Wydanie bieżące

1 maja 9 (177) / 2011

Michał Paweł Urbaniak,

ZBRODNIA Z PRZYMRUŻENIEM OKA

A A A
Trudno jednoznacznie stwierdzić, co sprawia, że literatura kryminalna nie traci na popularności – a takie zjawisko ma niewątpliwie miejsce w Polsce. Na naszym rynku wciąż pojawiają się nowe wydania klasycznych kryminałów Agathy Christie (jak również ich ekranizacje) czy Raymonda Chandlera. Ponadto polski czytelnik może się wreszcie zapoznać z powieściami Erle’a Stanleya Gardnera bądź Rexa Stouta, których bogaty dorobek był u nas dotąd reprezentowany wręcz szczątkowo. Obok stale obecnych rodzimych twórców tego gatunku (choćby Joanny Chmielewskiej uznanej w powszechnej świadomości czytelniczej – mniejsza o to czy słusznie – za pierwszą damę zbrodni czy wręcz polską Agathę Christie), po formę kryminalną – chyba na zasadzie panującej mody – sięgają dziś również pisarze kojarzeni dotychczas z inną literaturą - znana z chick-litowych powieści Monika Szwaja („Powtórka z morderstwa”), poeta Edward Pasewicz („Śmierć w darkroomie”) czy historyk Tadeusz Cegielski („Morderstwo w alei Róż”). Trzeba też wspomnieć o olbrzymim sukcesie kryminałów skandynawskich (rozpoczętym przez trylogię „Millennium” Stiega Larssona oraz cykl o miasteczku Fjällbaka autorstwa Cämilli Lacberg), a wreszcie o „zmartwychwstaniu” powieści milicyjnej (reprinty książek Heleny Sekuły czy Anny Kłodzińskiej). O społecznym zapotrzebowaniu na zagadki kryminalne świadczy także obecność w telewizyjnej ramówce rozlicznych seriali fabularno-dokumentalnych opisujących pracę detektywów czy policjantów – rzecz jasna z nieodłączną zbrodnią w tle.

Nie zagłębiając się w roztrząsanie przyczyn popularności literatury kryminalnej, chciałbym zwrócić uwagę, że choć umowny schemat (zasadzający się – upraszczając - na zbrodni i jej rozwiązaniu) można realizować rozmaicie, nietrudno wpaść w pułapkę naśladownictwa. Innymi słowy, dzisiejsi twórcy kryminałów często bazują na motywach wypracowanych przez swoich poprzedników, a zatem łatwo o wtórność (na przykład Gaja Grzegorzewska w „Żniwiarzu” otwarcie – choć zarazem dość nieudolnie - bazuje na modelu powieści oraz intrygach wypracowanych przez Agathę Christie, a „Powtórka z morderstwa” Szwai trąci nieco pisarstwem Chmielewskiej). Zjawisko to – właściwie nienowe i obecne nie tylko na gruncie polskim - może prowokować pytanie o możliwość przeskoczenia owej powtarzalności – pytanie, które będzie dobrym punktem wyjścia do omówienia najnowszej powieści Magdaleny Lewańskiej.

Mówiąc najogólniej, Lewańska wykorzystuje klasyczne motywy i schematy kryminalne, ale jednocześnie poddaje je parodii (dlatego swoista podwójna lektura – z uwzględnieniem znajomości mistrzów gatunku – jest tyleż nieodzowna, co zabawna). Już sam tytuł „Detektyw i panny” sytuuje książkę po stronie literatury zarówno kryminalnej, jak i (potencjalnie) romansowej, co jest pierwszym przymrużeniem oka w stronę czytelnika. Również dwie mini-powieści (które składają się na „Detektywa i panny”) zostały zatytułowane dość przekornie – bo ani „Chiński kurczak”, ani „Mysz zastępcza” nie mają wiele wspólnego z opisywanymi zbrodniami.

Do sennego, niemieckiego miasteczka Kirchdorf – przypominającego nieco St. Mary Mead, w którym mieszkała panna Marple stworzona przez Agathę Christie – przyjeżdża z Hamburga młody ambitny komisarz Dirk Tielke. Ma nadzieję na błyskotliwą karierę, rozwiązywanie kolejnych skomplikowanych zagadek kryminalnych i demaskowanie przebiegłych morderców. Jednak Kirchdorf jest miejscem jak najdalszym od zbrodni, to raj sprawiedliwości, w którym wiedzie się spokojne życie. Cóż, o ile detektywi z innych powieści na rozmaite morderstwa i nieprawości natykali się niemal od razu, o tyle Dirk musi czekać dobrych kilka miesięcy, aby móc się prawdziwie wykazać – i w końcu nie ograniczać swojej działalności tylko do prelekcji dotyczących przestępstw, udzielanych sympatycznym mieszkańcom miasteczka.

W „Chińskim kurczaku” do Dirka przychodzi ładniutka Alke Fink, która przeczytawszy list adresowany do zmarłej ciotki, odkrywa zapowiedź makabrycznej zbrodni. Jednak inaczej niż u Chandlera czy Gardnera – to nie zapowiada długiego i żmudnego śledztwa. Dirk bez większych trudności odkrywa nadawcę listu (co zresztą nie wymagało nadzwyczajnych umiejętności detektywistycznych) i rozpoczyna pościg za psychopatycznym mordercą. Kolejne śledztwo – z opowiadania „Mysz zastępcza” - rozgrywa się dwa lata później. Zabójstwo Reinera Pagla początkowo wydaje się sztandarową sprawą w stylu „mafia, prostytucja, korupcja i handel żywym towarem”. Szybko jednak wychodzi na jaw, że denat mógł paść ofiarą prywatnych porachunków – i został zastrzelony w akcie zemsty za odebranie narzeczonej. Która z tych hipotez okaże się trafna? Kto naprawdę pociągnął za spust?

Być może Magdalenie Lewańskiej można zarzucić pójście na łatwiznę, tworzenie na ogranych intrygach (postać złego brata-bliźniaka, porachunki mafijne) czy powielanie schematów. Jednak jeśli weźmie się pod uwagę, że to parodia – każdy zarzut staje się atutem. Trzeba przyznać, że Lewańska bawi się konwencjami wprost wyśmienicie, a wszelkie standardowe motywy zostają skarykaturowane umiejętnie i zarazem w dobrym stylu.

Pierwszemu obśmianiu poddana jest tu figura detektywa. Postać komisarza Dirka Tielke w niczym nie przypomina Sherlocka Holmesa, Phillipa Marlowe’a czy Herkulesa Poirota. To przede wszystkim pechowiec, typ detektywistycznego Don Kichota czy nieudacznego Kandyda – najpierw nie ma możliwości wykazania się, jest w miasteczku tylko pro forma, a kiedy wreszcie pojawia się nieodzowny dla kryminału trup, razem z nim przychodzą rozmaite trudności. Tielke jest stanowczo odsuwany od dochodzeń (inaczej niż na przykład Poirot), zresztą zasadniczo nie ma okazji popisać się jakimiś metodami czy umiejętnościami – w pierwszym śledztwie właściwie rozwiązanie podaje nie on, lecz jedna z osób postronnych, a rola komisarza sprowadza się do złapania przestępcy. W dodatku Tielke nie ma w ogóle posłuchu wśród kirchdorfczyków, wtrącają się oni w dochodzenia, wywierają na nim presję, folgują swojemu wścibstwu, czerpią prywatne korzyści ze śledztwa (głównie polegające na zaspokojeniu własnej niezdrowej ciekawości). Detektywowi brakuje też intuicji i umiejętności – kiedy powinien się spieszyć, spokojnie je śniadanie. Bohater doskonale zdaje sobie sprawę, że „sławni detektywi z książek i filmów zawdzięczali swe osiągnięcia (…) pracy ludzkiego umysłu”, a jednak intensywne myślenie w próbie odpowiedzi na pytanie „kto zabił?” podczas kąpieli kończy odkryciem, że on sam zapomniał zdjąć skarpetki przed wejściem do wanny. Dirk zastanawia się ponadto, „jak to możliwe, że dotychczas nie czuł braku w Kirchdorfie bliskiej osoby, której mógłby się zwierzyć, w której obecności mógłby głośno porozmyślać. Tak… Nudne i ciężkie jest życie młodego policjanta na głuchej prowincji”, co stanowi oczywistą wycieczkę w stronę wszystkich doktorów Watsonów czy innych kapitanów Hastingsów, nieodłącznych cieni wielkich detektywów i kronikarzy ich sukcesów.

Sparodiowane motywy typowej powieści detektywistycznej można mnożyć. Psychopatyczny morderca przechowuje wycięte narządy swoich ofiar w słoiku w lodówce (zresztą ten ślad znajduje nie detektyw, a skuteczniejsza niż on, energiczna Frau Funke). Komisarz zamiast spodziewanego trupa (którego również mógłby oczekiwać miłośnik kryminałów) znajduje niepraną bieliznę. Domniemany zabójca przeżywa ognisty romans na łonie natury z miejscową panią ekolog. Ktoś spodziewa się szantażu, bo przed laty nasikał do piwa przyszłego kanclerza Niemiec. Niebezpieczna bomba nie ma ogromnej siły rażenia, bo została namoczona w detergencie przez nieświadomą niczego ciekawską sprzątaczkę. Człowiek podejrzany o morderstwo, który traktuje przesłuchanie jak wyborną zgaduj-zgadulę, instruuje śledczego. Dochodzenie schodzi na dalszy plan wobec nerwicy detektywa związanej z przyczajoną na komisariacie myszą. To właśnie te ośmieszające gatunek zabiegi prowadzą do wniosku, że „Detektyw i panny” to nie tylko kryminał (czy może raczej dyptyk kryminalny), ale również powieść o powieści kryminalnej samej w sobie.

Choć humor zasadniczo stanowi główny wyznacznik tej prozy, nie należy wiązać Lewańskiej z Chmielewską – u tej pierwszej mniej jest absurdu, za to więcej błyskotliwości oraz sporo cierpkiej ironii, a wszystko ma swój cel i ostatecznie sprowadza się do wyrafinowanej gry ze schematami powieści kryminalnej. Ponadto na uwagę zasługuje również sprawny warsztat pisarski autorki „Wszystkich moich kaczuszek”. Lewańska jest pomysłowa, ma talent do kreowania niebanalnych postaci, zwłaszcza kobiecych (inteligentna Edeltraud Funke, ambitna Alke Fink czy rozmarzona Isia Dobrzańska), a wreszcie potrafi umiejętnie stopniować napięcie. W tej książce nie brakuje też swoistego ciepła – co jest kolejnym kuksańcem wymierzonym w stronę tradycyjnego kryminału.

„Detektyw i panny” to kryminał z przymrużeniem oka (i trzeba przyznać, że Lewańska mruży to oko inteligentnie), wpisujący się w nieustającą chyba modę na zbrodnię w literaturze, a jednocześnie idący tej modzie niejako na przekór. Lewańska odwołuje się do uznanych mistrzów gatunku, używa starych, sprawdzonych schematów, bazuje na ogranych motywach, aby umiejętnie je ośmieszyć. Tym samym nie daje się sklasyfikować jako „nowa Chmielewska”, „współczesny Chandler” czy „następczyni Agathy Christie” (a takie określenia, przypisujące do określonego wcześniejszego twórcy, można by zastosować wobec sporej części polskiej i zagranicznej współczesnej literatury kryminalnej), bo z tymi autorami po prostu wybornie pogrywa, a wywodzące się z ich twórczości - już dziś powszechnie znane - pomysły, rozwiązania czy wymogi formalne interesująco przekształca. Być może właśnie tego rodzaju podejście stanowi sposób na uniknięcie pułapki, o której wspomniałem na początku mojego szkicu i pozwala być „umiejętnie wtórnym”. Magdalena Lewańska zręcznie omija tę pułapkę. Opierając się na tym, co sprawdzone, wypracowuje sobie własny, odrębny styl. W konsekwencji jej powieść „Detektyw i panny” wnosi coś odświeżającego do polskiej literatury kryminalnej.
Magdalena Lewańska „Detektyw i panny”. Wydawnictwo JanKa. Pruszków 2011.