Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (179) / 2011

Marek Doskocz, Mirosław Gabryś,

BYŁEM TROCHĘ JACKIEM NICHOLSONEM

A A A
Marek Doskocz: „Zwłoki Monterów Idą W Miasto” to Twój debiut prozatorski. Co Cię skłoniło do tego, by popełnić prozę?

Mirosław Gabryś: „Zwłoki monterów” to mój debiut powieściowy, ale nie prozatorski, ponieważ w ubiegłym roku w Wydawnictwie Pascal opublikowałem książkę podróżniczo-emigracyjną „Islandzkie zabawki”. A co mnie skłoniło do popełnienia prozy? Kilka lat temu pojawiła się we mnie myśl o jakimś długodystansowym działaniu literackim, którego puentą byłaby gruba książka, a nie tylko 40-stronicowy tomik wierszy. Miło jest zająć trochę miejsca na półce w księgarni (śmiech). A mówiąc bardziej serio: jako do niedawna prawiczek w dziedzinie prozy, widzę w niej dla siebie więcej możliwości niż w poezji, którą uprawiałem kilkanaście lat i można powiedzieć, że zjadłem na niej zęby, a potem je wyrzygałem. Generalnie poezja mi się przejadła, a na prozę mam coraz większy apetyt, ale czemu zmienił mi się smak, nie wiem.

M.D.: Poezja Ci się przejadła, proza zaczęła smakować. Jak Tobie smakuje proza?

M.G.: Słodko-gorzko (śmiech).

M.D.: Piszesz prozą, ale zabawy językowe nie są Ci obce. W książce jest dużo takich zabaw, porównań; sprawiało Ci to jakąś trudność, czy pisanie książki wychodziło Ci naturalnie? Jak wyglądała Twoja praca nad tekstem?

M.G.: Ta książka powstawała etapami. Już parę lat temu zacząłem się bawić w tę powieść, po drodze było mnóstwo perypetii, na przykład zepsuł mi się komputer i cały tekst poszedł się paść. Wtedy byłem załamany, ale chyba dobrze się stało, bo te pierwsze zapiski były zbyt szkolne, no po prostu wypracowanie klasowe. Później bywało tak, że trochę popisałem, następnie rzucałem niedokończony tekst w cholerę, a po roku wracałem do niego i byłem w szoku, że spłodziłem taki szajs, usuwałem sporo fragmentów bądź drastycznie poprawiałem. Jeśli chodzi o te zabawy językowe, to myślę, że są one najmocniejszą stroną powieści i właśnie dzięki nim Wydawnictwo Literackie ją opublikowało.

M.D.: Pojechałeś po bandzie, pisząc książkę, którą można by określić mianem książki o chlaniu i dymaniu lalek. Jakie są pierwsze reakcje czytelników po ukazaniu się Twojej powieści? Od początku zamierzałeś napisać dzieło tego typu?

M.G.: Ja bym nie nazwał „Zwłok” książką o chlaniu i dymaniu lalek, jak już, to książką o życiu młodych ludzi, dla których cenniejsza jest dobra zabawa niż na przykład praca, i chyba nic w tym zaskakującego. Reakcje są skrajne, od totalnego mieszania z błotem po zachwyt. Po „Islandzkich zabawkach” znowu okazało się, że napisałem książkę kontrowersyjną, choć wcale tego nie planowałem. „Zwłoki” pisałem bez żadnych niecnych zamiarów, to był jakiś strumień świadomości, który być może nadaje się do przedyskutowania z psychiatrą, skoro według mnie napisałem rzecz zupełnie normalną, a według niektórych chorą i niestrawną.

M.D.: Tę zabawę młodych wyolbrzymiłeś, pokazałeś w krzywym świetle. Twoi bohaterowie żyją tylko dla monterki i nic innego ich nie obchodzi. O to Ci chodziło, czy samo tak wyszło?

M.G.: Moi bohaterowie nie widzą powodu, dla którego mieliby żyć inaczej niż zgodnie z własnymi przekonaniami i pragnieniami. Celowo opisałem rozrywkowe i przyjemne aspekty życia, żeby wspomnienie czasu, który już nie powróci, tym bardziej bolało. Bo ta książka tak naprawdę jest o przemijaniu, o bezpowrotnie utraconej młodości i o tęsknocie za nią.

M.D.: „Zwłoki” to czysta fikcja literacka, czy wplotłeś w treść książki także własne doświadczenia?

M.G.: Powiedzmy, że jest to fikcja, ale trochę wzięta z życia. Jeśli są wydarzenia prawdziwe, to są one przetworzone, dla dobra czytelnika lub dla własnego dobra. Można powiedzieć, że puściłem gitarę przez dość mocny przester, oddalając jej brzmienie od brzmienia naturalnego z korzyścią dla piosenki i dla słuchacza. Gdybym chciał wiernie spisać swoje przeżycia, to pisałbym pamiętnik.

M.D.: Ten przester złagodził prawdziwe zdarzenia, czy raczej doprowadził je do granic absurdu?

M.G.: Wolałbym, żeby czytelnicy nie starali się zbytnio dociekać, co jest prawdą, a co fikcją, i jak bardzo autor jest zepsuty.

M.D.: Dosyć ostro obchodzisz się płcią piękną. Mała prowokacja w kierunku feministek?

M.G: Byłoby to dosyć słabe, gdybym pisząc książkę, miał na celu prowokację. A czy ostro obchodzę się z płcią przeciwną? Żadna dziewczyna w powieści nie została zamordowana, żadna zgwałcona, więc chyba nie dość ostro.

M.D.: Jednak każda jest traktowana przedmiotowo, jak coś do wykorzystania lub naciągnięcia na kasę. Dla feministek to chyba jest gorszy policzek, niż gdyby w książce zamordowano i zgwałcono sto nastolatek (śmiech)?

M.G.: Moi bohaterowie nie mają kasy i muszą sobie jakoś z tym radzić, a dziewczyny z własnej woli godzą się na uczestnictwo w ich stylu życia.

M.D.: Można by powiedzieć, iż opisujesz te negatywne zjawiska, jakie pojawiają się wśród młodzieży nastawionej na zabawę i tylko na nią, że piszesz o zjawiskach, które społeczeństwo piętnuje. Drastycznie i prześmiewczo, ale to obraz współczesności. Stawiasz się na pozycji obserwatora?

M.G.: Jestem obserwatorem, ale nie tylko. W jakimś stopniu trzeba wejść w świat, który się opisuje. Byłem trochę Jackiem Nicholsonem, który dał się zamknąć w psychiatryku, żeby zagrać w „Locie nad kukułczym gniazdem”.

M.D.: Wydawca w notce informacyjnej napisał, iż w Twojej prozie „pobrzmiewają echa czarnego nurtu czeskiej literatury i prozy słynnych polskich nonkonformistów”. Zgodzisz się z takim zaszeregowaniem Twojego pisania?

M.G.: Być może pobrzmiewają, zależy od wsłuchującego się w nie ucha.

M.D.: Czym się inspirujesz, co czytasz?

M.G.: „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów”, oraz dla kontry „Słownik eufemizmów polskich” (śmiech).

M.D.: Książka wydana, co dalej? Pracujesz już nad czymś nowym, czy chwilę poczekamy na kolejną rzecz?

M.G.: Po kilku miesiącach przerwy znowu jadę po klawiaturze, ale nie chciałbym przedwcześnie o tym mówić. Mogę tylko powiedzieć, że podnieca mnie mordowanie utartych szablonów językowych.

M.D.: Dziękuję za rozmowę.

M.G.: Dziękuję również.