ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (59) / 2006

Joanna Wojdas,

MILiBEM

A A A
Jerzy Milian, „Milianalia. Free Conversations With Myself”, OBUH, 2004, Polskie Nagrania 2006; Ewa Bem, „Loves The Beatles”, Polskie Nagrania 2005.
Ostatnio było mi dane zapoznać się z dziesięcioma z dwudziestu płyt, które do tej pory ukazały się we wznawianej właśnie serii Polish Jazz Deluxe. Zadania reedycji kultowej winylowej kolekcji na płytach CD podjęły się Polskie Nagrania. Od początku lat 60. do końca 80. zbiór ten dokumentował dokonania polskich jazzmanów. Jego pomysłodawcami byli Ryszard Sielicki (ówczesny dyrektor tej instytucji) i (jej redaktor) Andrzej Karpiński, autorem okładek Marek Karewicz (w reedycji nie zachowano ich starego wyglądu, a jedynie jego elementy, niestety ujednolicono serię; miłym akcentem jest to, że krążki wyglądają, jak małe winyle). „Luksusowość” polega na tym, że do zestawu włączono pozycje katalogowe, które nie ukazały się w kolekcji Polish Jazz, a które – zdaniem wydawców - są istotnym jej dopełnieniem np. album Jerzego Miliana nie mógł być wtedy wzięty pod uwagę, ponieważ powstał dopiero w 2004 roku.

Podczas słuchania tych płyt dosyć często czułam się jak w muzeum, które zawiera ciekawą, ale jednak historyczną już muzykę. Niekiedy musiałam motywować swe mocno nadwątlone zainteresowanie przemyśleniami o „kronice”, „wadze dziejowego dokumentu” itp., kiedy indziej wejście w klimat epoki, którą znaczą nazwiska wybitnych i barwnych postaci, jak Hłasko, Komeda czy Polański, ale też Karolak, „Ptaszyn” i Seifert, było przyjemną i wzbogacającą przygodą. Nie chodzi tu tylko o ostatnio często na tę okazję przywoływaną nostalgię i o niewątpliwy „czar PRL” (przynajmniej jego niektórych aspektów), ale o zrozumienie, że jazz był wtedy, w siermiężnej rzeczywistości Polski Ludowej, muzyką żywą i emocjonalną, wyrazem wewnętrznej swobody, tęsknoty za wolnością i wielkim światem; był luźnym, dalekim od ojczyźniano-partyjnej propagandy, sposobem życia, a przede wszystkim uprawiania muzyki. Stąd ten „drugi nurt” ówczesnej kultury stworzył dzieła (zarówno muzyczne, jak i filmowe i literackie), które mogą być aktualne i atrakcyjne także i dziś, jako takie, w oderwaniu od kontekstu ich powstania.

Oczywiście pojawiło się też pytanie, dlaczego obecnie Niemiec czy Japończyk jest skłonny wydać sporą sumę na starego winyla, który jeszcze do niedawna poniewierał się zakurzony i niechciany na tyłach naszego rodzimego antykwariatu, i można go było kupić za bezcen, skąd wzięła się ta moda na stary polski jazz. Oczywiście wiadomo, że to w dużym stopniu zasługa znanej niemieckiej nujazzowej grupy Jazzanowa i nagrywającego dla brytyjskiej Ninja Tune, wrocławskiego Skalpela, które to formacje używają próbek starych nagrań do edycji własnych, wirtualnie symulują „żywe” brzmienia, a także stymulują przemysł fonograficzny. Niewątpliwie (dosyć popularna muzyka) tych dwóch zespołów przyczyniła się do wydania na Zachodzie składanek ze starym polskim jazzem (mówi się, że tam podoba się ta słodko-smutna „słowiańska nuta”...) i zdopingowała rodzimych wydawców do reedytowania polishjazzowej serii na CD (o wydawnictwie często pisze się i mówi wprost w kontekście Skalpela). Moda, czy też nowoczesny trend, czerpiąc z muzyki przeszłości, z jednej strony, wprowadza ją w nowy kontekst brzmieniowy i nadaje nowy sens, z drugiej, przyczynia się do zainteresowania oryginalnymi nagraniami sprzed kilkudziesięciu lat, a także do ich wznowień. Co symptomatyczne, z tym zwrotem ku przeszłości nie idzie w parze wzrost zainteresowania szkolnym, zachowawczym i wypranym z energii nurtem jazzu tradycyjnego, który wszak jest niezmiennie kultywowany. Ważne, że kwestia specyfiki polskiego jazzu, czy też w ogóle polskiej muzyki, została zauważona i odnotowana w świecie (pomijam rozpoznawalne tam nazwiska Komedy i Stańki).

Wśród płyt z serii Polish Jazz Delux znalazłam i takie, które, same w sobie – bez nostalgii i bez nowobrzmieniowych odwołań, czy też innego typu interpretacyjnych zastosowań, nie straciły na aktualności i mogą być atrakcyjne także dla młodego słuchacza. Tu przywołam dwie. Można ich smakować bez wgryzania się w historyczny czy kulturowo-społeczny kontekst. Można pominąć wszelkie uzasadnienia i oddać się przyjemności obcowania ze świeżą i wciąż nowoczesną muzyką. Aktualność płyty Jerzego Miliana jest poniekąd oczywista, ponieważ została ona nagrana dwa lata temu. Ale przecież, w wypadku wiekowego już twórcy, mogło to dać zupełnie inny efekt... Jednak wibrafonista nie stracił kontaktu z pulsem nowoczesności. Albo też jego zindywidualizowana sztuka stanowi względnie niezawisły kosmos. A może dopiero teraz nadszedł jej czas...?

Ale po kolei. We wsi Rogalów, koło Kazimierza Dolnego mieszka niejaki Wojciech Czern, znany szerzej jako Wojcek. Przeniósł się tu z „wielkiego miasta” między innymi po to, aby móc tanio prowadzić (analogowe) studio – jedyne tego typu w Polsce. Zgromadził w nim stary, unikatowy sprzęt. Nabył także wibrafon Premiera, na którym – jak się okazało – grywał w latach 60. czołowy polski wibrafonista jazzowy Jerzy Milian. Gdy Wojcek usłyszał nagrania tego artysty z 69. roku („Bazzar”) był zauroczony i, swoim zwyczajem tropiciela i archiwariusza unikatowej polskiej muzyki (wydał m.in. płytę z muzyką Krzysztofa Pendereckiego do kultowego filmu Hasa „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”), rozpoczął poszukiwania (Wojcek twierdzi, że jego zainteresowanie muzyką przeszłości nie jest powodowane modą na retro; zależy mu na tym, żeby wydać muzykę wybitnych kompozytorów jeszcze za ich życia). W archiwum poznańskiego Polskiego Radia dokopał się do nagrań Miliana z lat 60. i 70. i wydał je na analogu zatytułowanym „Dziewczyna z Askhabadu”. Następnie zaprosił muzyka do zarejestrowania nowego materiału. Dzięki temu były członek sekstetu Krzysztofa Komedy, towarzysz najznamienitszych polskich jazzmanów, wykonawca utworów Kotońskiego i Schaeffera, dyrektor i kierownik artystyczny Orkiestry Rozrywkowej PR i TV w Katowicach, szef festiwali w Opolu, Sopocie i Zielonej Górze, a także autor szlagieru... Krzysztofa Krawczyka „Parostatek”, nagrał i – w swoje siedemdziesiąte urodziny – wydał wyjątkową, solową płytę – „Milianalia. Free Conversations With Myself”.

W przypadku artysty z takim bagażem doświadczeń, który ma za sobą kilkadziesiąt lat studiów nad instrumentem, nawet rozmowy z samym sobą są pasjonujące. Nawet?! Zwłaszcza. Jerzy Milian nie musi bać się pułapek solowych przedsięwzięć: oprócz świetnego warsztatu ma fantazję i wigor skorego do eksperymentów młodzieniaszka, obdarzonego wesołkowatym poczuciem humoru. Płyta rozpoczyna się i kończy gromkim śmiechem i „podwórkową” frazą fisharmonii. I taka właśnie panuje tu, radosna i spontaniczna (ale także liryczna), atmosfera. Album zawiera muzykę, która, jeśli już ma być kojarzona w jazzem, to z jego trzecim nurtem, a także z klimatem lat 60., kiedy to Milian grał w zespole Komedy. Blisko jej do muzyki filmowej, a także, dzięki bogactwu i różnorodności brzmieniowej, do awangardowych poszukiwań. Milian delikatnie, prawie z czułością wydobywa i kojarzy dźwięki, przez co nabierają one ciepła, wdzięku i lekkości. Gra na wibrafonie, marimbie, przeróżnych perkusyjnych i strunowych instrumentach, oraz na fisharmonii. Czasem podśpiewuje. Dzięki dużej pomysłowości, która przejawia się w wielości i zmienności brzmień, dynamiki i nastrojów, nie ma mowy o znużeniu. Jednocześnie, ta różnorodność wprzęgnięta jest w służbę osobistej wizji i tworzy spójną całość.

Można tu wyróżnić dwa typy utworów. Jedne wykorzystują specyfikę krystalicznych, jasnych barw wibrafonu i tworzą kruche, liryczne struktury: słuchacz czuje się, jakby przebywał w pustej przestrzeni, w której rozmieszczone są długo wybrzmiewające, czyste dźwięki. Do takiego typu należą: pogodny i melodyjny „Moon Hustler”, dłuższy i bardziej skomplikowany „Go Down Felix” oraz pełen ruchu „Needfull Sounds”. Drugi typ muzyczny realizm magiczny, z „dziwnymi” dźwiękami i pomysłami. Milian przywołuje on środkowo-europejskie motywy i skojarzenia (sowizdrzalski, gwarny i groteskowy „Sheik of Urology – artyście towarzyszy Chór Katedry Urologii ), te blisko- („Salam Talam”), a nawet dalekowschodnie ( „Kamikadze – Divine Wind” kojarzy się z japońskim teatrem No; składa z „dziwnych” brzmień, odgłosów i rytmów oraz specyficznych melodii).

„Milianalia” to owoc bezpretensjonalnej, osobistej wizji, a także świadectwo radości, jaką może dać muzykowanie. Wartościowy projekt, gdzie eksperyment spotyka muzykę ilustracyjną i razem tworzą fantazyjną i przystępną całość. Symptomatyczne jest to, że na koncerty Jerzego Miliana, który powrócił także na scenę, przychodzą raczej młodzi ludzie.

W przypadku albumu Ewy Bem można oczywiście spierać się, czy ta muzyka jest nowoczesna. Choć na fali mody na „80s” te „plastikowe” brzmienia i „restauracyjne” aranżacje mogą się podobać. Ale chodzi mi przede wszystkim o stronę wokalną lekko jazzujących interpretacji piosenek Beatelsów, która potwierdza, że Ewa Bem jest pierwszoligową wokalistką: ma świetny warsztat, piękny zachrypnięty głos i inteligencję, która podpowiedziała jej, by potraktować piosenki Beatelsów lekko, z wdziękiem i polotem, z ciepłym, pełnym humoru uśmiechem, zamiast rozwałkowywać je jazzową, popisową frazą. Szkoda, że wokalistka już nie śpiewa w ten sposób, niektórym nawet trudno skojarzyć, że to ta sama osoba... Teraz chętnie sięgnę do jej drugiej płyty z serii Polish Deluxe – „Be a Man” oraz być może także do jej wczesnych nagrań, choćby z repertuaru BemiBek.