Wydanie bieżące

15 marca 6 (174) / 2011

Daria Trela,

O DEKADENCJI EGZEGEZY. EKSKURS EKONOMICZNY

A A A
„Panie, z czym to jeść?”

W świecie ponowoczesnym dobrze jest zachować dystans do oglądanych zjawisk – lub przynajmniej warto się o to starać. Świat rozpadł nam się w rękach. To co przez ostatnie dziesięciolecia dzieje się w na przestrzeni filozofii, literatury czy ogólniej kultury, jawi się jako Lyotardowskie poróżnienie, graniczące z chaosem, nie zaś (jakby wyższe instancje tego chciały) jak sterowany odgórnie, heglowski plan, a właściwie: jak jego przepis na bieg dziejów. No właśnie, przepis. Oto bowiem postmodernizm, przybywszy z dłuższego posiedzenia w bibliotece (a może raczej – z zakrapianej obficie refleksji w barze) wszedł z rozmachem do kuchni dorobku kultury, bowiem poczuł drażniący i budzący niepokój reszty „zadomowionych” – Głód Prawdy. Posługując się bezlitosnymi narzędziami, doprowadził do tego, że ów spokojny i poukładany na półkach świat został poruszony z posad. Mało tego, sięgając po kolejne przedmioty, zdekonstruował je: rozbierał, obierał ze skórki pozorów i pokawałkował. Wiele z tego, co tam zastał wyrzucił na śmietnik, reszta zaś, która jeszcze nie zdążyła stracić daty ważności, wylądowała w wersji zatomizowanej w jednym, ogromnym garze. Wymieszane, zalane pneumą, postawione na palnik – oto gotuje nam się ponowoczesny wywar. Jakby to ujął Constantin Noica, mało w Polsce znany rumuński filozof, to „organiczna zupa”, w której wszystko jest zmieszane, rozmyte i generalnie nie wiemy, jaki tu przepis i skład: „Ale! Panie, z czym to jeść? Jak to jeść? A co jest w środku? Da się tym najeść?”. Odpowiedź na te i podobne pytania brzmi: „to zależy”. Zasadą, arche naszej zupy jest paradoksalnie relatywizm właśnie. Nie znajdziesz tam nic stałego, w co można by wbić zęby, bo nawet, gdy coś znajdziesz, okaże się, że nie tak smakuje i nie tego szukasz. A gdybyś już (o szczęście niepojęte!) odnalazł, uświadomisz sobie zaraz, że to słaby punkt odniesienia, a zwycięski kawałek nagle odpłynie z powrotem w odmęt, rozpłynie się, bo odznaczał się nazbyt marną i łatwą do obalenia strukturą.

Konsumpcja świętych ksiąg

Nurtujące nas pytanie: „Co stało się z tekstem?” skupiło na sobie uwagę całego współczesnego świata, poruszającego się na poziomie meta-egzystencjalnym, na płaszczyźnie świata teorii i filozofii. W obliczu rozkładu paradygmatów, okazuje się, że rzeczą najrozsądniejszą jest sięgnięcie do rzeczywistości i poszukanie odpowiedzi właśnie w niej. Budowanie kolejnego systemu czy teorii zawieszonych na niczym byłoby czymś jałowym i możliwe, że nieco próżnym.

Szukając w świecie tekstu, wyruszamy jak Diogenes z latarnią – tym razem za źródło światła mając Heideggera i jego „W drodze do języka”. Można odnosić wrażenie, że książka ta w opisywanej sytuacji będzie stanowiła coś na wzór ostatniej deski ratunku, której trzymamy się kurczowo. To coś, co pozostanie, gdy nie uda nam się niczego odnaleźć.

Oto zstępując z wyżyn rozmyślań, natrafiamy na zaludnioną przez inteligencką młodzież przestrzeń. Akademicka kawiarnia w Katowicach nazwana nazwiskiem barokowego filozofa otwiera sporo możliwości i jest adekwatnym (to dobre słowo) miejscem do obserwacji i rozmyślań. Siadamy, spoglądamy na portret myśliciela, wiszący nieopodal i w zamyśleniu otwieramy książkę. Resztki postmodernistycznej transcendencji nie karzą nam zbyt długo czekać. Po pewnym czasie słyszymy bowiem za plecami (jak zza grobu) polecenie: Patrz! Wzdrygnąwszy się, spoglądamy w tamtą stronę. Drżymy bardziej, bo oto otrzymaliśmy to, czego szukaliśmy.

Fenomen jawi się dość prosto i niewinnie: dwie młode kobiety nachylają się i czytają wspólnie. Przedmiot ich oglądu, mającego charakter skupionej kontemplacji został nawet (!) z całą celebrą (znaną tylko wzniosłym rytuałom religijnym) ułożony na podwyższeniu, utworzonym przez akcesoria kawiarniane, takie jak cukierniczka i inne – jak na pulpicie. To jedna z nich wypowiedziała wcześniej do drugiej sakramentalne: Patrz! Mamy wrażenie, że obserwujemy wydarzenie podniosłe: skupione jednostki, z powagą na twarzach czytają jakąś świętą księgę, podniesioną, wyeksponowaną dokładnie w taki sam sposób jak w kościołach umieszcza się na ołtarzu Biblię.

Do głowy przychodzi w owym momencie rozmowa Heideggera z profesorem Tezuki, zamieszczona w trzymanej książce, w którym to dialogu filozof wskazuje na łączność wyrazu hermeneutyczny z Hermesem – tym który przekazuje uświęcone wieści, posłannikiem ujawniającym odbiorcom przesłanie od instancji wyższych. Hermeneutyka jako sposób czytania świętych znaków. Znaków o boskiej proweniencji. W obserwowanej sytuacji niewątpliwie mieliśmy do czynienia z czytaniem czegoś ważnego, w obliczu czego milkły inne sprawy i inne głosy. Podczas tej lektury, czytające nie odważyły się podnieść pokarmu do ust, ani nawet poruszyć. Świętości i przesłań bóstwa nie wolno profanować ani tym bardziej lekceważyć, a odczytywanie przekazów ze sfery sacrum, wymaga kontemplacyjnego skupienia i wewnętrznego pokajania. To jasne. Lekko nachylone nad stolikiem, ręce opuściły pokornie wzdłuż ciała, wpatrzone w Święty Tekst. A była to – gazetka reklamowa jednego z hipermarketów.

Świstki Foucaulta

Sytuacja wydaje się być urzeczywistnieniem konsternacji Foucaulta wyrażonych w słynnym eseju „Kim jest autor?”. Co bowiem jest jeszcze tekstem, a co straciło ów status? Co począć z kwitami z pralni? Dziś wciąż mamy do czynienia z tym problemem, tylko jakby bardziej spotworniałym, bo wyewoluował jeszcze bardziej w niebezpieczną stronę – tak zwanej użyteczności. W obliczu gwałtownego rozwoju gospodarczego i związanego z nim postępu technicznego, widzimy dość jasno, że tekstem rządzi ekonomia, a nacisk kładzie się na konkret, nie zaś na rozwlekłość i enigmatyczność ksiąg świętych i ksiąg uczonych. Coraz więcej otrzymujemy takich „mocnych przekazów”, które z „trzepania pieniędzy” i dla dalszego ich „trzepania” zostały stworzone. „Polędwica sopocka – 17.99” – i wszystko jasne, tu bowiem zawiera się kwintesencja mechanizmu wytwórczego: i przedstawianego przedmiotu, i tekstu, które właściwie stają się tym samym. Tekst jest mięsem, rzuconym człowiekowi w oczy, ma oczarować soczystością i różem przedmiotu, będącego fundatorem, gwarantem i jedyną szansą jego zaistnienia. Możemy tu jedynie postawić kluczowe dla filologa pytanie: czy tekst ten wciąż coś sobą funduje, mając w domyśle dyskurs, pracę dla hermeneuty? Zauważmy, że sama jego forma, mająca charakter prostego emblematu stanowi całość dobitną, nie znoszącą sprzeciwu, poza którą niczego już nie ma. Obraz odsyła do krótkiej notki, notka odsyła do wizerunku – krąg się zamyka. To Wszystko. Przekaz prosty i łatwy, tak jak proste i łatwe może być życie, gdy zamykamy się na poziomie konsumpcji. Egzemplifikuje sytuację, gdy egzystencja odsyła już tylko do egzystencji, nie wychodząc poza. Bo możliwe, że już nie ma żadnego poza? Świat ekonomii to obieg zamknięty, a brak przestrzeni pozaustrojowej to brak ingerencji tego, co transcendentne. Nie zostaniemy zakażeni…

Co pozostaje?

Skoro już żadem Inny nie jest w stanie przedrzeć się przez zamkniętą – by sparafrazować Hilarego Putnama – w naczyniu mózgu ekonomiczną „wielość w jedności”, skazani jesteśmy na zadowalanie się tym, co dane. Zajmujące jest tu zwłaszcza przeniesienie elementów, towarzyszących niegdyś rytuałom i czynnościom religijnym na sfery działalności ludzkiej, zupełnie dziś pozbawione sacrum. Z pietyzmem czytamy to, co do żadnego poza nie odsyła (jak potwierdza przytoczony fenomen), co pozostawia nas na jednym i tym samym poziomie. Na płaszczyźnie konsumowania. Im bardziej teksty przybliżają się do konkretu codzienności, tym wyższą wartość stanowią dla odbiorcy. Przeniesiony został punkt ciężkości z prawdziwej egzegezy na czytanie świeckich tekstów, gdzie przypisuje się im charakter świętości tych pierwszych. Głowy chylimy dziś przed pięknymi ulotkami. A cała otoczka wokół sprzedawanego produktu czy tekstu, to celebra, nie skrywająca niczego poza sobą. Noika twierdził, że w świątyniach, gdzie brakuje Boga, pozostaje już tylko pietyzm i celebra. Trudno się z nim nie zgodzić. Dodajmy, celebra przerysowana, mająca charakter częstokroć monstrualnej pompy. Brak tu boskiego, metafizycznego objawienia o znamionach hermeneutycznych.

A może jednak jest raczej Coś niż Nic? Może jednak coś ma nam zostać przekazane? Tylko jak i co ma być nam objawione? Co metafizyka chce nam przez ów kawał mięsa za 17,99, przez ten śmiertelno-egzystencjalny konkret, przekazać? Czy chce przekazać cokolwiek i czy człowiek, zamykający się na głos możliwego-Innego będzie w stanie to usłyszeć?

Póki co pozostaje nam wysnuć gorzką konkluzję: jakie czasy, takie święte księgi. Tacy bogowie. Kupczymy. Tu tkwi ludzka i tekstualna wartość. Dziś „Spinoza” to tylko nazwa knajpy.