Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (176) / 2011

Natalia Gruenpeter,

DZIKOŚĆ CZAS ZACZĄĆ!

A A A
WYDANIA DVD
Kto w dzieciństwie nie chciał wyrwać się spod władzy dorosłych i zostać królem bądź królową własnego świata? Kto nie chciał mieć poddanych, którzy zawsze będą gotowi do dzikiej zabawy i z którymi nie będzie mowy o nudzie? O tym samym marzy bohater filmu „Gdzie mieszkają dzikie stwory”, dziewięcioletni Max (Max Records), nierozumiany przez rozwiedzionych rodziców, zaniedbywany przez starszą siostrę, znudzony samotnością. Pewnego dnia, po kłótni z matką, chłopiec ucieka z domu i odkrywa świat wielkich, futrzanych stworów, które stają się jego wiernymi kompanami. Szybko okazuje się jednak, że rządzenie własnym królestwem, ustanawianie praw i budowanie wielkich fortów nie jest wcale takie łatwe, zwłaszcza że wszyscy poprzedni władcy tego dziwacznego świata zostali pożarci.

Pierwowzorem filmu „Gdzie mieszkają dzikie stwory” jest ilustrowana książka Maurice’a Sendaka. Od chwili wydania na początku lat sześćdziesiątych opowieść o chłopcu uciekającym w świat fantazji doczekała się adaptacji operowej, a w 2009 roku pierwszej pełnometrażowej ekranizacji, za którą odpowiedzialny jest Spike Jonze. Choć oczywiście żadna amerykańska baśń nie może pod względem popularności równać się z „Czarnoksiężnikiem z krainy Oz”, książki Sendaka wpisały się do kanonu literarury dziecięcej, a jego „dzikie stwory” zamieszkały w wyobraźni Amerykanów. Porównanie z „Czarnoksiężnikiem z krainy Oz” wydaje się zresztą niezwykle ciekawe ze względu na pewne przesunięcie w topografii fantastycznej krainy. W filmie Victora Fleminga, klasycznej ekranizacji książki Franka Bauma, Dorotka przenosi się w nieznany świat, kiedy, uderzona oknem wybitym przez tornado, traci przytomność. W filmie zawarta jest więc wyraźna sugestia, że kraina Oz jest jedynie tworem wyobraźni bohaterki. Tymczasem w oryginale Bauma kraj Manczkinów, choć osobny, był równie realny co Kansas. Zupełnie odwrotnie rzecz ma się z książką Sendaka, w której Max przeniósł się do krainy dzikich stworów, kiedy matka odesłała go do pokoju bez kolacji. To Spike Jonze nadał temu miejscu status świata prawdziwie istniejącego. Aby do niego dotrzeć, Max musi opuścić bezpieczne przedmieścia i przepłynąć groźny ocean. I choć zapewne wielu widzów odczyta tę ucieczkę jako metaforę, trudno odmówić fantastycznemu światu namacalnej postaci, ciepłej materialności, której znakami są na przykład futra dziwacznych zwierzaków czy poduszki ich stóp, trochę przybrudzone i niedoskonałe, ale przez to tak sugestywne.

Kryje się w tym zabiegu być może dążenie do oddania wizji dziecka, dla którego granica pomiędzy rzeczywitością a wyobraźnią jest płynna. Obraz tytułowej krainy jest tym, co czyni „Gdzie mieszkają dzikie stwory” jednym z najbardziej urzekających filmów ostatnich lat. Warto dodać, że za wygląd stworów odpowiedzialna była ekipa firmy Jim Henson’s Creature Shop, założonej przez nieżyjącego już twórcę Muppetów. W warsztacie Hensona powstały modele, które następnie ożywiono za pomocą technik komputerowych. Zdaje się, że nadanie postaciom materialności, zwłaszcza w kontakcie z chłopcem odgrywającym rolę Maksa, było zasadniczym wyzwaniem, przed jakim stanęli twórcy filmu. Trzeba przyznać, że wywiązali się z tego zadania w sposób godny podziwu. Granica pomiędzy żywym aktorem a fantastycznymi istotami jest nieuchwytna. Ogromne rozmiary stworów, ich miękkie futra lub opierzenie, zarastające sierścią nosy, ale także i ich żywe oczy, w których odbijają się wszystkie emocje, to materializacja dziecięcych marzeń o wymyślonym przyjacielu, a właściwie całej ich bandzie.

„Gdzie mieszkają dzikie stwory” nie jest jednak bajką, w której wszystkie rany szybko się goją, a złamane skrzydła po prostu odrastają. Jonze zdołał uchwycić zarówno atmosferę beztroskiej zabawy, jak i smutek, który towarzyszy gorzkiej prawdzie, że nic nie trwa wiecznie, że nie każdy jest zawsze szczęśliwy. Max rozpoznaje więc nieodwracalność krzywdy, z którą musi zmierzyć się każde dziecko, kiedy zepsuje ulubioną zabawkę albo zrani kogoś bliskiego. Film jest także wybuchową mieszanką dziecięcej naiwności i gwałtowności. Już pierwsze ujęcia dają widzowi próbkę tego, co czeka go podczas seansu. Film otwiera łagodna kompozycja nasuwająca na myśl kołysankę, ale ten baśniowy nastrój burzą dzikie wybryki głównego bohatera. Wrażenie chaosu, a nawet grozy – podobnie mógłby rozpoczynać się horror – potęgują ujęcia z ręki. Kamera desperacko stara się nadążyć za małym chłopcem ścigającym przestraszonego psa. Pierwsze spotkanie z dzikimi stworami również podszyte jest grozą. Przecież nie wiadomo, czy wielkie futrzaki nie zechcą zjeść małego, bezbronnego chłopca. Dlatego Max obwołuje się ich królem, a jego słowo – jak to bywa w dziecięcych zabawach – wystarcza, żeby faktycznie stał się władcą. Przygody chłopca wśród bandy wielkich stworów są w pewnym stopniu odzwierciedleniem jego codziennych problemów, podobnie jak osoby napotkane przez Dorotkę w krainie Oz były odbiciami prawdziwych mieszkańców Kansas. „Trudno być rodziną” – mówi jeden ze stworów, ale nie zdradza, jak tę trudność przezwyciężyć, bo recepta na szczęście po prostu nie istnieje.

Obraz dzieciństwa w filmie Jonze’a daleki jest od dominującej we współczesnej kulturze wizji stanu beztroskiego, słodkiego i niewinnego. Nie tylko codzienność, ale i zabawa Maksa wydaje się gwałtowna i brutalna. Być może dlatego „Gdzie mieszkają dzikie stwory” to film, któremu trudno jednoznacznie przypisać określoną widownię, marketingowo rozumiany cel. O ile bowiem w dziełach takich jak popularny „Shrek” mamy do czynienia z podwójnym kodowaniem, współistnieniem warstwy opowiedzianej historii oraz warstwy nawiązań i odniesień do innych tekstów kultury, o tyle w filmie Jonze’a trudno o taki styl odbioru. Niewątpliwie film ma w sobie pewną nutę nostalgii, a jego emocjonalna siła przypomina gwałtowność, z jaką widz – jako dziecko – doświadczał życia. Być może z największą przyjemnością obejrzą film dwudziesto- czy trzydziestolatkowie, dla których dzikie stwory z książki Maurice’a Sendaka są miłym wspomnieniem. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę także na doskonałą ścieżkę dźwiękową autorstwa Karen O, wokalistki Yeah Yeah Yeahs, która zapewne przekona do filmu część widowni. Jonze i Karen O tworzą duet, który pod względem umiejętności budowy atmosfery dorównuje Lynchowi i Badalamentiemu.

Wracając jednak do problemu adresowania w filmie Jonze’a, dostrzegam pewien problem z widownią dziecięcą. Jeśli można ufać komentarzom zamieszczanym na portalach internetowych, nie sposób nie zauważyć, że część rodziców czuła się zdecydowanie zaniepokojona tym, co nazwałabym gwałtownością i dzikością, zarówno w treści, jak i w stylu, we wspomnianych już chwilach grozy. Czyżby więc film o dziewięcioletnim chłopcu wcale nie był odpowiedni dla jego realnych równieśników? Na to pytanie oczywiście każdy rodzic musi odpowiedzieć sobie sam. Tymczasem zdaje się, że wielu już od dawna zrezygnowało z samodzielnego podejmowania takich decyzji, oddając swoje przywileje dystrybutorom filmów i specjalistom od marketingu. Z jednej strony, oczywiście trudno wyobrazić sobie, żeby rodzice każdy film czy serial oglądali najpierw sami, a dopiero później z dziećmi. Z drugiej jednak, film „Gdzie mieszkają dzikie stwory” od razu ukazał się na płytach DVD, co zdecydowanie ułatwia nadzór nad przekazywanymi treściami.

Być może właśnie w chwili wprowadzenia filmu na rynek ukształtowane zostały oczekiwania widzów. W Polsce na przykład można kupić płytę DVD wraz z pluszową maskotką stwora lub chłopca, a sklepy internetowe umieszczają dzieło Jonze’a w kategorii filmów dla dzieci i młodzieży. Potencjalni widzowie – urzeczeni być może baśniowymi obrazami – spodziewali się filmu podobnego do produkcji wytwórni Pixar lub do wspomnianego już „Shreka”, który nadał ton współczesnemu kinu familijnemu. Tymczasem „Gdzie mieszkają dzikie stwory” to dzieło niepodobne do żadnego z popularnych filmów dla dzieci. Nie ma w nim wartkiej akcji, wizualnych fajerwerków i ostro naszkicowanych postaci. Opowiedziana w nim historia jest raczej historią wewnętrzną, bo – jak sugerują slogany na plakatach filmu – dzikie stwory mieszkają w każdym z nas.
„Gdzie mieszkają dzikie stwory” („Where the Wild Things Are”). Reż.: Spike Jonze. Scen.: Dave Eggers, Spike Jonze. Obsada: Max Records, Catherine Keener, Mark Ruffalo. Gatunek: familijny / fantasy / przygodowy. Produkcja: Niemcy / USA 2009, 101 min.