Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (59) / 2006

Tomasz Stawiszyński,

PODRÓŻ WSZĘDZIE I NIGDZIE

A A A
Poezja jest narzędziem, może służyć rozmaitym celom. Oczywiście, pośród tej rozmaitości zastosowań jest i takie, w myśl którego poezja winna być uprawiana wyłącznie dla samej aktywności zdaniotwórczej, nigdy dla osiągnięcia jakichś innych, pozajęzykowych, by tak rzec, apanaży. Ten ostatni pogląd jest obecnie dość popularny, różne modne filozofie (modne na Zachodzie trzydzieści lat temu, dodajmy, a dopiero teraz przetłumaczone w Polsce i przeżywające u nas swoją drugą młodość) głoszą prawdę jedynej absolutnej rzeczywistości, której na imię Dyskurs. W takiej wizji poeta to ktoś łączący w sobie umiejętności żonglera, teurga oraz prestidigitatora. Żonglera – bo sprawnie obraca słowami, teurga – bo z semantycznych elementali wytwarza nowe światy, prestidigitatora – bo te światy ostatecznie znikają w jego przepastnym i bezdennym kapeluszu, okazując się iluzją podmiotu, niemożliwością skonstruowania adekwatnego opisu, albo też porażką projektu metafizycznego etc. etc.

Mam wrażenie, że Piotr Kępiński wcale nie wpisuje się w ten zestaw poglądów, jakkolwiek – obcując z poezją zamieszczoną w tomie „Słone mgły” – można w pierwszej chwili odnieść wrażenie, że głosi on podobną nowinę, jak owi, nazwijmy to tak, „dyskursocentryczni” poeci: nie ma nic poza znakami, które tak naprawdę niczego nie znaczą, do niczego nie odsyłają. A jednak, popularne przysłowie słusznie przypomina, że gdy dwóch mówi to samo – wcale nie zawsze to samo mają na myśli.

Moim zdaniem tym, co Kępińskiego odróżnia od wspomnianego powyżej nurtu, jest wyraźnie egzystencjalny charakter jego poezji. Z tych wierszy ktoś do nas naprawdę przemawia. Nie są one li tylko efektownymi mirażami sensów, mającymi na moment ułożyć się w figurkę nieprawdziwego „autora”, która wcześniej czy później, na oczach czytelnika, ulegnie ostatecznej degrengoladzie. Dla Kępińskiego poezja nie jest zabawą, grą szklanych paciorków, albo literacką żonglerką. Czym zatem jest? Moim zdaniem – wszystkim. A więc sposobem poznawania, doświadczania, pamiętania i zapominania. Sposobem istnienia i nieistnienia, życia i umierania.


Nie wiem, czy Kępiński sam wpadł na pomysł, żeby wiodącym symbolem na okładce „Słonej mgły” uczynić rybę, czy też jest to w całości idea pochodząca od Piotra Zdanowicza, odpowiedzialnego za opracowanie graficzne książki. W gruncie rzeczy to nieistotne, liczy się zaskakująco trafna synchroniczność znaczeń tekstu i obrazu.

Wedle „Słownika symboli” Cirlota „ryba jest istotą psychiczną, obdarzoną mocą wnikania i przedzierania się ku górze, w obrębie sfery niższej, tj. nieświadomości”. C.G. Jung zaś wspomina w „Aionie”, że w alchemii symbol ryby „stał się symbolem lapis; termin ów, jak wiadomo, oznacza zarówno materię wyjściową (materia prima), jak też produkt końcowy procesu przemiany alchemicznej (...)”. Te dwa krótkie fragmenty od razu wyświetlają nam jeden z dominujących w książce Kępińskiego motywów: proces przemiany czy raczej proces wędrowania (które ostatecznie są tożsame). Jednak świat „Słonej mgły” daleki jest od uporządkowanych (i zarządzanych pewnego rodzaju logiką) kosmosów średniowiecznej alchemii. Jedyną zasadą, jaka go określa, jest zasada absolutnej dyspersji. To rozbity, rozsypany, strzaskany świat, w którym próżno szukać jakiejkolwiek scalającej, wewnętrznej formy. W takim uniwersum nie obowiązują dawne proste i zdefiniowane wektory: góra, dół, prawo, lewo. Tutaj wędrówka odbywa się raczej – parafrazując słynny wers Różewicza – „we wszystkie strony na raz”, a zarazem w żadną z nich. Co więcej, widok jest mocno zamglony, panuje nieustająca dezorientacja, wszystkie punkty odniesienia przemieszczają się ruchem chaotycznym, znaki odsyłają donikąd, albo do siebie nawzajem, ścieżki się plączą, kierunki mylą: „ale czy samolot / krążący nad / bezradnością / zobaczy kiedyś / nasze oczy / i czy oczy / wskażą mu / drogę donikąd” („Lot”, s.12). Albo też – jak w wierszu „Poszarpane”: „kry mówią witaj / jaką drogą odejdziesz / powiedz jaką linią / się pożegnasz / gdzie ustawisz znaki / dzięki którym nie będzie / można znaleźć nie tylko / ciebie ale i tych/których już nie ma a może nigdy / nie było” (s. 16).

Bohater tych wierszy – choć utopiony w morzu niejednoznaczności i rozkładu – coś jednak próbuje dostrzec, coś jednak ustalić. A przynajmniej zarejestrować. W tym sensie "Słona mgła” jest swego rodzaju dziennikiem podróży, która nie ma ani końca, ani początku, ani żadnej z góry określonej trasy. W istocie ta podróż jest po prostu strumieniem doświadczenia, który rozlewa się szeroko, przekraczając wąskie granice ego, które „wygasło” („Z małej chmury”, s. 29). A zarazem, paradoksalnie, Kępiński rozsiewa w tej książce fragmenty, które sugerują, że ich autor dostrzega w tym, co się z nim i wokół niego dzieje, jakieś prawidłowości. Choćby takie: „(...) widzę / jak idę / do tyłu” („Minione”, s. 49).

Z jednej strony więc „spadanie we wszystkie strony na raz”, z drugiej jednak jakoś identyfikowalny ruch wsteczny, o którym wszakże nie wiemy, czy jest autentycznym cofaniem, czy tylko retrogradacją, a więc pozorem regresu. Tak jakby działo się to wszystko jednocześnie – to znaczy w jednej chwili zagubienie i odnalezienie, rozbicie i scalenie, prośba z nadzieją: „mów mi po jakiej linie odejdziemy” („Przed abstrakcją”, s. 37), a jednocześnie konstatacja: „wracając od siebie szedłem/ donikąd” („Czarny maj”, s. 38). Wydaje się, że ta paradoksalność niesie ze sobą coś więcej, aniżeli tylko efekt retoryczny. Jung twierdził, że kiedy psyche świadoma grzęźnie w paradoksach (co jest nieuchronne), nieświadomość spontanicznie tworzy symbole, w obrębie których proste „egoiczne” przeciwieństwa zostają przekroczone. Nie chodzi przy tym o jakiś starannie działający „mechanizm”, który zawsze, kiedy tylko pojawia się podobny kłopot, usłużnie wyposaży nas w odpowiednie z tego kłopotu wyjście. Chodzi o proces tajemniczy i nieokreślony, rozgrywający się gdzieś na pograniczu tego, co świadome, jasne, słoneczne, i tego, co skryte w cieniu, nieświadome, księżycowe. Stamtąd, z przestrzeni, w której podział na te dwa królestwa traci na znaczeniu, gdzie: „(...) najciemniejsze oczy mylą słońce z księżycem” („Cudna historia”, s. 13), może narodzić się jakaś pełniejsza forma przeżywania, mieszcząca w sobie to, co wcześniej wydawało się nie do połączenia. Kępiński wie, że „wszystkie słowa kłamią” („Kompromitacja”, s. 9), a jednak pisze, zapełnia kolejne strony słowami. W tym tkwi podstawowy paradoks tej książki, daleko bardziej skomplikowany i dramatyczny, aniżeli znany z filozofii „paradoks kłamcy”. Jednak paradoksalność może być wadą wyłącznie w królestwie logiki dwuwartościowej. Tam, gdzie rządzą twarde reguły czystego rozumu, absurd nie ma racji bytu, jest skandalem, występkiem, policzkiem wymierzonym doskonale symetrycznej strukturze. „Ego” specjalizuje się w zgorszeniu aporią, jest zapamiętałym rzecznikiem ładu i harmonii. Jednak wszędzie, gdzie jedynowładztwo „ego” ulega zniesieniu, a pole doświadczenia rozszerza się poza skąpe terytorium indywidualnej świadomości, natychmiast wkraczają antynomie.

Zgoda na dwuznaczność jest zaś w ostateczności zgodą na tajemnicę życia, zgodą na niemożliwość rozjaśnienia tej tajemnicy, a nawet na niemożliwość jej adekwatnego sformułowania. Do tego rodzaju egzystencjalnej postawy dotarł Piotr Kępiński w książce „Słona mgła”.


Tej poezji nie przenika żadna „nadzieja na zbawienie”. Nie ma tutaj znanej z wcześniejszych wierszy Kępińskiego „Nacudii” – czegoś na kształt boskiej, transcendentnej siły, dającej jakąś obietnicę odkupienia. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z całkowitą nicością. Właśnie – nawet w samym pisaniu o wierszach Kępińskiego trudno uniknąć tych form: „ani, ani”, albo „zarówno to, jak i tamto”, albo: „nie znaczy to jednak, że”. Kiedy tylko próbuje się przyszpilić jakieś ewidentne znaczenia, one sprawnie wymykają się unieruchamiającej igle i ulatują w powietrze, albo „wchodzą w lustro” („Kompromitacja”, s.9), żeby przemienić się we własne przeciwieństwo.

Zamiast prostej, opartej o dychotomie zbawienie/potępienie, radość/smutek, albo życie/śmierć, chęci ucieczki od rozkładu w stronę wiecznego światła, albo też chęci ucieczki od światła i pogrążenia się w odwiecznej ciemności, wybiera Kępiński drogę symbolizowaną przez rybę. Jest to droga łączenia przeciwieństw, droga paradoksu, droga poprzez ciemność do światła, a zarazem poprzez światło w ciemność, droga stabilnego pojazdu i chybotliwego podłoża: „sanki saneczki przyprowadź na krę / i dalejże we mgle dryfować” („Licz na psa”, s.40), i odwrotnie: „nie przejdę bezszelestnie / przez pokój / pełen miedzianych zabawek” („Miedziane zabawki”, s. 45).

Proces przemiany i podróży jest więc, jak już wcześniej wspominałem, właściwie nieskończony. Nie posiada wyraźnego kierunku, wyraźnej struktury, nie przebiega linearnie: od punktu a do punktu b. Nie jest ani ucieczką od śmierci, ani ucieczką od życia – jest raczej głębokim zanurzeniem w strumieniu, którego nurt współtworzą obie te siły równocześnie. Sól wedle alchemii jest warunkiem koniecznym doświadczenia, bez niej wszystko jest amorficzne, aseptyczne, pozbawione właściwości. Słona mgła zarazem dezorientuje, wyprowadza na manowce, zaciera granice, ale przy tym wyostrza, nadaje smak, nie pozwala zatracić się w beznamiętnym transie codzienności.

Właśnie z takich ingrediencji komponuje Piotr Kępiński swoją znakomitą, chociaż wymagającą i trudną poezję.
Piotr Kępiński: „Słona mgła”. Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2006.