – z racji swojego wieku – należy do pokolenia widzów, którzy wychowywali się na produkcjach, w jakich John Wayne pełnił rolę ikony. Dzisiejszy widz może poznawać tamto kino raczej przez pryzmat krytyki czy studiów filmoznawczych niż przez swoje własne doświadczenia. Dlatego w kontekście dzieła Coenów nie odwoływałabym się tak często do pierwszej ekranizacji.

B.K.S.: Masz rację, kwestia wieku jest tutaj znaczącym czynnikiem. Ebert pamięta czasy, gdy John Wayne był jedną z największych gwiazd Hollywood, jednak dla naszego pokolenia – powiedzmy sobie szczerze – artystyczny dorobek tego aktora w żaden sposób nie przystaje do rzeczywistości. Co innego dorobek Bridgesa, którego nasze pokolenie będzie pamiętać chociażby z „Trona”. To jego kreacje widz stawia w centrum interpretacji i skojarzeń, do których będzie się odwoływać.

M.K.P.: Chyba nie ma wątpliwości co do tego, że „Prawdziwe męstwo” jest kolejnym dziełem, w którym Coenowie sięgają do źródeł amerykańskiej tożsamości. Tak samo było w przypadku oscarowego „To nie jest kraj dla starych ludzi”. W mniejszym stopniu zagadnienie to dało się odczuć w filmie „Tajne przez poufne”, lecz z pełną mocą powróciło w „Poważnym człowieku”. Pytanie o amerykańską tożsamość wydaje się w filmach Coenów połączone z pytaniem o ich własną tożsamość jako twórców. Z ich wspomnień związanych z pierwszą ekranizacją „Prawdziwego męstwa”, o których mówią w wywiadach, krystalizuje się subtelnie sentymentalna wizja czasów, w których, będąc dziećmi, oglądali film Hathawaya. Amerykańskość przebija przez ich najnowsze dzieło, nawet jeśli w ironiczny sposób. Western to wszak gatunek par excellance amerykański…

B.K.S.: Tak, Coenowie pod płaszczem dekonstrukcji filmowego gatunku dokonują równocześnie dekonstrukcji mitu współczesnej Ameryki. W jednej z pierwszych sekwencji filmu widzimy scenę wieszania złoczyńców; scenę nakręconą z typowo Coenowskim przymrużeniem oka. Oto każdy ze skazańców ma prawo do wygłoszenia ostatniego zdania przed śmiercią. Pierwszy szczerze żałuje za grzechy, drugi niewiele sobie robi z zaistniałej sytuacji, a trzeciemu, Indianinowi, kiedy tylko próbuje on coś powiedzieć, kat natychmiast zakłada kaptur na głowę, nie dając mu dojść do słowa. Trudno o bardziej czytelną krytykę zachodniej polityki, ukazanie hipokryzji amerykańskiej kultury.

N.G.: Według mnie, kwestia tożsamości Ameryki kryłaby się w tym, co leży u źródeł Stanów Zjednoczonych, czyli w micie nowego początku, zakładającym, że każdy zawsze może odrzucić swoją przeszłość. Nawet jeżeli trzeba za to zapłacić określoną cenę. Równocześnie zastanawia mnie sposób przedstawiania w tym filmie zła. O ile w „To nie jest kraj dla starych ludzi” esencją zła stawał się Anton Chigurh, o tyle zło pokazane w „Prawdziwym męstwie” jest bliższe temu zaprezentowanemu w „Fargo” – zło niespersonifikowane, będące sumą bezmyślności, głupoty, brutalności i chciwości.

M.K.P.: Dobrze ilustruje to postać Toma Chaneya, ucieleśnienie głupoty, brutalności i chciwości, o której przed chwilą wspomniałaś.

B.K.S.: Kiedy Josh Brolin w końcu pojawia się na ekranie, widz spodziewa się prawdziwego drania, a tu taki chłopek-roztropek kierujący się przede wszystkim chęcią zysku. Nie jest wielkim złoczyńcą, który wpływałby na odbiorcę, angażując go do sekundowania szybkiemu dokonaniu się sprawiedliwości. Widz czuje rozczarowanie – cały ten trud dla takiego osobnika? W „Prawdziwym męstwie” widoczna jest próba rozmycia podziału na dobro i zło – każdy ma coś na sumieniu, nikt nie jest doskonały, nie ma czerni i bieli, wszystko jest szarością.

M.K.P.: I to pomimo nachalnie powracających w filmie biblijnych symboli, takich jak węże atakujące Mattie tuż po tym, jak zabiła Chaneya.

N.G.: Rzeczywiście, czujemy się zawiedzieni, kiedy okazuje się, że złoczyńcą jest średnio rozgarnięty, chciwy typ. Przez pryzmat tej postaci zaczynamy rewidować nasze poglądy co do tropiącego Chaneya od wielu miesięcy strażnika Teksasu, który przedstawiał nam go jako niezwykle przebiegłego osobnika. W tym momencie ujawnia się śmieszność jego poczynań.

B.K.S.: Postać grana przez Matta Damona jest tak napisana, aby przedobrzać, pokazywać więcej, niż się jest w stanie faktycznie pokazać. Stąd jego strój wyśmiewany przez Mattie, fantastyczne opowieści, kreowanie typowej amerykańskiej legendy. Kryje się w tym ironia w czystej postaci. W tradycyjnym westernie złoczyńca naprawdę był ucieleśnieniem zła. Nawet w spaghetti westernach Sergio Leone kibicowaliśmy postaci granej przez Clinta Eastwooda, której przecież nie można uznać za uosobienie dobroci. Tymczasem trudno chcieć zostać kumplem strażnika Teksasu granego przez Damona. Podobne rozczarowanie przynosi Cogburn – niby legendarny stróż prawa, nie jest jednak specjalnie pomocny. Gdyby nie upór Mattie, z całej sprawy nic by nie wyszło.

M.K.P.: Mattie wydaje się najbardziej lotna intelektualnie z wszystkich bohaterów, szybko rozszyfrowuje prawdziwy charakter Chaneya. Czternastoletnia Hailee Steinfeld za swoją fenomenalną kreację dostała od razu nominację do Oscara w kategorii najlepszej kobiecej roli drugoplanowej, ale samej nagrody nie zdobyła.

B.K.S.: Oscar to fenomen raczej specyficzny…

M.K.P.: A jednocześnie bardzo amerykański, tak jak i film Coenów.

B.K.S.: Zgoda, „Prawdziwe męstwo” to film z ducha amerykański, ale brakuje mu typowo amerykańskiego happy endu. Amerykańska publiczność (bo krytycy to co innego) może nie ogarnąć ironii stanowiącej o sile dzieła braci Coen. Do przewidzenia było, że Steinfeld tym razem obejdzie się smakiem, bo i miała poważną konkurencję. Póki co można stwierdzić, że talent ma niewątpliwy, ale kolejne filmy z jej udziałem mogą to przekonanie zweryfikować.

M.K.P.: Film Coenów okazał się największym przegranym tegorocznej gali Oscarów. Mimo dziesięciu nominacji, w tym w kategoriach najlepszego filmu, reżyserii, scenariusza adaptowanego, pierwszoplanowej roli męskiej i drugoplanowej roli żeńskiej, nie dostał ani jednej statuetki. Czy po sukcesie „To nie jest kraj dla starych ludzi” sprzed trzech lat można było się tego spodziewać?

B.K.S.: Myślę, że Jeff Bridges mimo wszystko zasłużył na statuetkę. Coenowie trafili chyba jednak na zły rok, bo w konkursie nie brakowało naprawdę świetnych filmów. Dla mnie absolutnym faworytem był „The Social Network” Davida Finchera, jak się okazało, kolejny przegrany tegorocznego konkursu.

Dyskusję nagrał, spisał i opracował Przemysław Pieniążek.
„Prawdziwe męstwo” („True Grit”). Reż.: Ethan i Joel Coen. Scen.: Ethan i Joel Coen (na podstawie powieści Charlesa Portisa). Obsada: Jeff Bridges, Hailee Steinfeld, Matt Damon, Josh Brolin i in. Gatunek: western. Produkcja: USA 2010, 110 min.