ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (59) / 2006

Artur Madaliński,

KOMBINATOR TRAGICZNY

A A A
Najnowsza powieść Janusza Andermana to świetnie napisana satyra na środowisko literackie, a zarazem wirtuozersko podany portret rodzimej rzeczywistości. Zasadnicza warstwa narracji uruchomiona zostaje tu kilka sekund przed śmiercią A.Z., najważniejszej postaci książki. Główny bohater „Całego czasu” wraca z Warszawy do Gdańska, podróżuje samochodem, prowadzonym przez uwiedzioną niewiele wcześniej aktorkę. Kiedy z naprzeciwka wyłania się pędząca wprost na pasażerów ciężarówka i śmierć jest tylko kwestią czasu, A.Z. inicjuje retrospektywną opowieść, której przedmiotem jest całe jego dotychczasowe życie. Ów biograficzny bilans rozpisany jest w powieści na niewielkie objętościowo i nagle urywane epizody, co przypomina konstrukcję filmową – chwyt kompozycyjny nawiązuje więc do błyskawicznej rekapitulacji całego życia, występującej jakoby w sytuacjach ekstremalnych. A życiorys A.Z. do pięknych raczej nie należy.

Centralny bohater nowej książki autora „Gry na zwłokę” jest pisarzem, czy też – ściślej – za pisarza w literackim światku uchodzi, gdyż samodzielnie nigdy nie napisał nawet linijki tekstu. Jest natomiast mistrzem intrygi, manipulacji, kłamstwa i cynicznego wykorzystywania innych. Rzekłbym, że jest materialistą w sensie Heideggerowskim – wszystko i wszyscy, zwłaszcza zaś bardziej lub mniej zagubione kobiety, są dla niego (bohatera „Całego czasu”) materiałem, który służy kolejnemu matactwu. Wykradanie cudzych tekstów, donosy na samego siebie, fałszowanie dedykacji, symulacja choroby psychicznej – to tylko nieliczne przykłady przekrętów, prowadzących do ugruntowania pozycji A.Z. w kręgach warszawskich elit intelektualnych.

W planie fabularnym wspomnienia A.Z. zakrojone są szeroko – obejmują okres od lat 70. ubiegłego stulecia do dzisiaj. Anderman posłużył się niezwykle pojemną formułą narracyjną, umożliwiającą podejmowanie wielu wątków, spośród których wyróżniłbym dwa kluczowe. Z jednej strony jest „Cały czas” próbą sarkastycznej demitologizacji środowiska literackiego, pokazanego tutaj jako gremium zawistnych i dwulicowych spryciarzy, czyhających na odpowiedni moment, by pogrążyć mniej operatywnego kolegę po fachu. Z drugiej strony, autor „Zabawy w głuchy telefon” podejmuje problem usytuowania pisarza we współczesnym świecie, nie zważając zbytnio na cezurę czasową roku 1989. Bo też zmiana kontekstu historycznego nie pociągnęła za sobą konieczności stawiania pytań innych, niż trzydzieści lat temu – z kim się zaprzyjaźnić, by załatwić zagraniczne stypendium, w jakim towarzystwie bywać, by wydać debiutancki tom opowiadań, kogo adorować, by dostać program w telewizji… W nowej, posocjalistycznej Polsce największemu przewartościowaniu – przekonuje w „Całym czasie” Anderman – uległ z pewnością społeczny status pisarza – „dawniej – konstatuje gorzko A.Z. – moja legenda przeszłaby do legendy. Moja wredna autokreacja byłaby najświętszą prawdą dla początkujących i zaawansowanych autorów (…) Dziś na ustach wszystkich jest poseł i ksiądz przyłapani na jeździe po pijaku” (s. 157-158). W istocie, nikt się dziś pisarzami zbytnio nie fascynuje, a i rząd dusz dzierżą raczej spece od reklam i seriali, niż wyrafinowani eseiści.

Aliści są to sprawy nieraz już w nowej prozie opisywane, dlatego tym, co uważam za najwyższą wartość najnowszej powieści autora „Kraju świata”, jest ambiwalentna konstrukcja jej głównego bohatera. A.Z. (przy całej jego hipokryzji i braku skrupułów) jawi się bowiem jako postać nieledwie tragiczna. Owszem, jest to kawał skurwysyna, ale przecież bywają chwile, w których jest całkowicie bezradny. Oto widzimy bowiem osobnika o niewątpliwych ambicjach artystycznych, który pozbawiony jest jakichkolwiek talentów twórczych. Hochsztapler najbardziej nieporadny jest wtedy, gdy zostaje postawiony wobec konieczności wykreowania czegoś od początku do końca własnego, czegoś, co byłoby dystynktywnym znakiem jego osobowości. Nawet starając się o etat felietonisty w jednym z kobiecych pism, swoje próbne teksty kompiluje, wykorzystując gazetowe wycinki. W tym sensie nowa proza Janusza Andermana byłaby nie tylko studium oportunizmu i kunktatorstwa, ale też dość dramatyczną narracją o niemożności wyrażenia siebie.

Można utyskiwać, że A.Z. posłużył Andermanowi do utrwalania niektórych stereotypów (kobiety w „Całym czasie” są wyłącznie kwiatkiem do kożucha głównego bohatera), zaś konkluzja społecznej warstwy powieści mogłaby zamknąć się w stwierdzeniu, że czasy się zmieniają, a jednak w pewnych zakresach są takie same (kwitnie nepotyzm i koteryjność). Nie zmienia to wszelako faktu, że nowa powieść twórcy „Fotografii” to szydercza, prześmiewcza, ale prawdziwa i mistrzowsko zrobiona proza.
Janusz Anderman: „Cały czas”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006.