Wydanie bieżące

15 maja 10 (178) / 2011

Przemysław Pieniążek,

UŚWIĘCONE POTĘPIENIE

A A A
Anneliese Michel, mieszkanka niemieckiej miejscowości Leiblfing, wychowywała się w rodzinie, w której wiara w Boga była elementem fundamentalnym. W wieku szesnastu lat zaczęła cierpieć z powodu epilepsji, której ataki nasilały się wraz z upływem czasu. Pomimo zastosowania wszelkich dostępnych w tamtym czasie (lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia) metod leczenia, stan dziewczyny nie poprawiał się. Na domiar złego chora zaczęła opowiadać o przerażających wizjach, pić własną urynę, żuć węgiel, odgryzać głowy ptasim truchłom, jeść żywe owady i pająki, jak również posługiwać się obelżywym językiem (przede wszystkim) w stosunku do osób duchownych. Niekontrolowaną furię studentki pedagogiki wywoływały także wszelkie obrzędy o charakterze religijnym oraz bliska obecność dewocjonaliów – Michel konsekwentnie niszczyła krucyfiksy i rozrywała różańce.

W 1975 roku, po siedmiu latach od wystąpienia pierwszych symptomów opętania, Michel doczekała się oficjalnej zgody na przeprowadzenie egzorcyzmów. Czuwający nad pacjentką duchowni bez wytchnienia nękali szóstkę demonów (Lucyfera, Judasza, Kaina, Nerona, Adolfa Hitlera i Valentina Fleischmanna). Ostatni egzorcyzm odbył się 1 lipca 1976 roku w Klingenbergu nad Menem. Tego samego dnia dwudziestoczterolatka zmarła we śnie po otrzymaniu rozgrzeszenia. Według wyroku sądowego przyczyną śmierci Anneliese Michel było skrajne wycieńczenie organizmu spowodowane zagłodzeniem. Rodzice dziewczyny, a także dwaj egzorcyści, zostali uznani za winnych nieumyślnego spowodowania jej śmierci. Sąd wymierzył im karę sześciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Proces ten wywołał w Niemczech medialną burzę, prowokując gorącą dyskusję oraz falę krytyki w stosunku do Kościoła katolickiego. Wówczas też zapewne historia Michel zaczęła wywierać niebagatelny wpływ na kulturę popularną, w tym na utrwalenie się pewnej filmowej konwencji.

Przypadek Anneliese Michel stał się nie tylko kanwą książki Felicitas D. Goodman, węgierskiej antropolog kultury, religioznawcy i językoznawcy, ale i hollywoodzkiej produkcji „Egzorcyzmy Emily Rose” (2005) Scotta Derricksona. Jego echa pobrzmiewają także jednak w licznych innych dziełach wpisujących się w konsekwentnie powracającą za sprawą mediów dysputę o kontrowersyjnej naturze opętań. W tym roku do grona filmów obejmujących klasycznego dziś „Egzorcystę” Williama Friedkina (1973), niejednoznaczne „Stygmaty” Ruperta Wainwrighta (1999), posępne „Stracone dusze” Janusza Kamińskiego (2000), komiksowego „Constantine’a” Francisa Lawrence’a (2005) oraz paradokumentalny „Ostatni egzorcyzm” Daniela Stamma (2010) dołączył „Rytuał” Mikaela Håfströma, bazujący na głośnej książce amerykańskiego reportera, Matta Baglio.

Osnowę „Obrzędu”, literackiego pierwowzoru „Rytuału”, stanowią refleksje autora z udziału w kursie zorganizowanym przez jedną z rzymskich uczelni, w którego trakcie reporter poznał kalifornijskiego księdza, Gary’ego Thomasa, wyznaczonego przez biskupa do objęcia funkcji diecezjalnego egzorcysty. Choć oficjalne stanowisko Kościoła jest jasne – przypadki opętań są udokumentowane – to jednak, zdaniem Baglio, wielu księży nie dość, że nie wierzy w bezpośrednie działanie demonów, to w dodatku podważa samo istnienie Szatana, chętniej postrzegając go w charakterze filozoficznej kategorii, jaką jest nieobecność Dobra, niż jako realną siłę odciskającą swoje piętno na życiu i duszach śmiertelników. Podobnie ksiądz Thomas z książki Baglio pełen jest wątpliwości i obaw, aczkolwiek, kierując się zwykłą ludzką ciekawością, uczestniczy w seminariach do końca, a następnie, po krótkim pobycie w Rzymie, rozpoczyna praktykę u charyzmatycznego oraz doświadczonego egzorcysty, ojca Carmine. Wówczas odkrywa, że Zło nie czai się wyłącznie w mroku podświadomości, a oficjalne rytuały stosowane do walki z nieczystymi siłami nie zawsze przynoszą wymierne rezultaty.

Szwedzki reżyser Mikael Håfström, autor wyjątkowo udanej adaptacji opowiadania Stephena Kinga „1408” (2007), we współpracy z Michaelem Petronim, scenarzystą „Królowej potępionych” (2002), stworzył na kanwie bestsellera typowo hollywoodzką opowieść grozy. Jej tematem są dramatyczne perypetie sceptycznego studenta seminarium duchownego, Michaela Kovaka (Collin O’Donoghue), który – asystując charyzmatycznemu egzorcyście, ojcu Lucasowi Trevantowi (Anthony Hopkins) – musi skonfrontować swoje uprzedzenia z tym, co dalece wykracza poza racjonalne wytłumaczenie. Wkrótce rozdarcie bohatera między wiarą a nauką (Michael doskonale orientuje się w psychologii) ustępuje miejsca znacznie bardziej istotnemu wewnętrznemu konfliktowi między wiarą a jej brakiem, może nawet między Dobrem a Złem, symbolicznie przejawiającymi się we wspomnieniach i sennych wizjach młodego księdza.

Håfström z powodzeniem wykorzystuje potencjał aktorski swoich mediów, choć Irlandczyk O’Donoghue zdecydowanie przegrywa z sir Anthonym Hopkinsem, tworzącym w „Rytuale” jedną ze swoich lepszych w ostatnich latach kreacji, z całą pewnością najbardziej drapieżną od czasu „Milczenia owiec” Jonathana Demme’a (1991). Jego bohater jest bowiem zmęczonym wieloletnią walką zawodowcem, ratownikiem zbyt długo wpatrującym się w Otchłań w poszukiwaniu zagubionych dusz. W Otchłań, należy dodać, która oddaje jego spojrzenie ze wszystkimi bolesnymi konsekwencjami. Warto zwrócić uwagę na niejednoznaczny, mefistofeliczny wręcz charakter postaci Lucasa – to wszak właśnie w konfrontacji z tragedią starego egzorcysty Michael zaczyna wreszcie dorastać do rozpoznania własnego powołania.

Na tle pozostałych filmów, poruszających w mniej lub bardziej ambitny sposób temat egzorcyzmów, „Rytuał” pozostaje (niestety) filmem przede wszystkim komercyjnym, niewątpliwie sprawnie zrealizowanym, aczkolwiek stosunkowo szybko ulatującym z pamięci widza. Po intrygującym zawiązaniu akcji i zbudowaniu nastroju metafizycznej grozy (podkreślanej sugestywną muzyką oraz ujęciami) przychodzi pora na „przedobrzony” efektami specjalnymi finał. Swój udział w owej spadkowej tendencji ma z pewnością wiele elementów, między innymi przeradzające się w manierę stylizowanie ujęć na obrazy „diabelskie” (sceny egzorcyzmów, mroczne wizje itp.) i „anielskie” (pełne światła i żywych kolorów wspomnienia głównego bohatera związane z przedwcześnie zmarłą, gorliwie wierzącą matką). Potencjał historii rozpływa się także w operowaniu nadmiernie uproszczonymi schematami fabularnymi (trudna relacja mistrz-uczeń, kryzys wiary i jej stopniowe odzyskiwanie) oraz typami postaci, obarczonymi na dodatek jednoznacznymi atrybutami lub imionami (dziennikarka pomagająca Michaelowi nie dość, że nosi imię Angelina, to jeszcze pojawia się w „znacząco” niebieskich ubraniach).

Podsumowując, można powiedzieć, że hollywoodzka tendencja do stawiania „kropki nad i” w przypadku „Rytuału” paradoksalnie pozostawia widza z początkowym dylematem: wierzyć/nie wierzyć. A owa wątpliwość, wykraczającą dalece poza granice niespełna dwugodzinnej projekcji, jest tym bardziej niepokojąca, że twórcy filmu bynajmniej nie rezygnują z psychoanalitycznego (i raczej trywialnego) sztafażu, który – jak się zdaje – ma na celu uwiarygodnienie (czytaj: skomercjalizowanie) historii, tutaj przypominające spełnienie zasady: „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”.
„Rytuał” („The Rite”). Reż.: Mikael Håfström. Scen.: Michael Petroni. Obsada: Collin O’Donoghue, Anthony Hopkins, Alice Braga, Rutger Hauer, Ciarán Hinds, Toby Jones. Gatunek: horror. Produkcja: USA 2011, 114 min.