Wydanie bieżące

1 lipca 13 (181) / 2011

Jakub Winiarski, Marek Doskocz,

NIE TWORZYĆ TEORYJEK, TYLKO PISAĆ, JAK JEST

A A A
Wywiad z Jakubem Winiarskim
Marek Doskocz: Wreszcie ukazał się Twój nowy tom poetycki. Powiedz mi, ile na niego musiałeś czekać?

Jakub Winiarski: Nie czekałem wcale. Po wydaniu „Obiektywu” w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym jedenaście lat nie pisałem wierszy. Tak wyszło. Potem pojawiło się tych kilka, które znalazły się w „Piosenkach...”. Trzy lata trwał proces wydawniczy. Ale żadnego czekania. Naturalny rytm. Naturalny proces.

M.D: Jak u ciebie przebiega proces twórczy? Czym się inspirujesz? Co wzbudza w Tobie wenę do pisania?

J.W: Jak mam pomysł, zdanie, punkt zaczepienia – siadam i piszę. Piszę do momentu, aż uznam, że tekst jest gotów. Po jakimś czasie poprawiam jeszcze to i owo. Kosmetyka. Inspiracji nie szukam. Patrzę, słucham – to starcza.

M.D: „Piosenki starego serca” to tytuł twojego nowego tomiku wierszy. Masz stare serce? (Śmiech)

J.W: Tytuł jest metaforą.

M.D: Metaforą czego?

J.W: Pewnego sposobu patrzenia na rzeczywistość. Z lekkim przymrużeniem oka, bo to w końcu tylko „piosenki”. Ale też z wyczuciem ciężaru zjawisk, które pojawia się z wiekiem.

M.D: Gdybym miał określić Twoje wiersze, padłyby takie określenia jak: porno poezja, zbrukanie, epatowanie seksem i wulgarnością. Jak patrzysz na swoje dokonania teraz, gdy już wreszcie wiersze ujrzały światło dzienne?

J.W: Czytelnicy, którzy zechcieli nawiązać ze mną kontakt i podzielić się wrażeniami po lekturze „Piosenek...”, twierdzą zgodnie, że to poruszająca liryka, bliska tradycji Katullusa, Propercjusza, Owidiusza, Safony czy, z nowszych nazwisk, Baudelaire’a albo Larkina. Wysmakowana. Pisana językiem jędrnym, żywym, rzeczywistym, a nie wydumanym, odklejonym od świata i ludzi. Co do żywości języka, zgadzam się. Miał być żywy i taki jest. Natomiast porównania uważam za przesadne. Wiem, co napisałem, ale wiem też, co jeszcze musiałbym napisać, żebym za każdym razem, kiedy ktoś porówna mnie do jakiegoś zacnego truposza nie musiał mówić, że to przesada. Wiem też, że ileś tam osób poczuje się dotkniętych tą liryką i bawi mnie ta sytuacja. Książką, filmem, muzyką, czy w ogóle sztuką tylko kołtun może poczuć się urażony. Kołtun, który nie widzi, że problem nigdy nie leży w dziele, tylko zawsze w zwichrowaniu lub fundamentalizmie odbiorcy. Wszystko jest grzechem i pokusą dla kogoś, kto boi się własnych instynktów.

M.D: W „Piosenkach starego serca” dotykasz spraw bardzo intymnych, sypialnianych, które dzieją się między dwojgiem bez żadnego obserwatora z zewnątrz. Nie masz obaw, że swoimi tekstami niejako odsłaniasz tajemnicę?

J.W: Sypialniane tajemnice? Dzisiaj? W dobie, kiedy tyle stron w necie oferuje goliznę za darmo i to we wszelkich konfiguracjach, a seksturystyka kwitnie jak nigdy dotąd? Żartujesz z tym pytaniem, prawda? Rewolucja seksualna już się odbyła. Jeśli do kogoś ta informacja jeszcze nie dotarła, to jego problem. Kobiety w społeczeństwach rozwiniętych od kilkudziesięciu lat mają pod ręką pigułkę i mogą pieprzyć się jak norki bez ryzyka ciąży. Faceci mają viagrę i mogą bzykać się, aż im bypassy strzelą. O jakich więc tajemnicach mowa? Skoro byś się jednak upierał, że są jeszcze jakieś tajemnice, powiem, jak ten dawny autor, którego skarżono o nazbyt swobodne opisy tego, co, jak ładnie powiedziałeś, zazwyczaj dzieje się między dwojgiem bez obserwatora. Jeżeli moje teksty przeczyta dama cnotliwa lub cnotliwy młodzian, to nic nie zrozumieją i odłożą książkę. Jeśli zrozumieją, to nie są tak cnotliwi, jak by to chcieli udać i niech hipokrytami nie będą. Hipokryzja i pruderia gorsze są od wszelkich obscenów.

M.D: Z Twoich wierszy wyłania się pewien obraz ludzi. On i ona w chwilach pożądliwości, gdy w człowieku wzbiera zwierzęca natura. Na określenie napięcia używasz choćby takich określeń, jak „pierdolił”, „rżnij mnie, och rżnij mnie”. Miłość odarta z metafizyki, tylko pożądanie, materia, zwierzęcość, uległość. Powiedz mi, kim dla Ciebie jest człowiek? Czym jest miłość?

J.W: Nie używam słów „rżnąć” czy „pierdolić” na określenie napięcia. Pierdoleniem nazywam pierdolenie, a rżnięciem rżnięcie. Jak bym miał pisać o „napięciu”, użyłbym słowa „napięcie”. Człowiek to zabawne monstrum. Warto się poprzyglądać. A miłość? Miłość to boska rzeźnia. Jeśli ktoś nie wie, czym jest miłość, radziłbym mu uważać. Miłość, kiedy nie wie się, czym ona jest, potrafi nieźle namieszać. Dla nastolatków, czasem już tylko mentalnych, bo mogą to być osoby i po pięćdziesiątce, miłość jest ekscytacją, hormonalnym zamętem, który robi im wodę z mózgu, ale im się to podoba. Dla innych miłość jest testem na inteligencję. Dla pisarza nie ma znaczenia, czym jest miłość. Chodzi tylko o to, by zapisać, co się widzi, myśli, odczuwa. Nie tworzyć teoryjek, tylko pisać, jak jest.

M.D: A jakieś negatywne reakcje też już były? Gdy rozmawiamy tomik jest już od miesiąca w sprzedaży wraz z „Redem”. Więcej pozytywnych reakcji, czy negatywnych? Już jakieś reakcje krytyków literackich były?

J.W: Tak, tomik ukazał się, jak już mówiłem, jako dodatek do pisma „Red” kilka tygodni temu. Jednak z tego co wiem, „Red” nie ma obecnie nawet pieniędzy na rozesłanie egzemplarzy recenzenckich. Dlatego między innymi nie ma recenzji i przyjdzie na nie poczekać. Do mnie prywatnie docierają tymczasem same pozytywne, wręcz entuzjastyczne opinie. Jak do tej pory tylko jedna osoba powiedziała mi, że to straszne, co napisałem i że trudno jej czytać tak brutalne, okrutne wiersze o ludziach i ich uczuciach. Ale nawet ta miła czytelniczka przyznała, że formalnie jest to liryka dopracowana i ona to widzi. Miała tylko uwagi do treści. Które, przyznaję, mogą wydać się kontrowersyjne. Zwłaszcza dla kogoś, kto telewizji nie ogląda. Albo ogląda, zgadzając się z tłumaczami, którzy „fuck you” tłumaczą jako „terefere”, a „fuck you too” na „ja ciebie też terefere”.

M.D: Pisząc tego typu teksty narażasz się na to, że krytyka okrzyknie cię prowokatorem. Nie obawiasz się tego?

J.W: Prowokatorem nazywano Katullusa, Baudelaire’a, Flauberta, Joyce'a, Millera, D.H. Lawrence'a, Gombrowicza, Wojaczka, Bursę i legion jeszcze innych autorów, którzy obecnie są szanowanymi klasykami. Będzie mi bardzo miło, jeśli kiedyś faktycznie dołączę do tego grona. Obawiam się tylko, czy te czcigodne duchy uznają mnie za wystarczająco prowokującego, by zasilić ich szereg. Dla krytyków jest w „Piosenkach...” liryk pod tytułem „Mój krytyk myśli, że mnie zna”. Polecam uwadze krytyków.

M.D: Standardowe pytanie. Powiedz mi, czym dla Ciebie jest poezja? (Śmiech)

J.W: Z lewej równo, z prawej postrzępione.

M.D: A tak na poważnie? Czym w Twoim życiu jest akurat poezja? Pytam specjalnie, bo prozę też tworzysz. Co Ci łatwiej przychodzi – proza czy poezja?

J.W: Nie mam w życiu specjalnego kącika dla poezji. Poezja to pewien przejaw instytucji zwanej literaturą. Przejaw czasem zabawny, kiedy robi ją ktoś błyskotliwy, w większości jednak przypadków nużący, bo większość nawet nie stara się być błyskotliwa. Lub stara się, ale im to wychodzi pokracznie. A co do łatwości pisania, ktoś rzecz ujął trafnie, mówiąc, że kiedy pisanie idzie łatwo, to jest najłatwiejszą rzeczą pod słońcem. Natomiast kiedy nie idzie, to nie idzie i już.

M.D: Na co dzień jesteś także naczelnym „Nowej Fantastyki”, opublikowałeś dwie powieści, teraz znów wiersze. Co na co dzień czytasz? Jakie masz wzorce literackie?

J.W: Na co dzień, Marku, jestem przede wszystkim Jakubem Winiarskim. Nikim więcej. To jest wystarczająco ciekawe bycie. I choć jestem też, to prawda, naczelnym „NF” oraz, skoro już wyliczamy, nauczycielem pisania w szkole Pasji Pisania, chociaż robię jeszcze to i owo, staram się nie zapominać, że ja to nie funkcje, jakie pełnię. Zaś co do lektur mogę tylko powiedzieć, że, jak zwykle, dużo ich. Na własny użytek czytam teraz jedną po drugiej książki na temat szczęścia, bycia szczęśliwym. Od traktatów starożytnych przez proste poradniki, aż po dzieła psychologii pozytywnej, pokazującej najnowsze trendy. Od Arystotelesa i św. Tomasza po Seligmana, Dienera czy – z innej strony – Gretchen Rubin. Dla równowagi przeplatam to Czechowem, Zoszczenką, Virginią Woolf, Proustem, czyli jak zwykle – klasykami. Wzorce moje? bo ja wiem. Trochę Ace Ventura. Choć muszę przyznać, że mniej od niego zajmuję się zwierzętami. Podoba mi się też król Julian z „Pingwinów z Madagaskaru”. Zwłaszcza kiedy trzeba odbyć poważną rozmowę z samym sobą jego lekcje są nieocenione – jest w tym mistrzem. Kiedyś podziwiałem Tomka Wilimowskiego i chciałem mieć takie przygody jak on. W krainie kangurów, na Czarnym Lądzie albo nad Amazonką. Ale to się skończyło, dziś o tym nie marzę, mam inne przygody, równie ekscytujące, choć nie wymagają aż tak dalekich wypadów. Kto jeszcze mógłby być wzorcem? Beethoven. Szostakowicz. Britten. Boccherini. Może Mozart, choć żył za krótko i po wariacku, więc raczej nie. Chyba że jako wzór podejścia do sztuki. Bach raczej. Haendel, który umiał przewidywać i dlatego żył dobrze. Mahler, choć go cenię, nie nadaje się na życiowy wzorzec. Ale jako artysta – proszę bardzo. Może jeszcze Brahms, choć był zawistnym sukinsynem, a takich nie lubię. Jednak znowu, jako artysta, Brahms też może być. Ufam, że też byłby dobrym wzorem, gdybym takowego potrzebował.

M.D: Mówisz traktaty o szczęściu. Tylko na własny użytek, czy też szykujesz coś nowego dla czytelników?

J.W: Na stronie www.literaturajestsexy.pl mam obok innych zakładkę „Rozwój osobisty”, a że nie wyobrażam sobie rozwoju, który by nie prowadził do lepszego życia i sukcesywnego powiększania osobistego dobrostanu, stąd pomysł, by zająć się szczęściem, teoriami na jego temat. To fascynująca dziedzina. Aż dziwne, że ludzie tak mało czasu poświęcają przemyśleniu kwestii własnego szczęścia. Stąd większość prywatnych projektów szczęścia osobistego to projekty mętne, niedowarzone, spartaczone. Stąd też pewnie tyle osób o spartaczonych biografiach, które fajnie się zapowiadały, a potem zabrakło czegoś, drobiazgu – refleksji. Postanowiłem nie obciążać się takim błędem. Trzeba zajmować się szczęściem, przemyśleć je, wyciągnąć wnioski, a potem żyć jak najlepiej, długo i przyjemnie.

M.D: Po przeczytaniu Twoich „Piosenek starego serca” mam wrażenie, że oberwie Ci się od wszystkich – feministki, środowisko radiomaryjne i wszelaka poprawna krytyka literacka. Liczyłeś się z tym pisząc te utwory, czy masz to gdzieś?

J.W: Obawiam się, że ponosi Cię optymizm, Marku. Albo nie znasz wyników czytelnictwa w Polsce. Grupy, jakie wymieniłeś, nie czytają. A już na pewno nie czytają takich książek, jakie ja piszę. Gdyby czytali, powinno mi się oberwać już kilka lat temu, za „Kronikę widzeń złudnych”, moją drugą powieść, w której i o feministkach było i o Janie Pawle II. A, jak widzisz, żyję, mam się nieźle. Wniosek: nie czytają. Zatem – mam nadzieję, że kamień spadnie Ci z serca – jestem bezpieczny.

M.D: Faktycznie kamień spadł mi z serca. (Śmiech). Skoro napomknąłeś o tym. Prowadzisz warsztaty pisarskie. Jaką masz frekwencje, z jaką częstotliwością i ile trwają takie warsztaty? Pytam, bo z jednej strony media grzmią o ogromnym spadku czytelnictwa w Polsce, a z drugiej strony prowadzisz warsztaty. Czyżby zachodziło zjawisko tworzenia się ekskluzywnej grupy czytelników i piszących?

J.W: Warsztaty prowadzę obecnie głównie w szkole Pasji Pisania, wedle programu autorskiego, który doskonaliłem latami i wciąż doskonalę. Na literaturajestsexy.pl informuję, że można się do Pasji Pisania zapisać, podaję info o kursach. Frekwencja jest. Każdy chce dziś wydać powieść, a ludzie bystrzejsi od innych wiedzą, że bez nauki rzemiosła niczego strawnego nie napiszą. I tacy ludzie przychodzą do mnie, zapisują się na warsztaty, które prowadzę. To dla mnie bardzo przyjemna praca i, jeśli sądzić po opiniach uczestników tych kursów, a jest ich też trochę na literaturajestsexy.pl, wygląda na to, że całkiem nieźle potrafię zawiłe kwestie pisarskie objaśnić. Ekskluzywna, ale to zawsze tak było, jest grupa tych, którzy czytają ze zrozumieniem. I ekskluzywna jest grupa tych, którzy piszą z sensem, dla ludzi, dowcipnie i bez wspinania się na palce. Ci, co nie czytają, nie wiedzą, co tracą i jakoś z tego powodu nie cierpią. Nie wszyscy też muszą pisać. Lecz skoro już biorą się za to, niech nie myślą, że to takie łatwe. Łatwo jest tylko napisać gniota. Czasem za sukces poczytuję sobie, kiedy ktoś po kursie stwierdza, że pisanie to jednak nie dla niego. Nie ściemniam. Nie daję złudnych nadziei. Ale talentom pomagam.

M.D: Dziękuję za rozmowę.

J.W.: Dziękuję.