Wydanie bieżące

15 maja 10 (178) / 2011

Michał Paweł Urbaniak,

PATOLOGIA RODZINNEGO STOŁU

A A A
Przystępując do omówienia „Teorii ruchów Vorbla” – najnowszej powieści Tomasza Białkowskiego – chciałbym zacząć od dygresji. Status tradycyjnej rodziny w naszej kulturze wydaje się dwojaki. Z jednej strony jest gloryfikowana. Przyczynia się do tego zarówno kultura (w reklamach telewizyjnych pojawia się często motyw zgranej, szczęśliwej rodziny - na przykład siadającej do stołu, aby zjeść wspólnie śniadanie), jak i religia (choćby w chrześcijaństwie – jedno z przykazań mówi o bezwzględnym szacunku dla rodziców, ciążę określa się mianem „stanu błogosławionego”, a rozwód czy konkubinat uznane są za grzechy). Ponadto nie ma społecznego poparcia dla odstępstw od tradycyjnego modelu rodziny bądź modeli alternatywnych (występuje nierzadka nawet dziś stygmatyzacja społeczna nieślubnych dzieci a także ich matek, brak też rzetelnej dyskusji o legalizacji związków jednopłciowych czy konkubinatów). Zdarza się, że i literatura – choć głównie przeznaczona dla młodzieży - opowiada się po stronie gloryfikacji (przede wszystkim cykl „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz).

Jednak równocześnie w literaturze coraz częściej można zaobserwować sprzeciw wobec tradycyjnego modelu rodziny, przeświadczenie, że układ mąż – żona - dzieci już się nie sprawdza, nie niesie ze sobą odwiecznie przypisanych wartości. Dla wielu pisarzy rodzina często jest tożsama z najzwyczajniejszą patologią przykrytą płaszczykiem gotowych schematów, uznanych zasad i powinności społecznych – wystarczy przywołać powieści Kuczoka („Gnój”, „Senność”), Kowalewskiej (cykl o Zawrociu, „Julita i huśtawki”), Odiji („Kronika umarłych”), Dunin („Tabu”, „Obciach”), Terakowskiej („Ono”, „Poczwarka”) czy Ostrowskiej („Abonent czasowo niedostępny”, „Co słychać za tymi drzwiami”, „Gra ze śmiercią w tle”). W ten szereg twórców desakralizujących mit rodzinny wpisać można również Tomasza Białkowskiego - jego „Teoria ruchów Vorbla” (zresztą tak jak wcześniejsza „Zmarzlina”) jest przede wszystkim kolejnym literackim ciosem wymierzonym w instytucję rodziny.

Właściwie głównym bohaterem tej powieści (a raczej takim, który łączy wszystkich pozostałych, niemal równorzędnych) jest Seweryn Vorbl, niespełna pięćdziesięcioletni profesor, szanowany fizyk. Na planie powieściowym pojawiają się również jego rodzice, dziadkowie, żona, teściowie, syn, synowa, a wreszcie kochanka i podopieczni. Każda z tych postaci dźwiga brzemię niespełnień i rozczarowań, wchodzi z innymi w rozmaite interakcje. Jednak nie jest to zwyczajna saga rodzinna – to raczej saga a rebours, taka, w której członków rodziny łączy tylko krew bądź spowinowacenie – i nic więcej. W „Teorii ruchów Vorbla” rodzinna nomenklatura - „ojciec”, „żona” czy „córka” – nie ma właściwego zastosowania, pozostaje czysto umowna, zresztą to samo dotyczy takich pojęć jak: „miłość”, „przyjaźń”, „wierność” czy „zaufanie”.

Białkowski portretuje ludzi, którzy choć przeważnie noszą to samo nazwisko i żyją obok siebie, właściwie pozostają dla siebie obcy. Wyśmiewa przy tym wszystkie wartości powiązane zwyczajowo z instytucją rodziny. W tym literackim świecie ludzie zasadniczo nie łączą się w pary z miłości – partnerstwo sprowadza się zazwyczaj do erotycznej fascynacji, a małżeństwo staje się koniecznością (przeważnie z powodu nieoczekiwanej wpadki), względnie korzystnym dla obu stron interesem – i zawsze jest chybione. „Co dla jednego wartością, dla drugiego śmieciem. Tak też i z Vorbla rodzicami się porobiło. Kiedy wzięli ślub, to zdawało im się, że jedno drugiemu śmieci podrzuciło. Matce ojciec ciążył jeszcze bardziej niż Vorbl pod sercem. Brnęła w ten związek, nie widząc innego planu na życie”. Jednak to życie musi toczyć się dalej - te same marzenia zostają zaprzepaszczone, te same błędy popełnione, bo zgodnie z przysłowiem historia lubi się powtarzać (na przykład Seweryn Vorbl pozna swoją żonę w okolicznościach zbliżonych do tych, w jakich poznali się jego rodzice). Zaraz za brakiem miłości idzie brak wierności, który również przechodzi z pokolenia na pokolenie (Krystyna Vorbl, która brzydziła się zdradzającym matkę ojcem, sama będzie się oddawać kochankowi podczas nieobecności męża, a w końcu – zgodnie ze zjadliwym humorem Białkowskiego – zostanie zakonnicą), nieposzanowanie tak małżeństwa, jak i macierzyństwa (Monika, teściowa Vorbla opuści męża i wyrzeknie się córki), przyjaźni (relacja Agnieszki i Doroty), szeroko rozumianej tradycji (śluby odbywają się często bez splendoru, dyskretnie, a rodzina dowiaduje się o wszystkim po fakcie, kobiety nie są zadowolone z zostania babciami, macierzyństwo nie bierze się z realnej potrzeby) a nawet śmierci (Benedykt prowadzi nudny dziennik swojego umierania, co właściwie nikogo nie obchodzi, trup radzieckiego żołnierza tkwi zmumifikowany na strychu, przez lata nie doczekawszy pochówku) czy wreszcie powszechny brak zrozumienia. Nakręca się spirala rozczarowania, pustki, wzajemnej nienawiści i samotności wśród ludzi, którzy zwą się rodziną.

Bohaterowie Białkowskiego mogą wzbudzać odrazę, ale chyba przede wszystkim współczucie. To bez wyjątku ludzie wykolejeni, przegrani, choć zachowujący wszelkie pozory, że jest odwrotnie. Andrzej Vorbl marzy o zdobywaniu medali jako skoczek olimpijski, co dałoby jego jałowej (małżeńskiej, dodajmy) egzystencji jakiś sens – jednak nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że jego ambicje zostają przekreślone, a on sam trafia do więzienia za nieumyślne spowodowanie śmierci. Dopiero wtedy naprawdę zakochuje się w swojej żonie – jednak gdy wyjdzie na wolność, okaże się, że od wielu lat jest zdradzany. Jego syn, Seweryn, nie czuje się spełniony zawodowo – uczelniana kariera to pozory (uznany fizyk streszcza cudze artykuły, nie odkrywa niczego nowego, od lat prowadzi te same nudne wykłady). Rajmund, syn Seweryna, oddaje się cały idei, w którą w zasadzie nie wierzy. Przegranie dotyczy również tych spoza rodziny Vorblów - Dorota nie może otrząsnąć się po urodzeniu martwego dziecka (nie bez przyczyny jest patologiem zwierzęcym), a dobrze rokujący związek Kazika i Anity zostaje zbezczeszczony przez próbę gwałtu, której dokonuje na dziewczynie znawca dewocjonaliów.

Białkowski portretuje ludzi osamotnionych, przeważnie nie mających pomysłu na życie. Jego bohaterowie uciekają od swoich nieszczęśliwych rodziców, aby popełnić dokładnie te same błędy i doświadczyć takiego samego niespełnienia. Wszyscy brną w powszechne, obowiązkowe formy – kariera, małżeństwo, rodzicielstwo – które okazują się przebrzmiałe, nie dają recepty na szczęście: „Vorbl nie potrafił sobie przypomnieć, aby między nim a żoną pojawiło się kiedyś coś dobrego, mały choćby płomyk czułości. Może to było wtedy, gdy urodził się im syn? Tak, to mogło być wtedy, gdy stali we dwoje na korytarzu szpitala Świętej Zofii na Żelaznej, a w ramionach Agnieszki płakało niemowlę. Rajmund był ich jedynym dzieckiem. Agnieszka po wpadce nie usunęła ciąży. Nie miała pomysłu na życie, narodziny dziecka mogły spowodować zmianę, nadać jakiś sens jej egzystencji”.

Białkowski bezlitośnie demaskuje powierzchowność schematów, kwestionuje przysłowiową świętość tradycyjnej rodziny oraz jej niezastąpioność, obśmiewa religijność, pokazuje nieprzydatność wiedzy (znaczenie imienia każdego z bohaterów zostaje wyjaśnione – i często okazuje się, że nie ma wiele wspólnego z daną osobą). Robi to głównie przez rozwiązania fabularne. Nie bez przyczyny w „Teorii ruchów Vorbla” niewierna żona, uwielbiająca perwersyjne praktyki seksualne, ostatecznie trafia do zakonu, a jedna z kobiet znajduje nieoczekiwane spełnienie w romansie lesbijskim z prostytutką (podobny chwyt Białkowski zastosował w „Zmarzlinie”, gdzie Adam Dębski jako jedyny bohater osiąga szczęście – znajduje je, wchodząc w związek z mężczyzną).

Tytułowa teoria związana jest z ruchami Browna - mówiąc ogólnie, chodzi o ruchy cząsteczek, które w ogóle nie powinny następować. W fizyce te cząsteczki poruszają się zygzakowato i nie mogą się zetknąć w jednym punkcie, natomiast w powieści – jak najbardziej. Wszyscy bohaterowie ruszają do wsi Serdeczna, gdzie znajduje się letniskowy dom rodziny Vorblów. To właśnie finał stanowi najmocniejszą stronę tej książki i największy cios w instytucję tradycyjnej rodziny. Vorblowie spotykają się, przeżywając wspólną tragedię – nagłe porwanie dziecka. Pierwszy raz (niemal) w komplecie piorą przysłowiowe brudy. Na jaw wychodzą skrywane głęboko sekrety, grzeszki i frustracje. W końcu wszyscy jednoczą się w obliczu realnego niebezpieczeństwa (zawalenia strychu) i wspólnie wpełzają pod stół – jest to mistrzowskim nawiązaniem do klasycznej już pozycji opisującej patologię czterech ścian, czyli „Gnoju” (u Kuczoka dom wraz z bohaterami zapada się w szambie). Ze strychu wysuwa się trumna z zapomnianymi zwłokami żołnierza – niczym trup z przysłowiowej szafy.

Jeśli zestawić „Teorię ruchów Vorbla” z wcześniejszą „Zmarzliną” – a z racji znacznego podobieństwa obu powieści, porównań nie da się uniknąć – okaże się, że w najnowszej książce Białkowski jest bardziej ironiczny, idzie w cierpki humor. „Zmarzlina” porażała okrucieństwem (matkobójstwo, kazirodztwo, psychiczne znęcanie się nad dziećmi) i nie dawała nadziei na szczęśliwe zakończenie (matka nie umarła, koszmar pozostał). W przypadku „Teorii ruchów Vorbla” całość rozładowuje finałowa groteska. Trup wychodzi ze strychu jak z szafy, a dziecko, którego wcale nie porwano, zostaje dowiezione przez kochankę Seweryna Vorbla. Majstersztykiem ironii jest jednak samo zakończenie, odwołujące się do pierwszej sceny powieści. To klamrowe ujęcie – wsparte mottem z Myśliwskiego - niejako stawia pod znakiem zapytania prawdziwość całej historii.

Istotnym – jeśli nie najistotniejszym - motywem w powieści Białkowskiego jest stół, który w powszechnej świadomości stanowi często centrum życia rodzinnego. Tak jest również w „Teorii ruchów Vorbla” – nie bez przyczyny Andrzej Vorbl snuje w więzieniu plany zbudowania stołu, w tym przypadku symbolu odnowy życia rodzinnego. To również ten bohater, zorientowawszy się, że żona go opuściła, wyrzuci stół przez okno. Ten szczególny mebel pojawia się również na ostatnich stronach powieści – to wokół niego stoją bohaterowie (a nie siedzą jak „zwyczajna” rodzina, co wydaje się kolejną ironią Białkowskiego). Ostatecznie to właśnie stół ich jednoczy – kryją się pod nim, nie tylko chroniąc się przed spadającym strychem, ale również zyskując nowe spojrzenie na siebie nawzajem (jednak warto zauważyć, że w takim ujęciu znów nikt właściwie nie siada przy stole).

Stół to mebel tradycyjnie „rodzinny” i w powieści Białkowskiego staje się on symbolem rodzinnej patologii. Widać to wyraźnie w ostatnich zdaniach „Teorii ruchów Vorbla”, gdy jeden z bohaterów przypadkiem słyszy w wywiadzie radiowym: „Pytałem panią o stół. Jaki on był? Milczy pani. A milczy dlatego, że o meblu myśli. Czy duży, mały, okrągły albo może w kwadrat? A ja przecież mówiłem, że pamięć o wszystkim leży w naszym środku”. Przesłanie staje się jasne. Przy rodzinnym stole gromadzi się cały ból, cierpienie i niespełnienie, któremu winny jest tradycyjny (i mocno patologiczny) model rodziny wraz z narzucaniem form i dróg życiowych, z zanikiem prawdziwych więzi międzyludzkich. Nie bez przyczyny taksówkarz odłącza radio, tym samym uciszając napominający głos.

Idąc za tendencją literatury współczesnej, Białkowski zdaje się mówić, że tradycyjna rodzina to patologia – a nader często się o tym nie wie, zapomina, bądź nawet nie chce pamiętać (motyw odłączonego radia, uciszonego wewnętrznego głosu). W „Teorii ruchów Vorbla” przedstawia grupę nieszczęśliwych ludzi, którzy choć pochodzą z jednej rodziny, pozostają dla siebie obcy, a realizując uznane społecznie schematy, nie osiągają satysfakcji. Przypomina tym samym gdzie zaczyna się owa saga spod znaku niekochania, ranienia i niepewności – nieodmiennie przy tradycyjnym rodzinnym stole.
Tomasz Białkowski: „Teoria ruchów Vorbla”. Wydawnictwo JanKa. Pruszków 2011. Dwutygodnik "artPapier" objął patronat medialny nad książką Tomasza Białkowskiego "Teoria ruchów Vorbla".