Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (180) / 2011

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

POPLĄTANIA HISTORIA

A A A
Książki Hanny Krall powinny być zalecane jako lektura dla zmęczonych otaczającą rzeczywistością, gdy nie można już słuchać politycznych sporów, nabierać się na sensacyjne tytuły artykułów lub gdy czyta się powieści, co do których istnieje podejrzenie, że autorowi płacono od strony. Tym razem książka Krall jest jeszcze szczuplejsza, pochłonęłam ją, niemal nie zauważając ubywania stron, a potem przeczytałam ponownie, żeby wszystko sobie ułożyć. Później jeszcze obejrzałam pewien film, a potem otworzyłam szafkę z porcelaną, żeby wyjąć mały, biały wazon o ośmiokątnym kształcie. Tak wiele skojarzeń i działań wzbudziła ta niewielka książka, z którą dziennikarze wydają się mieć same kłopoty. Ponieważ każda nowa pozycja Krall jest wydarzeniem, przynajmniej towarzysko-promocyjnym, jeśli już nie artystycznym, towarzyszą jej wywiady z autorką i recenzje prasowe. Przeczytałam kilka i najpierw zdziwiłam się nieporadności w odbiorze. Zacznijmy od skrótowości książki, z czego uczyniono zarzut. W wywiadzie z pisarką przeprowadzonym przez Katarzynę Janowską na łamach „Przekroju” niejasna struktura narracji nazwana została szaradą. Uważam, że nie jest to wada książki, raczej zbliżenie do sposobu postrzegania świata i funkcjonowania pamięci. Wspomnieniami rządzi przecież asocjacyjność, nie linearyzm. Krall namnożyła również bohaterów (takich jak na przykład archiwistka kserująca akta sądowe niedoszłego ojca chrzestnego), których historie niejako mimochodem poznajemy.

Hanna Krall pisze coraz oszczędniej, co budzi mój podziw, bo za minimum słów kryją się tak wielkie emocje, że nawet po sześćdziesięciu latach można odczuć gęsią skórkę - na przykład wtedy, gdy sześcioletnia dziewczynka i jej matka muszą zadecydować, która z nich zostanie na policyjnym posterunku. Ale po kolei – chciałoby się powiedzieć, jednak w tej opowieści rekonstrukcji chronologicznej dokonuje czytelnik. Otrzymuje kilka splątanych opowieści i rozmów, jedną z nich autorka prowadzi z Krzysztofem Kieślowskim, któremu przed laty podrzuciła temat – poszukiwanie rodziców chrzestnych żydowskiego dziecka – ten zaś stał się kanwą dla ósmej części „Dekalogu”. Obejrzałam go ponownie, tym razem porównując wizję scenarzystów z wspomnieniami samej Krall, bowiem jak twierdzą recenzenci, to ona kryje się za postacią czarniutkiej dziewczynki, którą „znała dość dobrze”. Autorka ujawnia, które elementy filmu zostały zmienione, aby wzmóc dramaturgię. W filmie do profesor etyki zgłasza się dorosła kobieta, której przed laty odmówiła pomocy, rezygnując z roli matki chrzestnej i krzywoprzysięstwa. Profesor twierdzi, że najważniejsze jest dobro dziecka i złamanie obietnicy oraz skazanie dziecka na śmierć zmieniło jej późniejsze życie. Gość chce jedynie wiedzieć – dlaczego. W książce ta odpowiedź nie jest najważniejsza – może chodziło o fałszywe świadectwo, może o strach przed denuncjacją. Recenzenci podnoszą problem winy niezarzucalnej, wynikającej z zaniechania, rezygnacji z okazji do czynienia dobra, albo jedynie przekonania, że czegoś nie zrobiliśmy.

Jednym z bohaterów, nieuwzględnionym w scenariuszu, jest J.S., niedoszły ojciec chrzestny. Krall prześledziła jego powojenne losy. Na Ziemiach Odzyskanych był funkcjonariuszem urzędu bezpieczeństwa, zaprzyjaźnił się z baronem, którego kuzyn był znajomym Mileny Jesenskiej. Samemu J.S. takie powinowactwo niewiele mówiło, jednak do zdeklasowanego arystokraty czuł sympatię i starał się mu pomagać. Dziennikarka, tak jak to czyniła we wcześniejszych książkach, na przykład w „Wyjątkowo długiej linii”, wszystkie te niezwykle wątłe nitki łączy w opowieść. Tym razem jednak odnoszę wrażenie, że wątki te są jeszcze mniej pewne niż wcześniej, wiele faktów musi obyć się stwierdzeniem, że tak mogło być. Ulotność ludzkiej pamięci albo raczej skłonność do selekcji wydarzeń sprawia, że wiele losów pozostaje niedopowiedzianych. Hanna Krall jest reportażystką, dziennikarką, ale w tej książce także pisarzem konstruującym taką a nie inną opowieść. Po latach od zrealizowania scenariusza podsuwa nam własną wizję, tytułem sugerując ważność motywu filiżanek. Wzór „Biała Maria”, wciąż produkowany przez rosenthalowskie fabryki, jest symbolem elegancji, tradycji i mieszczaństwa. Delikatny kwiatowy motyw inspirowany granatowcem – symbolem płodności i małżeństwa – znakomicie sprawdza się jako prezent ślubny, w ten sposób zapewne trafił do byłej właścicielki – Niemki, a potem do Polki, która od niej go otrzymała (przynajmniej tak twierdzi). Pierwotna właścicielka zapewne zdawała sobie sprawę, że porcelana choćby najpiękniejsza nie jest towarem pierwszej potrzeby, zwłaszcza kiedy trzeba było spakować pościel, ubrania, dokumenty, może jakieś zdjęcia i opuścić Polskę. Przedmioty, choć kruche, pozostały w starym domu – może poprzednia właścicielka westchnęłaby za Miłoszem: „niczego mi nie żal tak jak porcelany”. Drugie znaczenie tytułu jest bardziej metaforyczne – biała, czysta Maria, a właściwie Marianna ratuje życie byłej klientce i jej córce, poświadczając na posterunku, że to jej siostra i siostrzenica. Czyni to tak, jakby to było oczywiste, nie znając ich prawie wcale. Po latach pisarka oddaje jej głos, w trzeciej części opowieści stara Marianna wspomina, mieszając chronologię tamtego dnia i późniejszych losów ocalonych. Trzecie znaczenie tytułu to gatunek marmuru wydobywanego w Szydłowcu, przeznaczonego na nagrobki, z którego zamówiono pomnik J.S.

Zazwyczaj o pisarstwie Hanny Krall mówi się jako o przezroczystym, unikającym komentarzy autorskich, wyrosłym z dziennikarstwa. Tym razem wyczuwamy, że stosunek do postaci jest bardziej osobisty. Jak wyczytałam nawet w piśmie kobiecym, to pożegnanie z czytelnikami i symboliczne zamknięcie wątków towarzyszących pisarce od lat. Jednocześnie w tym samym wywiadzie Krall przyznaje, że nadal bywa zaczepiania przez nieznajomych nalegających, że koniecznie musi wysłuchać ich historii. Sądzę, że te opowieści nie zaginą, może znajdą swoje medium. Wywiad w „Przekroju” kończy się zapowiedzią pisarki: „To jest ostatnia książka, tylko będę ją dalej pisała.”

Jako post scriptum muszę dodać, że nie dziwi mnie już tak powtarzalność fraz użytych przez krytyków, jako czytelnik instynktownie dałam się uwieść opowieściom, jako krytyk również jestem bezradna wobec surowego autentyzmu tych wcale nie-szeherezadowych baśni.
Hanna Krall: „Biała Maria”. Świat Książki. Warszawa 2011.