Wydanie bieżące

15 marca 6 (174) / 2011

Michał Paweł Urbaniak,

POTENCJAŁ (S)PŁYNĄŁ PO POWIEŚCI

A A A
Fabułę debiutanckiej powieści Nicoli Keegan najlepiej opisuje jej tytuł. Dla narratorki - Philomeny Ash, pływanie jest nie tylko pasją. Pływanie to przede wszystkim sens istnienia. Nawet kiedy Philomena w snutej opowieści porusza rozmaite aspekty swojego życia, wszystkie wątki nieodmiennie prowadzą na pływalnię. Sama Keegan twierdzi, że pisze o radości, którą daje robienie tego, co się kocha – i właściwie omawiając „Pływanie” można wyjść od tej odautorskiej wskazówki.

Pływanie – posługując się znowu słowami Keegan – jest w tym przypadku synonimem próbowania, czy może raczej dążenia do realizacji określonych celów. Droga do sukcesu nie jest łatwa. Pip (bo takie przezwisko nosi narratorka) musi wciąż walczyć o swoją pasję. Rodzina nie rozumie jej pływackiego powołania, a nawet jest mu przeciwna, z kolei trener-amator w koloratce traktuje ten sport bardziej jak nieszkodliwą rozrywkę, której oddają się jego podopieczne. Nawet dziennikarze sportowi patrzą na pływanie z lekceważeniem. Jednak Philomena jest zdeterminowana – jej upór, ciężka praca, oswojenie własnych lęków i traum, chęć rywalizacji, a także niewątpliwy talent pływacki w końcu doprowadzają ją na olimpijskie podium.

Dziewczyna wbrew rozlicznym przeciwnościom losu próbuje zrobić karierę i to jej się udaje. Brzmi banalnie? Być może. Chcę tylko pokazać, że jeśliby ograniczyć się wyłącznie do tropu interpretacyjnego rzuconego przez Keegan, okazałoby się, że „Pływanie” jest powieścią dość płytką - a takie określenie będzie dla tej książki krzywdzące. Mówiąc nieco przekornie, warto zanurkować głębiej w poszukiwaniu sensów ukrytych w tej historii.

„Pływanie” jest po trosze swoistym pamiętnikiem z okresu dojrzewania. Narratorka stopniowo uczy się życia, podejmuje nowe wyzwania, zmaga się z kolejnymi problemami, codzienność nie szczędzi jej zwycięstw, ale i porażek. W tej opowieści bardzo wyraźnie zaznaczają się przełomowe punkty: pierwszy sukces, pierwsza przegrana, pierwsza przyjaźń, pierwsza prawdziwa miłość, pierwsza miesiączka, pierwsze zbliżenie seksualne, pierwsze zetknięcie się ze śmiercią. Zresztą w pewnym sensie wszyscy bohaterowie podlegają tym samym procesom – każdy musi jakoś okiełznać rzeczywistość, przystosować się do niej. To często wiąże się z weryfikacją wyobrażeń na temat świata, przekształceniem światopoglądu i porzuceniem marzeń.

Jest jednak przede wszystkim powieść Keegan przejmującym studium samotności, dodajmy, że jest to głównie samotność odczuwana w tłumie. Bohaterowie nie umieją ze sobą rozmawiać (prawdziwe rozmowy możliwe stają się tylko ze zmarłymi bądź z psychologami), kryją się ze swymi uczuciami, głęboko w sobie pielęgnują niezliczone urazy. Najlepiej widać to na przykładzie rodziny Ashów. Philomena pływa, aby uciec przed życiem. Jej ojciec (zwany przez swoje córki - co znaczące - nie ojcem, lecz Leonardem) jest – jak większość mężczyzn w tej książce – wycofany, prawie nieobecny, a matkę w wyniku kolejnych ciosów zadawanych przez los dopada ciężka depresja. Jedna z sióstr Pip przelewa swoje tajemnice i frustracje na karty pamiętnika, druga umyka w narkotyczne wizje, a trzecia przybiera fałszywą maskę świętej. Wszyscy w tej rodzinie są samotni i choć żyją pod wspólnym dachem, niewiele o sobie wiedzą, praktycznie pozostają dla siebie obcy.

Narratorka – chociaż jest dość bystrą obserwatorką - nie umie rozgryźć swoich najbliższych, a więc również czytelnikowi głębsze poznanie bohaterów zostaje oszczędzone. Zresztą chyba w tym właśnie tkwi słabość „Pływania”. Keegan idzie trochę na łatwiznę - oddaje głos jednej postaci (w dodatku nieco irytującej) i opowiada jej historię, podczas gdy poplątane biografie innych przemykają gdzieś w tle. Wydaje się, że naprzemienna narracja – prowadzona na przykład przez wszystkie cztery siostry Ash, - lepiej by zrobiła tej powieści. Ambitna Bronwyn, która musi zmierzyć się z nieoczekiwaną chorobą, zawsze idealna Dot, kryjąca samą siebie za maską konwenansów i udawaną dobrocią, oraz wpadająca w sidła nałogu Roxanne byłyby wspaniałymi, równorzędnymi partnerkami narracyjnymi dla Philomeny. Złośliwie można dodać, że prawdopodobnie miałyby do powiedzenia coś ciekawszego niż ona sama. A Keegan potrafi przecież stworzyć przekonujące, rozbudowane portrety, co widać na przykładzie skomplikowanej osobowości Pip.

Bo kim jest właściwie Philomena Ash? Wszyscy widzieli w niej zawodową pływaczkę, zaś ona określała samą siebie mianem uchodźcy. Z tej poszarpanej, ciężkiej do spójnego ułożenia historii (bohaterka nie dba o chronologię, wyjaśniając: „Niczego nie pamiętam w sposób uporządkowany […]. Wszystko jest poplątane”) wyłania się obraz osoby nieustannie uciekającej przed życiem. „Pływanie” nie bez powodu otwiera scena zanurzenia w basenie w celach zdrowotnych kilkumiesięcznej Pip. Woda od pierwszych chwil staje się przyjazna bohaterce, bo pozwala uciec w stan zbliżony do prenatalnego – istnienie pozbawione odpowiedzialności, egzystencję bez bólu czy narażenia na ciągłe ciosy i brak poczucia bezpieczeństwa. Czynność pływania rzeczywiście odsyła niejako automatycznie do takich właśnie znaczeń. Wedle teorii Pip życie zaczyna się od pływania (kiedy przyszły człowiek ma jeszcze formę plemnika) i wybór takiej aktywności dla ogarniętej eskapizmem postaci jest ze strony Keegan istnym strzałem w dziesiątkę. Pływanie pozwala Philomenie być ponad życiem i ponad człowieczeństwem. Ona sama mówi: „Kiedy wślizguję się do wody, znikam pod powierzchnią i płynę strzałką jak duch. Poruszam się z nadmierną prędkością, ale prawda jest taka, że całe życie poza basenem uległo wstrzymaniu i wszystkim, co teraz słyszę jest serce bijące szybciej niż zegar”.

Zatem Philomena od rzeczywistości ucieka w pływanie, a od pełnego istnienia w stan pseudo-prenatalny. Właściwie całe swoje życie podporządkowuje jednej pasji, czy też, inaczej mówiąc, w pływaniu znajduje sposób na okiełznanie tego życia. Jednak taka taktyka nie może stale się sprawdzać. Jedną z kluczowych scen w powieści jest zwycięstwo pływaczki na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles - Pip, otrzymawszy złoty medal, reaguje nieoczekiwanym załamaniem nerwowym, a cała sytuacja przypomina jej pogrzeb. To moment przesilenia, osiągnięcia celu, a więc tym samym stracenia go. Bohaterka po raz pierwszy musi naprawdę wyjść z wody i stanąć z życiem twarzą w twarz. Jednak pozostaje w tym wszystkim sama – mało kto (a już na pewno nie najbliżsi) wyciąga do niej pomocną dłoń. Jeśli nawet robi to cała armia psychologów, kierują nimi przecież tylko względy zawodowe. W tym dusznym powieściowym świecie każdy jest zaaferowany tylko sobą.

Nicola Keegan umiejętnie przedstawiła historię pływaczki po wielu trudach osiągającej sukces i w końcu spadającej z piedestału, zdegradowanej do roli przebrzmiałej gwiazdy. Jest tu zaciekła rywalizacja, walka z samą sobą, nękanie przez rozmaitych specjalistów od diet i wizerunku, chwile zwątpienia, duma zwycięstwa i gorycz porażki. Przy tym sceny komiczne i mocno groteskowe przeplatają się z dramatycznymi. A jednak trzeba stwierdzić, że Philomenie daleko do wybitnej gawędziarki – jej opowieść staje się przegadana, miejscami nużąca i przyciężkawa. Wszystkiego dopełnia irytująca skłonność (narratorki? A może pisarki?) do nadużywania środków stylistycznych – mnożą się tu zupełnie niepotrzebne personifikacje, bzdurne porównania i prymitywne metafory. Taka mocno kulawa forma nie jest w stanie udźwignąć całkiem ciekawego pomysłu.

Dodatkowym za to dość potężnym cieniem na powieści kładzie się – jak już sygnalizowałem - grzech niewykorzystanego potencjału. Pełnokrwiści bohaterowie (czy może raczej bohaterki, bo to głównie świat żeński, w którym mężczyźni sytuują się na dalszym planie) nieśli ze sobą ogromne możliwości. Rodzina Ashów, w której wszyscy są naznaczeni piętnem niespełnienia i samotności, została potraktowana przez Keegan z karygodną powierzchownością – trudno się oprzeć wrażeniu, że z tą historią poradziliby sobie dużo lepiej Majgull Axelsson czy Michael Cunningham. Szkopuł tkwi chyba w tej nieszczęsnej narracji – a wystarczyłoby przecież dać wszystkim (niemniej przecież interesującym) siostrom Philomeny równe narracyjne prawa.

Wydaje się, że Nicola Keegan w debiutanckiej książce nie umiała w pełni rozwinąć swoich niewątpliwych talentów. Świetny pomysł został spłaszczony, umiejętność kreowania wielowymiarowych, niebanalnych postaci – nie do końca wykorzystana, a zdolność empatii – zmarnowana. Być może Philomenie Ash w „Pływaniu” należało się miejsce na podium. Nie jestem jednak przekonany, czy to miejsce należy się Nicoli Kegaan – może przy okazji następnej powieści. Po dość kulawym debiucie na laury jeszcze za wcześnie.
Nicola Keegan: „Pływanie”. Przeł. Anna Bartkowicz, Anna Rogozińska. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2011 [seria: z miotłą].