Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (179) / 2011

Damian Kowal,

WIERSZE

A A A
figury geometryczne

Grażynie

słońce na ulicy Neptuna jest jakby cieplejsze. nie mogę
tego dowieść, ale czuję. gdzieś tu jest droga imienia
Plutona, głuptasa, który nie wie, że już nie jest planetą.

moje mięśnie śnią na ławce; chłoną cienie i gwizdy ptaków.
stąd można łatwo trafić do piekła, gdyż droga jest prosta,
nie kluczy między autami, wiedzie przez nasze ramiona.

łokcie w pastelowych sińcach – przeciskałem się w autobusie.
dzieciaki jako pierwsze wypalają trawy, gołębie szybują,
a może to feniksy? ptaki rajskie, pawie, papugi, pingwiny?

powietrze należycie odymione – można iść dalej, do ramion
twoich wyciągniętych przez okno do nieba. długie półświatło
podmywa chmury. witam w świecie ludzi gwiżdżących

radiowe hity i klubowe standardy; ludzi, którzy rozmawiając
z kotami utrzymują stały rytm. chciałem napisać coś mądrego,
ale Cioran zabrał swój pamiętnik. puentą więc będzie trójkącik.





wróblowie północni

w świetle malują się wzory. będąc zanurzonym w kulturze
trudno je dostrzec – widoczne są w dymie. trwają między
chmurami, cierpliwie wyliczając ruchy. Bóg to jeden z nich,
ten który istnieje jako wartość i wynik (nazywam to Mocą).

widziałem dziś śniegułę. polarna iskierka w polskim mieście.
chłopcy rzucali się kapslami, okulary nie wpuściły ich do mnie.
patrzyłem na drzewo i ptaka, dwie składowe funkcji życia.
podleciała obok przystanku. twój autobus, wsiadaj prędko.

ptasia mowa pozostaje sekretem ptaków, wzory tworzą światy.
śniegi stopniały, poświęcam się ciepłu. zapomniałem czym jest
zimno; to pewnie tajemnica Inuitów.



metodyka etnograficznych badań terenowych

w głowie tworzą się galaktyki, a ludzi i psy można sprowadzić
do pierwiastkowych faktów. koty za płoty, muzyka ludowa,
stosunek wsi do islamu. szukam siebie w bibliografiach,
znajduję tylko kurz. opuściłaś dziś zajęcia, zjadłaś kanapkę,
popiłaś herbatą. ja wypiłem kawę o konsystencji nafty,
wchłonąłem ciastko. mama zrobiła. pewnie się martwi
o pierworodnego, zgubionego we wszechświecie, uniwerku,
wtopionego w Breslau bez zielonej herbaty i słodkiej papryki.

przyjedziesz za pięć dni.
ja eksploduję za pół godziny.
w głowie Bóg kreuje kwazary.
jestem jak one. nie widać mnie
i chciałbym zapalić.